Kultura

Mały aktor, wielka odpowiedzialność. Reżyserka castingów o pracy z dziećmi na filmowym planie

Mały aktor, wielka odpowiedzialność. Reżyserka castingów o pracy z dziećmi na filmowym planie
Filip Wiłkomirski jako Dawid i Tytus Szymczuk w roli jego młodszego brata Michała. Dziecięcy duet, który skradł serca widzów w filmie Brat (reż. Maciej Sobieszczański)
Fot. Materiały prasowe/Łukasz Bąk

Jest ich w polskim kinie coraz więcej i grają ciekawe role. Jak się zostaje dziecięcym aktorem i z jakimi trudnościami się to łączy, mówi Nadia Lebik, doświadczona i ceniona reżyserka castingów, która obsadziła już setki dziecięcych ról.

Dzieci na planie zaskakują talentem, choć nie mają dyplomów aktorskich. Nie peszy ich praca z gwiazdami, powtarzanie ujęcia kolejny raz, konferencje prasowe. Na festiwalu w Gdyni mówiono, że „dzieciaki rozbiły bank”, filmy z ich udziałem zdobyły wiele nagród i budziły emocje. Rozmawiamy z Nadią Lebik, reżyserką castingów, która sprawdza predyspozycje aktorskie kandydatów, ale dba też, by zadanie nie przerosło możliwości dziecka.

Nadia Lebik2
Nadia Lebik
ARCHIWUM PRYWATNE

Twój STYL: Zdarzyło się pani wypatrzyć dziecko na placu zabaw, pomyśleć „idealne do roli!” i zaproponować angaż?

Nadia Lebik: To tak nie działa. Nie ma innej drogi na ekran niż casting. Jeśli dziecko chce grać, musi przez to przejść. Nawet gdy ktoś wpadnie mi w oko i tak proponuję casting. Tam weryfikuję pierwsze wrażenie. Raz zaprosiłam chłopca, który na parkingu chciał mi umyć szyby w aucie. Dostał się do obsady serialu, miałam satysfakcję. Aktor, który zagrał w filmie Psubrat Marii Zbąskiej, trafił na casting w podobnych okolicznościach. Dobrze jest dawać szansę dzieciakom z różnych środowisk. Gdy jest na to budżet, robię castingi w całej Polsce; kontaktuję się z animatorami dziecięcych zespołów, teatrzyków z prośbą o wskazanie talentów.

Zadania nietypowe?

Do serialu Infamia potrzebowaliśmy dzieci romskich. Takiego dziecka nikt nie przyprowadzi na casting. Szukanie ich w szkołach czy domach kultury nie miało sensu. Trzeba było znaleźć romską wspólnotę, pojechać do niej, chodzić od drzwi do drzwi i powoli nawiązywać relacje. Wszystko musiało być dużo wcześniej przygotowane. To była niełatwa praca wielu osób. Producentka Justyna Pawlak zagwarantowała pomoc w tak złożonym castingu. To było niestandardowe działanie w szacunku do kultury romskiej. Musieliśmy też wiele dzieci nauczyć scen i języka, zanim zaczęły się przygotowania. Całość wymagała niecodziennego podejścia. Zadania nietypowe to w tym zawodzie norma.

Casting weryfikuje nie tylko talent, ale i…?

Poziom skupienia, wytrzymałość psychiczną, zdolność do współpracy. Nie oceniam tylko tego, jak kandydat wypowie kwestię próbną, ale i to, czy jest w stanie pracować na planie w konkretnej roli. Czasem dziecko może mieć aktorskie predyspozycje, ale boi się wody, a rola przewiduje pływanie, scenę topienia się. Muszę zbadać szeroki kontekst. Dlatego odbywam rozmowy z rodzicami o fizycznych, zdrowotnych i społecznych aspektach życia dziecka. Interesuje mnie, czy nie ma zaległości w szkole. Praca w filmie oznacza nieobecności; jeśli dzieciak ma problemy z nauką, ta praca może je pogłębić. Jako reżyserka castingu czuję się odpowiedzialna za to, żeby aktorskie wyzwania nie przerosły możliwości dziecka również poza planem.

Wiele racjonalnych przesłanek składa się na pani wybór. A intuicja? Zdarza się pani poczuć impuls: „to dziecko ma w sobie coś!”? I mu ulec?

Jestem uważna na intuicyjne sygnały. Zwłaszcza mocne i jednoznaczne. Tak było, gdy szukałam aktorki do amerykańskiej produkcji Mam na imię Sara, w reżyserii Stevena Orrita. Casting był rozbudowany. Zgłosiło się około tysiąca dziewcząt z całej Polski. 14-letnia Zuzanna Surowy przyszła spóźniona, z kontuzją kolana i oznajmiła: „Nie znam angielskiego, ale nauczę się go w trzy dni!”. A język to był podstawowy wymóg!

Niby wszystko na nie.

No właśnie! A ja poczułam, że ona jest postacią, której szukam. Miała zagrać żydowską dziewczynkę, która nie umie się bać i to pozwala jej przetrwać straszny czas wojny. Zuzanna miała w sobie naturalną odwagę i determinację na nieprzeciętnym poziomie. Powiedziałam producentce, to znów była Justyna Pawlak: nie odpuszczę tej dziewczyny! Zorganizowaliśmy nauczyciela języka, trenerkę aktorstwa. Zuzanna, tak jak obiecała, nadrobiła braki migiem. I zagrała wspaniale. Intuicja mi pomogła.

Proces wyłaniania dziecięcego aktora trwa średnio...?

Od dwóch do czterech miesięcy. Przy skomplikowanych projektach nawet dłużej. To oznacza co najmniej kilkanaście spotkań. Od pierwszego przesłuchania do wyłonienia obsady jestem w stałym kontakcie z kandydatami. Sprawdzam w tym czasie predyspozycje dzieci w bardzo różnych obszarach. W jednym z filmów istotna była relacja dziewczynki z psem, bo dużo grała ze zwierzakiem. Badałam więc, czy kandydatki do roli nie boją się psów, jak wchodzą w relację ze zwierzęciem, ale też czy nie mają alergii. Niby banalne, ale istotne. Ze spotkania na spotkanie grupa się zawężała. Aż miałam trzy kandydatki, z którymi już intensywnie pracowałam nad filmową postacią.

Trzy dziewczynki przygotowują się do roli, dostanie ją jedna. Dwóm pani powie „niestety”. Trudne?

Tak. Ale proces rekrutacji wymaga takich procedur. Trzeba wybrać dziecko do roli, ale też ewentualne zastępstwo. Niejedno. Koszty produkcji i terminy nie pozwalają na rozpoczęcie rekrutacji od nowa, gdyby wybrana aktorka wycofała się z projektu. A to się zdarza. Młodego aktora wyeliminować może nie tylko choroba, kontuzja, ale również rozwód rodziców, zawód miłosny. Nagle komplikuje się emocjonalna sytuacja dziecka i ono nie jest już w stanie podołać wyzwaniom na planie. Choć wcześniej nie miało z tym problemu. I tego nie da się przewidzieć. Raz mieliśmy wybranego kandydata do głównej roli, ale plan filmowy się przesunął o rok przez finansowe komplikacje. Chłopiec tak w tym czasie urósł, że nie pasował już do roli. Musiał go zastąpić ktoś inny. 

Nie zazdroszczę pani. Jak powiedzieć dziecku, które kilka miesięcy starało się o rolę, zdobyło ją, żyło tym, że zagra w filmie – że jednak nic z tego?

Od początku tłumaczę dzieciom, jakie są ryzyka związane z tą pracą. Jeśli mam w castingu do roli 300 kandydatów, to siłą rzeczy 299 dzieci usłyszy „nie”. Najtrudniej powiedzieć to tym pięciorgu, które dotarły do finału. Przez kilka miesięcy dawały z siebie wszystko. Nikt nie wie o tym tyle, co ja.

I jak pani to załatwia?

Mówię: „Jesteście w tym projekcie najlepszymi z najlepszych. To, że doszliście tak daleko, potwierdza wasze talenty, predyspozycje. Wybitni aktorzy biorą udział w castingach i również nie zawsze wy grywają. To część tej profesji. Ale każdy z was ma sobie czego pogratulować przez sam fakt, że się od ważył spróbować, że tu jest”. I zapraszam na kolej ne castingi. Czasem zdradzam trochę, co zaważyło na ostatecznej decyzji. Np. że jakaś postać miała być maksymalnie podobna do ekranowego ojca. I dziecko X ma tego podobieństwa więcej niż Y. To nie jest wartościujące. Bo w innym filmie może dziecko Y będzie miało pożądane cechy. Po takich wyjaśnieniach dzieci są spokojniejsze. Szukam też innych rozwiązań: zasilam tymi dzieciakami drugie plany, zapraszam do kolejnych projektów, pokazuję ich nagrania reżyserom. Traktuję je po ważnie, z szacunkiem. Czuję się odpowiedzialna za to, by nie podciąć im skrzydeł.

Pani rola nie kończy się na wybraniu obsady.

Pracuję często z dziecięcymi aktorami nad rolą, zanim plan się zacznie, i jestem z nimi do końca zdjęć. Podczas filmowania towarzyszę im każde go dnia. Wspieram i rozwiązuję na bieżąco problemy, czasem zaskakujące. Pamiętam sytuację, gdy dziecko miało wyskoczyć z bramy i odegrać radość na widok ojca, który rzekomo zginął w po żarze. Tyle że aktor, który grał ojca, nie mógł być tego dnia na planie. Swój udział w scenie nakręcił w innym terminie. Dziecko miało odegrać radosną euforię przed kamerą, wyobrażając sobie, że widzi tatę, i zupełnie mu to nie wychodziło. Nie byliśmy przygotowani na taką sytuację. Tego nie da się zaplanować na próbach. Po kolejnych nieudanych dublach założyłam sobie wiadro na głowę i stanęłam tam, gdzie miał „widzieć ojca”. Jak mały wypadł z bramy i ujrzał mnie w tym wiadrze, spontanicznie się ucieszył. I mieliśmy scenę gotową.

Skompletowała pani dziecięcą obsadę również do filmu Ministranci, który zdobył Złote Lwy. Czterech chłopców w wieku od 8 do 12 lat zagrało w nim główne role. Oglądając Tobiasza Wajdę, jednego z dziecięcych aktorów, zastanawiałam się, jak trudne było przygotowanie go do sceny, w której zostaje brutalnie pobity.

Ta scena była złożona, ale nie mam pewności, czy najtrudniejsza. Piotr Domalewski po wielu próbach z kaskaderami, wcześniej z trenerem aktorstwa dziecięcego, samym aktorem, operatorem skrupulatnie przygotowali to ujęcie. Nagrywaliśmy ją bardzo technicznie: charakteryzacja „pobitej twarzy” chłopca – ujęcie, podkręcenie charakteryzacji – kolejne ujęcie…

Na ekranie to scena, w której tężejemy w obawie o życie dziecka.

Magia montażu. Tobiasz działał jak zawodowy aktor. Podczas miesięcy pracy z dziećmi przygotowuję je, przed etapem filmowania, do wyzwań, z którymi będą się mierzyć, więc i tę scenę przerobiliśmy pod każdym kątem na sucho. W pracy z dziećmi nie może być mowy o zaskoczeniach, to oznaczałoby zbyt duże ryzyko. Ale to nie sceny walki czy kaskaderskie wyczyny są największym wyzwaniem. Dużo trudniej przygotować kilkulatka do filmu, którego fabuła opowiada o przemocy w rodzinie, rozwodzie. Gdzie dzieciak musi wpisać się ze swoją rolą w aurę rozpaczy, beznadziei. Wtedy potrzebny jest na planie psycholog wyspecjalizowany w ta kich zadaniach. 

W pracy z kilkulatkami obowiązują jakieś formalne wymogi?

Czas pracy dziecka na planie nie może przekraczać sześciu godzin. Jeśli taki aktor jest głównym bohaterem, musimy mieć prawie dwa razy więcej dni zdjęciowych, czyli większy budżet. Bo dzień pracy ekipy technicznej kosztuje tyle samo, czy pracuje 6 godzin z dzieckiem, czy 12 z dorosłym aktorem. Kino z udziałem dzieci wymaga odwagi finansowej ze strony producentów.

W tym roku ryzyko się opłaciło. Nie tylko Ministranci zostali obsypani nagrodami. Filip Wiłkomirski, 14-letni odtwórca roli głównej w filmie Brat, dostał w Gdyni nagrodę za profesjonalny debiut aktorski. 

Zdolnych dzieci jest sporo. Dawanie im szansy na pokazanie się i rozwój to wielka satysfakcja. Pracuję jako reżyserka castingów od 17 lat i wiele dzieciaków, które wybrałam do filmów, zostało profesjonalnymi aktorami. Niektóre teraz studiują w szkołach aktorskich. Matylda Giegżno, która zdobyła w tym roku w Gdyni nagrodę za główną rolę kobiecą w filmie Światłoczuła, też zaczynała u mnie jako dziecko. Dumna jestem z moich „wychowanków”. 

Kiedy się pani stresuje, czytając scenariusz z udziałem dzieci, do którego ma pani znaleźć obsadę?

Gdy widzę, że ktoś wymyśla wyzwania nieadekwatne do wieku dziecka. Wtedy reakcje są nie do przewidzenia. Dziecko może się zbuntować, odmówić gry. W takiej sytuacji muszę szukać dziecięcych dublerów, planować awaryjne rozegranie scen.

Czyli?

Filmowanie dziecka z tyłu lub z boku, tak żeby widz nie do strzegł, że rolę gra inna osoba. Albo na gorąco wymyślam z reżyserem taki przebieg sceny, by odbyła się jednak bez udziału dziecka, a jednocześnie pokazała to, co potrzebne.

Dorośli nie zawsze radzą sobie z nagłą sławą. A dzieci?

Krąży sporo wyobrażeń o wodzie sodowej, która może uderzyć tak młodym osobom do głowy. Ale moje doświadczenia są inne. Gdy porównuję dziecko z etapu castingu z tym, które spotykam po za kończeniu filmu, zazwyczaj widzę niezwykły skok rozwojowy. W takich aspektach jak samodzielność, kontakty społeczne, rozwój emocjonalny praca aktorska edukuje. Udział w filmie to przyspieszony kurs dojrzałości i odpowiedzialności. Ale też rozwój takich cech jak punktualność, kreatywność. Wiele razy obserwowałam, jak po kilku miesiącach pracy przy filmie dzieciak rozkwitał. Stawał się bardziej świadomy siebie, otwarty, odważny. Gdy towarzyszy temu jeszcze tak spektakularny sukces, jak w przypadku Ministrantów, udział w filmie zamienia się w przygodę życia albo… początek ciekawej drogi. To przygoda, która na pewno wiele zmienia. 

 

 

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 01/2026