Szpieg jak my. Rozmowa z Vincentem V. Severskim
Fot. JACEK DOMINSKI/REPORTER

Szpieg jak my. Rozmowa z Vincentem V. Severskim

Elegancki, przykuwa uwagę lekko ochrypłym głosem „spikera z radia”, wysoki, łysy w okularach. Cech szczególnych brak. Inteligentny i łatwo nawiązuje kontakt. Vincent V. Severski zasłynął z powieści o tajnych służbach, a jego dwie najnowsze książki to „Odwet” oraz – historyczna – „Christine. Powieść o Krystynie Skarbek”.

Był biznesmenem, którego nie interesowało zarabianie pieniędzy, dziennikarzem bez publikacji i podróżował, rzekomo dla przygód. Wszystkie te zawody to przykrywki. Poczytny pisarz Vincent V. Severski naprawdę nazywa się Włodzimierz Sokołowski. Jest pułkownikiem wywiadu, a więc szpiegiem. Pisze książki o świecie, w którym jednocześnie naprawdę żył i zarazem udawał kogoś całkiem innego.

Czym zajmuje się szpieg?
Vincent V. Severski: Zdobywaniem informacji, od tych związanych z bezpieczeństwem kraju po sekrety gospodarcze. Szpieg bada nastroje polityczne i sprawdza „grunt” przez zagraniczną wizytą, np. ministra czy prezydenta, ale też ocenia ryzyko ataku obcej armii czy zamachu terrorystycznego. W tym celu korzysta z różnych „narzędzi”, czyli korumpuje, manipuluje, kłamie, włamuje się... Ale robi to dla szczytnego celu, gwarantuję.

Pytanie, czy to uchodzi bezkarnie?
Skoro cel szczytny (śmiech). Formalnie szpiedzy działają poza granicami kraju, a więc polskiego prawa nie łamią. Rzeczywiście prawie bez ograniczeń i często dwuznacznymi metodami, w tajemnicy. Jeżeli zostaną wykryci, grozi im wieloletnie więzienie. Kiedyś była jeszcze kara śmierci, ale teraz jest rzadko stosowana. Iran, Korea Północna – służba w tych miejscach jest obarczona takim ryzykiem.

W jakie role wcielał się pułkownik Siewierski, bo w wywiadzie nosił pan takie „przybrane” nazwisko, prawda?
Poprawnie mówi się „nazwisko legalizacyjne”. Jako Siewierski uprawiałem wiele profesji, ale prawie wszystkie z nich udawałem. Byłem np. dziennikarzem, podróżnikiem i prowadziłem kilka firm. Jednej o mało do bankructwa nie doprowadziłem! Prawdziwy biznesmen od razu wyczułby we mnie „lewusa”, który ściemnia, czyli – w naszym żargonie – „legenduje”. Naprawdę skończyłem prawo, a teraz jestem pisarzem. Nazwisko Siewierski znowu się przydało, gdy trzeba było wymyślić pseudonim literacki. 

Co się w fachu szpiega liczy bardziej, mięśnie czy inteligencja?
Głowa na karku jest ważna z oczywistych powodów, ale trzeba mieć też mocne nogi. Dlatego, że dużo chodzimy i – jeśli zajdzie potrzeba – szybko uciekamy. Nie ze strachu, ale raczej z odpowiedzialności za siebie i za tych, z którymi akcja jest przygotowywana. Może to zabrzmi brutalnie, ale gdy przy takim szybkim wycofywaniu nasz oficer zauważy np. mężczyznę bijącego kobietę, na pewno nie ruszy jej z odsieczą. Los zespołu jest ważniejszy.

Uciekał pan?
Wiele razy. Dlatego prawie całe życie biegałem, żeby trzymać formę, wyrobić mięśnie i przystosować organizm do natychmiastowej mobilizacji. Trenowałem w lesie, w wojskowych, ciężkich i niewygodnych buciorach, niezależnie od stanu zdrowia i od pogody, codziennie.

Werbują dziś jak w latach 80., kiedy pan zaczynał?
Scenariusz jest podobny. Kandydatów o określonych cechach osobowości, dobrze znających języki i liderów wyszukuje się m.in. na studiach, ale też zainteresowani sami się zgłaszają do Agencji Wywiadu. Odmowa współpracy niczym nie grozi. Gdy obie strony wstępnie się dogadają, zaczyna się żmudne „opracowywanie życiorysu”.

Co to znaczy?
Sprawdzenie, czy ktoś nadaje się do tej służby i co mógłby w niej robić. Kandydat przechodzi testy psychologiczne i osobowościowe, ćwiczy na wykrywaczu kłamstw-wariografie. To także etap kontroli historii rodzinnej oraz badanie relacji ze znajomymi. Nie ma żadnego zatrudniania w ciemno. Wywiad musi wiedzieć, czy ktoś nie został skaptowany przez konkurencję. Może kiedyś próbowano zwerbować rodziców, bo akurat byli na placówce? Przyszły oficer wywiadu jest sprawdzany nawet kilka pokoleń wstecz. Czasem ze stu sprawdzanych dalej przechodzi dziesiątka, a bywa, że nikt nie odpowiada dokładnie sprecyzowanym potrzebom.

Na pewno liczą się cechy osobowościowe, np. elokwencja i dowcip. Na co jeszcze zwraca się uwagę? 
Punktuje się spostrzegawczość, odpowiedzialność, łatwość nauki języków, szybkość kojarzenia faktów, inteligencję, spryt, nawiązywanie relacji, komunikację. Sprawność fizyczna też jest ważna, choć nie najważniejsza.

Kto nie ma szans?
Przy pierwszym odsiewie pada pytanie „dlaczego pani/pan chce u nas pracować?”. Jeśli ktoś odpowie w stylu „Trzeba kacapów tłuc! Będę walczył z tą hołotą, bo liczy się tylko Polska”, rozmowa się skończy. Wykluczają też znaki szczególne, zwłaszcza tatuaże. Nie ma mowy, żeby ktoś miał na plecach orła czy na ramieniu choćby maleńką powstańczą kotwicę.

Kogo chętniej przyjmuje wywiad, kobiety czy mężczyzn?
Mamy równość płci, więc nie obowiązuje zasada „chętniej tych, a tamtych to już nie”. Nie jest żadną tajemnicą, że zastępcą szefa do spraw operacyjnych w Agencji Wywiadu jest pani pułkownik Anetta Maciejewska. Była moją podwładną i – zaręczam – w swojej pracy jest świetna. Kobiety w tej służbie mają więcej odpowiedzialności i dystansu do zadania. Dbają o detale akcji i ogólne bezpieczeństwo, bo są odważne lecz nie działają brawurowo. Lepiej kojarzą fakty, są zdyscyplinowane. Panowie reagują szybko, często szybciej niż myślą, a ponadto bardziej skupiają na ogólnie pojmowanej karierze. Wydaje mi się, że panie lepiej nadają się do tej pracy.

Na Mazurach spędził pan prawie rok w ośrodku wyszkolenia w Kiejkutach. Czego tam uczą?
Trafiają tam ludzie, którzy są świadomi, gdzie chcą pracować. To już nie są nowicjusze. Instruktorzy pokazują im, czym wywiad nie jest. Dosłownie rozwiewają mity z literatury, filmów czy mediów. Przyglądają się też kandydatom pod kątem charakterologicznym. Oczywiście predyspozycje fizyczne są ważne, ale równie mocno instruktorów interesują przyzwyczajenia, niektóre pomagają, inne przeszkadzają w akcji. Choćby upór. Czasem może zaślepić, a za to przyda się przy organizowaniu misji. Właśnie na tym szkoleniu zapada decyzja, czy ktoś trafi na głęboką wodę, czyli do „pionu operacyjnego” – na pierwszą linię szpiegowskiego frontu, czy raczej będzie analitykiem oceniającym zagrożenie lub logistykiem. Oczywiście są też elementy wyszkolenia fizycznego, ale nie każdy musi umieć skakać ze spadochronem do jeziora.

Każdy za to musi wytrzymać ból...
Tej odporności nie da się w pełni wyćwiczyć. Większość szpiegów chce pokazać swoim szefom, że są nie do złamania. Szkoliłem pewnego człowieka, który miał wykonać ryzykowne zadanie i mógł zginąć. Ostatniego dnia powiedziałem mu, że jeżeli się obawia bólu i śmierci, może odejść choćby zaraz i bez konsekwencji. On oczywiście odpowiedział, że wszystko przetrzyma. Tymczasem najważniejsza zasada, której nas wszystkich uczono to „Nie stawiaj się. Nie zmuszaj nikogo, żeby ci pokazał, co z tobą zrobi. Tego właśnie nie wytrzymasz”.

Wykonał zadanie?
Tak. Zrobił, co miał zrobić i bezpiecznie wrócił. Dostał najwyższe państwowe odznaczenie. Został przyjacielem. Nie jest w wywiadzie, albo nie był do kiedy tam pracowałem. 

Czy po pracy w wywiadzie zostają jakieś nawyki? 
Gdy muszę coś nagrać, zawsze zabieram dwa dyktafony. Kiedyś stosowaliśmy reporterskie magnetofony Nagra. Kłopotliwe, bo ciężkie. Przełom nastąpił w latach 90., gdy pojawiły się dyktafony cyfrowe. Mieściły się w kieszonce koszuli i świetnie „zbierały” dźwięk. Nie byliśmy do nich przyzwyczajeni, a w tym zawodzie rozmowy bywają długie, ciężkie i niepozbawione elementów wspomagających. Słowem, bywa alkohol rozwiązujący języki. Prowadziłem raz taką zakrapianą rozmowę z dżentelmenem ze wschodu i po trzech godzinach poszedłem wymienić baterie. Wcisnąłem stop, ale że mam grube palce, trafiłem w „kasuj”. Dlatego teraz dubluję nagrania. Nie wyszukuję za to informacji o nowych gościach, gdy mają wpaść na kawę.

Mówi się, że wywiad otwiera każde drzwi. W jaki sposób, przecież jesteście utajnieni?
Zasada jest prosta. Każdy mundurowy, gdy tego oficjalnie zażądamy, musi nam pomóc. Nie ma machania legitymacjami, żadnych „licencji na zabijanie”, ale korzystamy z... wielu różnych dokumentów (śmiech) pozwalających wchodzić nam dosłownie wszędzie. Poza granicami Polski formy działania wywiadu są bardziej... niestandardowe, czyli wszystkie chwyty dozwolone. Na przykład nie zawsze występujemy jako Polacy. Niektórzy oficerowie nawet nie są rasy białej.

Drażliwa kwestia. Co się dzieje, gdy szpieg kogoś zabije?
Zabija wojsko. Żołnierz pociąga za spust, mierząc do celu wskazanego przez wywiad. Oczywiste, choć nie dla wszystkich.

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również