Liza Minnelli, czyli teoria (i praktyka) wiecznego powrotu
Fot. EAST NEWS

Liza Minnelli, czyli teoria (i praktyka) wiecznego powrotu

Nie jest to opowieść szczególnie budująca, ale mimo wszystko zawiera pewne moralne przesłanie. Można upaść na dno, a potem zatriumfować. Wiele razy. Tak jak Liza Minnelli.

Zaczynamy podróż do świata, którego już nie ma. Świata dawnego Hollywood. Kiedy w marcu 1946 roku na świat przyszła Liza May Minnelli złożyć uszanowanie jej matce pierwszy przybył Frank Sinatra. W drzwiach minął się z następnym gościem, mieszkającym w sąsiedztwie Cary Grantem. To nic dziwnego bo przecież matką Lizy (przez „z”) była Frances Ethel Gumm, znana światu jako Judy Garland. Wielka hollywoodzka gwiazda, Dorotka z „Czarnoksiężnika z krainy Oz”, gejowska ikona. Ojca Lizy nie było w domu. Vincente Minnelli, reżyser musicalowych klasyków „Spotkajmy się w St. Luis”, "Gigi" czy „Amerykanin w Paryżu” przebywał zapewne na planie filmowym.

EN_00026338_0001
Kabaret
east news

I właśnie na planie filmowym, a nie na placu zabaw, upłynęło dzieciństwo Lizy. Musiała zresztą szybko dorastać, bo pierwszy raz na scenie wystąpiła w towarzystwie swojej matki w wieku lat dziesięciu. Gdy miała lat 19 — jako najmłodsza do tej pory osoba w historii — odebrała nagrodę Tony za rolę w broadwayowskim musicalu „Flora, The Red Menace”. Musical był zresztą klapą, ale rolę młodej aktorki dostrzeżono. Poczyniła też przy okazji procentujące na przyszłość znajomości. Fred Ebb i Johnn Kander napisali potem „Kabaret”, wart Oscara zbiór największych przebojów Minnelli oraz genialną piosenkę „New York, New York” — jej znak rozpoznawczy.

Boska dekadencja

Ale na pytanie, czy mała Liza jest bardziej podobna do mamusi czy do tatusia, odpowiadano zgodnie: „do mamusi”. I to używając sformułowania z hollywoodzkiego melodramatu, stało się to jej przekleństwem. Życie Lizy jest lustrzanym odbiciem życia jej matki. Po Garland jej córka odziedziczyła nie tylko talent wokalny i sceniczny, ale też skłonność wychodzenia za mąż za niewłaściwych mężczyzn. Jej matka zrobiła to pięć razy, Liza — cztery.

Matka mieszała miłość z interesami, poślubiając swego menadżera, ona — tak samo. Matka myliła miłość z przyjaźnią, wychodząc za geja (dwukrotnie!), ona nie była gorsza. Na jej ostatni ślub przybyło 850 najbliższych przyjaciół, w tym bratnie dusze — Elizabeth Tylor i Michael Jackson.

Liza dostała również w spadku po sławnej Dorotce pociąg do autodestrukcji i uzależnień. Różnica jest tylko taka, że Judy Garland zmarła z przedawkowania w wieku lat 46, a Liza żyje dalej. W tym czasie doprowadziła cechy matki do groteskowej przesady. Nie może zdjąć kostiumu Sally Bowles z „Kabaretu" i wciąż powtarza „boska dekadencja”. Skonsumowała za dużo pigułek, za dużo ginu, za dużo wszystkiego. W latach 70. zasłynęła perfekcyjnymi, naśladowanymi do dziś scenicznymi spektaklami w choreografii Boba Fosse'a. Ale też od dziesięcioleci Liza Minnelli dawała powtarzający się spektakl malowniczych upadków i niewiarygodnych odrodzeń. Była już sparaliżowana, niema, zatrważająco otyła. Powróciła na scenę. Wymieniono jej stawy biodrowe, wycięto polipy z gardła, spędziła miesiące na odwyku w klinice Betty Ford. I znów zaśpiewała. Albowiem, Panie i Panowie, Liza Minnelli odziedziczyła po swojej matce coś jeszcze. Przywiązanie do starego hollywoodzkiego systemu wartości, której podstawowe przykazanie głosi: choćby umarł twój ojciec, matka, ty sama miała stan przedzawałowy, musisz wyjść na scenę. Publiczność czeka, show must go on.

Edukacja Lizy

Ostatni raz usłyszeliśmy ją dekadę temu. Powróciła wyciszona, w pięknych, niedzisiejszych piosenkach. Jej głos był niższy, ciemniejszy, ale przecież tyle tyle przeszła. „Gdy byłam dzieckiem siadałam w naszym domu pod fortepianem i słuchałam jak śpiewają ci wszyscy wspaniali autorzy - Ira Gershwin, Irving Berlin, Oscar Lavant. Nigdy tego nie zapomnę. To była moja edukacja", mówiła promując płytę „Confessions”, na której sięgnęła do standardów amerykańskiej muzyki popularnej. Słuchajmy, podziwiajmy, bo więcej takich Liz (przez „z”) nie będzie.

PS. Liza Minnelli poinformowała, że nie zamierza oglądać filmowej biografii swej matki.  "Mam nadzieję, że Zellweger dobrze się bawiła grając w "Judy". Dla mnie to nie był film”, dodała.

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również