Dziś dzieci rosną na oczach niemal całego świata, a kronikę ich życia może obejrzeć prawie każdy - przyjaciel i obcy. Zjawisko udostępniania w internecie zdjęć i informacji o dzieciach, doczekało się nawet własnej nazwy – sharenting – od angielskich słów share – udostępniać i parenting – rodzicielstwo.
Aż 81 proc. dzieci poniżej 2 roku życia z krajów Unii Europejskiej, USA, Australii, Nowej Zelandii i Japonii ma cyfrowy ślad w postaci zdjęć opublikowanych w internecie przez rodziców. Jedna czwarta z nich rozpoczyna "karierę" w sieci jeszcze przed narodzeniem – możemy je oglądać na zdjęciach lub filmach z badań USG (źródło: Digital Birth: Welcome to the Online World).
W Polsce koło 40 proc. rodziców dzieli się zdjęciami swoich pociech, nie stosując żadnych ograniczeń dotyczących wyświetlania materiałów, często nie myśląc o konsekwencjach i potencjalnych zagrożeniach. Tymczasem, jak ostrzega Jowita Michalska (@jowitadigital), specjalistka od nowych technologii i założycielka Digital University, "publikując w sieci fotkę niemowlaka rodzic oddaje obcym ludziom klucz do przyszłej tożsamości dziecka. Raz wrzucony obraz może trafić do baz deep-fake’ów, forów pedofilskich czy rejestrów oszustów – i nie da się go odzobaczyć".
Nierzadko mali bohaterowie internetowych postów bywają obiektem drwin, hejtu, cyberprzemocy – nawet po latach, gdy rówieśnicy lub inni użytkownicy internetu docierają również do archiwalnych zdjęć. "Warto pamiętać, że choć zgodnie z prawem to rodzice decydują o udostępnianiu wizerunku dziecka, to według kodeksu rodzinnego i opiekuńczego są jednocześnie zobowiązani zawsze działać na jego korzyść i dla jego dobra" – czytamy w poradniku "Sharenting i wierunek dziecka w sieci" opracowanym przez Annę Borkowską i Martę Witkowską. Niestety, możemy mimowolnie narażać dzieci na ryzyko, nawet mając dobre intencje. Tak, jak nasze bohaterki.
Antek jest wspaniałym, wrażliwym chłopcem. Ma 11 lat. Kocham go do szaleństwa, jest moim jedynym wnukiem. Mamy bardzo dobre relacje, uwielbiamy się nawzajem, spędza u mnie dużo czasu. Jestem chyba dość nietypową babcią – chodzę po górach, morsuję, biegam. Często zabieram go na weekendowe wyprawy w góry albo na wycieczki rowerowe po pobliskich lasach. Rodzice Antka są zachwyceni, bo mają go z głowy, a on, bo pokazuję mu zupełnie inny świat niż ten znany z ekranu komputera i z miasta.
Wydawało mi się, że pokazanie naszej relacji na Facebooku to dobry pomysł. Może trochę chciałam się pochwalić, że jestem taką fajną babcią, trochę zainspirować innych, żeby zrobili coś innego niż pójście z dzieckiem do centrum handlowego w sobotę. Zamieszczałam zdjęcia z naszych wypraw: jak weszliśmy na Śnieżkę, nocowaliśmy pod namiotem w Bieszczadach. Wszyscy znajomi chwalili, że takiej babci z wnukiem to ze świecą szukać.
Jakiś czas temu Antek przeszedł do mnie z płaczem, żebym przestała wrzucać nasze wspólne zdjęcia, bo koledzy z klasy go za to hejtują. Zrobili sobie z niego żarty, że jest "babcisynkiem". Śmieją się, że zamiast grać z nimi w gry online, chodzi po górach z babcią za rączkę. Straszne głupoty powymyślali. Wiem, że gdyby był starszy, to by się tym pewnie nie przejmował, ale kiedy siedział w kuchni i płakał, że mu ciągle dokuczają i że już pół klasy robi sobie z niego żarty, obiecałam sobie, że już ani jednego zdjęcia nie wrzucę. I usunęłam wszystkie stare wpisy. Nie zostawiłam tak sytuacji – razem z rodzicami Antka byliśmy u jego wychowawczyni i skończyło się na obniżeniu ocen z zachowania napastujących go kolegów i zorganizowaniu lekcji wychowawczej o hejcie i jego konsekwencjach. Na razie się uspokoiło.
Ewka to mądra, rozsądna kobieta. A przynajmniej do tej pory taka była. Ale przy odkąd urodził się Marcel, dostała „kota” na punkcie social mediów. Nie może powstrzymać się, żeby nie pochwalić się przed całym światem, jakiego ślicznego mamy synka. Wielokrotnie kłóciliśmy się o to, prosiłem ją, żeby nie udostępniała zdjęć małego, a jeśli już musi, to niech dziecko będzie gdzieś na drugim planie, tyłem, jakoś mało widoczne.
Tłumaczyłem jej, że jak on podrośnie, to koledzy nie dadzą mu żyć, że dzieciaki są teraz jeszcze bardziej okrutne niż kiedyś. Pokazywałem artykuły o zaszczutych przez hejterów nastolatkach. Grochem o ścianę. Mówi, że mam obsesję, że ona tylko pokazuje słodkie fotki, jak Marcyś bawi się zabawkami albo jak się do niej przytula. Twierdzi, że wszystkie jej koleżanki tak robią i żadna jakoś nie ma z tym problemu. Nie wspominając o celebrytach, którzy dzielą się szczegółami z życia swojego i swoich dzieci niemalże od chwili ich poczęcia…
Ostatnio zaczęła dla zabawy przebierać synka w śmieszne ubranka albo fotografuje go, gdy robi dziwne miny. Nie dociera do niej, że teraz jest AI, Photoshop, różne apki i z każdego zdjęcia można zrobić okrutnego albo obrzydliwego mema. Zresztą, czy wiadomo, kto tak naprawdę ogląda zdjęcia naszego synka? Bo na pewno nie tylko mamusie wymieniające się doświadczeniami macierzyństwa…
Moja mama jest sama, ojciec odszedł od nas kilka lat temu. Myślę, że to część problemu – czuje się samotna i próbuje tak jak umie nawiązywać więzi ze światem. Ma grono przyjaciółek i dość duże wsparcie rodziny, mamy nawet swój rodzinny czat, na którym jest bardzo aktywna. I o ile jeszcze nie przeszkadza mi, jak tam wrzuca moje zdjęcia z uczelni, z wakacji albo fotki z imienin, to już nie zgadzam się, żeby robiła to na swoim otwartym profilu, który każdy może zobaczyć. Zwłaszcza, że już parę razy pojawiły się tam komentarze nieznanych nam osób, typu "ale ślicznotka, wolna?".
Rozmawiałam z nią o tym wielokrotnie, niby rozumie i obiecuje poprawę, ale po jakimś czasie znowu wrzuca jakieś zdjęcia z rodzinnych imprez, na których ja też jestem. Moja ciotka, siostra mamy, z którą mam bardzo dobry kontakt, tłumaczyła mi, że mama jest ze mnie dumna i chce się mną pochwalić. Przez pewien czas przymykałam więc na to oko. Ale kiedy w dniu moich urodzin wrzuciła moje zdjęcie z dzieciństwa (mam na nim niecałe dwa lata i siedzę bez majtek na plaży), nie wytrzymałam i zażądałam jego usunięcia. "Przecież to jest gotowy materiał dla pedofila!" – wywrzeszczałam. "Nie życzę sobie, żeby moje zdęcia krążyły w sieci. Ani takie, ani żadne inne!" Obraziła się na mnie na tydzień, ale wykasowała zdjęcia. W końcu nawet ona zdaje sobie sprawę, że jestem dorosła i nie może robić takich rzeczy bez mojej zgody.
Kiedy w końcu przestała się na mnie obrażać, pokazałam jej jak zmienić ustawienia konta na prywatne. Teraz jej zdjęcia widzi tylko kilka koleżanek i część rodziny - ta która tez korzysta z Facebooka. A ja postanowiłam sobie, że jeśli kiedyś zostanę mamą, nigdy nie będę pokazywać zdjęć moich dzieci. Za dużo już w internecie widziałam, żeby je narażać.
Poradnik dla rodziców wydany przez NASK Państwowy Instytut Badawczy można pobrać ze strony: https://www.gov.pl/web/niezagubdzieckawsieci/sharenting-i-wizerunek-dziecka-w-sieci