Relacje

"Kim ona jest? - zapytałam. Byłam pewna, że mąż mnie zdradza. Musiałam zmierzyć się z odpowiedzią"

"Kim ona jest? - zapytałam. Byłam pewna, że mąż mnie zdradza. Musiałam zmierzyć się z odpowiedzią"
Fot. 123rf.com

Nawet najbardziej romantyczny związek pod wpływem czasu powszednieje. Czy kiedy przytłacza proza życia i zabraknie spontanicznie wręczanych kwiatów, można ponownie się odnaleźć? A może wtedy wkroczy ta druga?

„Wychodząc za mąż, nie musiałam się niczym martwić. Potem przyszła proza życia”

 Kiedy wychodziłam za mąż, nie wiedziałam wiele o życiu. Miałam niespełna dwadzieścia sześć lat i byłam po uszy zakochana, naiwną, młodzieńczą miłością. Widziałam świat przez różowe okulary i wierzyłam, że zawsze będzie taki wiosenny, a ja szczęśliwa u boku najwspanialszego chłopaka pod słońcem, który kochał mnie równie mocno jak ja jego. Byłam tego pewna. Bo przynosił mi kwiaty, bo lubił mnie przytulać i całować, bo jako student fizyki opowiadał mi wspaniałe historie o wszechświecie, bo spędzaliśmy wspólnie każdą wolną chwilę i najchętniej cały czas trzymalibyśmy się za ręce. Bo często mi to mówił: kocham cię.

Przygotowania do wesela nie były dla nas stresem, tylko wspaniałą przygodą. Za wszystko płacili nasi rodzice i kazali nam się nie martwić cenami. Mieliśmy spełnić swoje marzenia, by ten dzień mógł trafić na czołowe miejsce w albumie najpiękniejszych dni naszego wspólnego życia. Nie protestowaliśmy i skupialiśmy się na przeżywaniu, celebrowaniu, w międzyczasie wybierając wzór zaproszeń, smak tortu i krój sukni. Fruwaliśmy nad ziemią…

A potem przyszła proza życia. Praca, urządzanie mieszkanie, dwie ciąże, opieka nad córkami, trudy rodzicielstwa. Decyzja Jacka, by odejść z uczelni i założyć własną firmę, która okazała się sukcesem, ale wymagała ciągłych starań i kontroli. Podniesienie statusu materialnego, dom, dwa samochody i… rosnąca tęsknota w sercu. 

„Mąż przestał mówić, że mnie kocha. Za to coraz częściej wychodził sam z domu” 

Nie mogę powiedzieć, że przestaliśmy dbać o siebie, ale często nie mieliśmy siły ani czasu, aby razem zjeść posiłek, a co dopiero mówić o tym, by gdzieś wspólnie wyjść albo zrobić coś tylko we dwoje. Przestaliśmy się budzić co rano pocałunkiem i mówić sobie „kocham cię” na dobranoc. Mąż już nie kupował mi kwiatów ani nie opowiadał mi historii o kosmosie. Nie brał mnie za rękę, kiedy wychodziliśmy z domu, ani nie wiązał mi butów, co mu się kiedyś zdarzało, zwłaszcza gdy byłam w ciąży.

Może to dziecinne, ale brakowało mi tych romantycznych gestów.

Z drugiej strony ja też się zmieniłam i daleko mi było do tamtej dziewczyny sprzed lat. Dojrzałam, urodziłam dwoje dzieci, trochę przytyłam, dorobiłam się pierwszych siwych pasemek i zmarszczek. Nie bałam się patrzeć w lustro, wyglądałam atrakcyjnie, nie osiadłam też na umysłowych laurach. Miałam swoją jogę i zajęcia tańca, nie byłam nudną panią domu, która nie czyta niczego poza przepisami na blogu kulinarnym. Nie żyłam życiem męża, bo swojego nie miałam. Finansowo też byłam dla niego równorzędnym partnerem – może nie zarabiałam tyle co on, ale po kilku latach w firmie i dwóch awansach miałam pod sobą cały dział, ładną pensję i różnego rodzaju premie.

Przekroczyłam pięćdziesiątkę. Nie widziałam w lustrze wielkich zmian, ale przecież nie da się ich zobaczyć z dnia na dzień. Jednak przestałam sięgać do zdjęć ze ślubu, na których byłam bezwstydnie wręcz młoda, piękna i szczęśliwa. Łapałam się na tym, że nie lubię tamtej dziewczyny, tak bardzo jej zazdrościłam. Mąż już nie mówił, że mnie kocha. I nie całował, nie przytulał, nie pragnął mnie...

Dzieci dorosły i wyjechały na studia za granicę. Zostaliśmy w domu sami i choć mieliśmy pracę i swoje pasje, to zrobiło się… dziwnie niezręcznie. Dwoje ludzi, śpiących w jednym łóżku, a coraz bardziej dla siebie obcych.

– Idę do Dawida, potrzebuje pomocy przy samochodzie – potrafił powiedzieć, gdy właśnie stawiałam na stole kolację. – Nie, nie będę już jadł, nie mogę za bardzo przytyć. – Klepał się po brzuchu. – Idź do Zosi, zabawcie się na mieście – rzucał na odchodne.

Kiwałam głową, choć wcale nie miałam ochoty iść do przyjaciółki. Chciałam, by Jacek został ze mną w domu. W domu, w którym do niedawna dorastały dwie towarzyskie i gadatliwe dziewczyny, gdzie panował wieczny gwar, gdzie płacze, krzyki i śmiechy mieszały się z muzyką. W tym domu wreszcie zapanowała błoga cisza i upragniony spokój. Moglibyśmy porozmawiać, na nowo się odnaleźć, zakochać w sobie. Może zdobyłabym się na odwagę, by wyrazić za czym tęsknię, czego mi brakuje, ale nie dawał mi szansy.

Niemal codziennie próbował wypchnąć mnie z domu albo zostawiał mnie w nim samą. Co rusz fundował mi jakieś rozrywki, do cieszenia się nimi solo lub z przyjaciółką.

– Przecież ja do SPA nie pojadę – tłumaczył.

A niby dlaczego nie?

Nie rozumiałam tego i zaczęłam podejrzewać, że po prostu ma romans. Wiek mu służył i wyglądał atrakcyjnie pewnie nie tylko dla mnie. Miał pieniądze, pozycję, dzieci za granicą, żonę, z którą już nie chciał spędzać czasu, tym bardziej okazywać jej czułości. Gdy ostatni raz powiedziałam mu: „kocham cię”, uśmiechnął się i odparł: „tak, wiem”. Nie odwzajemnił się wyznaniem. Najwyraźniej nie czuł podobnie…

 „W końcu zapytałam: Kim ona jest?”

 Byłam zrozpaczona. Miałam mu za złe, że nie jest taki romantyczny jak dawniej, sama też nie miałam już motyli w brzuchu na jego widok, ale nadal był dla mnie tym jedynym. I zdrada nie mieściła mi się w głowie. Miałam dość tego, jak mnie traktuje, byle zyskać czas na spotkania z kobietą, która szykowała się, by zająć moje miejsce. Niedoczekanie!

Kiedy wręczył mi następne bilety, tym razem na wycieczkę szlakiem zamków nad Loarą – o której rozmawialiśmy dawno temu, ale odkładaliśmy ją na emeryturę, bo nie była atrakcyjna dla dzieciaków – nie wytrzymałam.

– Kim ona jest? No! Tylko bez kłamstw, proszę. Tych mi już wystarczy.

– Jaka: ona? Jakie kłamstwa? – spytał Jacek i zdawał się autentycznie zdziwiony.

Niewiniątko, niech go...

Wzięłam głęboki oddech. Choć emocje we mnie buzowały, nie zamierzałam urządzać dzikich awantur. Skoro potrafiłam zachować zimną krew, rozwiązując największe problemy w korporacji, to i ze zdradą męża sobie poradzę, nie tracąc klasę.

– Od miesięcy wypychasz mnie z domu. Idź z Zosią na kolację, jedź do teatru. Albo na odwrót, ty wychodzisz, jak nie na squasha, to pogrzebać przy autach. Wysyłasz mnie na jakieś wycieczki z koleżankami, do SPA. Sądzisz, że nie wiem, po co to robisz?

– Żeby… ci było… przyjemnie – wydukał.

– Ach, jakiś ty dobry. Skoro ty masz przyjemność z kochanką, niech stara żona też ma coś z życia – drwiłam.

No i udało mi się wyprowadzić go z równowagi.

– Co ty bredzisz, kobieto?! Nie mam żadnej kochanki! Jak mogłaś tak opacznie mnie zrozumieć? Przecież ja to wszystko dla ciebie robię. Żebyś sobie odpoczęła, zrelaksowała się. Schodzę ci z oczu albo załatwiam różne atrakcje, na które wiecznie brakowało ci czasu, bo po pracy martwiłaś się o dom i dzieci, i dbałaś, żeby naszej rodzinie niczego nie brakowało. O sobie myślałaś na końcu.

Chwila, moment… Czyli Jacek mnie nie zdradza? A schodzi mi z oczu dla mojego dobra? Oszalał?!

– Sądziłam, że sobie kogoś znalazłeś. Nie spędzasz ze mną czasu, nie przynosisz mi kwiatów, nigdy nie mówisz, że mnie kochasz…

– Myślałem, że to wiesz. Poza tym facet, który ciągle mówi kobiecie, że ją kocha, albo próbuje nią manipulować, albo to słowo nie ma dla niego większego znaczenia.

Zatem dla niego musiało być bezcennym skarbem, skoro trzeba je było je z niego wyciągać wołami.

Wzięłam się pod boki.

– Na wszystko masz gotową odpowiedź, więc mi powiedz, dlaczego już się nie kochamy, skoro… się kochamy?

Spojrzał na mnie niepewnie.

– Mam być szczery?

– Wyłącznie.

– Jak ja wychodziłem z inicjatywą, to zwykle odmawiałaś. Więc czekałem na znak z twojej strony. I jakoś tak…

Zarumieniłam się. Po całym dniu faktycznie nie miałam ochoty na seks, z kolei w weekend rzadko bywaliśmy sami. A jak już była i ochota, i możliwość, oczekiwałam chyba, że będzie mi czytał w myślach. Nie wiedzieć kiedy zdążyliśmy się od siebie odsunąć, pojawiło się skrępowanie, zagrała urażona duma…

– …pędziłaś do domu i ogarniałaś wszystko, żebym ja mógł rozwijać firmę – mówił tymczasem Jacek. – Chciałem ci się po prostu odwdzięczyć.

– Nie chcę takiego odwdzięczania się. Wyszłam za ciebie, nie za Zośkę, i to z tobą chcę pojechać do Francji. I chcę, byśmy znowu robili razem, hm, różne rzeczy.

Jacek przytulił mnie, obiecał, że razem zwiedzimy każdy zamek nad Loarą, i przypieczętował obietnicę pocałunkiem w czoło. Na początek misji „reaktywacja naszej miłości” może być. Już ja się postaram, by podgrzać atmosferę.

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również