Pierwszy dzień wiosny
Fot. Materiały prasowe

Pierwszy dzień wiosny

Według Roberta Ziębińskiego, miłośnika i znawcy horroru zarówno w kinie, jak i w literaturze, przez komunizm polska kultura została pozbawiona slasherów i monster movies. Postanowił więc uzupełnić tę lukę i stworzył „Dzień wagarowicza”, powieść grozy, nie pierwszą w swoim dorobku, ale na pewno pierwszy klasyczny slasher w Polsce. Napisany z amerykańskim rozmachem, ale osadzony w jak najbardziej rodzimej socrealistycznej rzeczywistości.

Na czym polega slasher – wiadomo, mamy grupę bohaterów, którzy po kolei giną, zazwyczaj w wyniku działania seryjnego, często obłąkanego mordercy albo sił nadprzyrodzonych, na przykład zmutowanych morderczych zwierząt. I tak też jest w „Dniu wagarowicza”, tylko że fabuła nie jest aż tak prosta, a okoliczności oczywiste.

Rzecz dzieje się na początku lat 50. XX wieku, w momencie przełomowym dla Polski – podczas wizyty w Moskwie umiera towarzysz Bierut i w obozie rządzącym rozpoczyna się bezpardonowa walka o władzę. W trosce o bezpieczeństwo córki Ingi najważniejszy w tym momencie człowiek w państwie Edward Ochab wysyła ją wraz z grupą jej licealnych przyjaciół do mazurskiej głuszy, gdzie z dala od cywilizacji, nad brzegiem jeziora Śniardwy, wśród lasów partia ma piękny i dyskretny ośrodek wypoczynkowy. Na nieszczęście wśród tych samych lasów zaprzyjaźnione mocarstwo ma tajny ośrodek badawczy. Czym się zajmuje i jakiego rodzaju eksperymenty są tam prowadzone, nie wie nikt, choć miejscowa ludność jest przekonana, że z badań obłąkanych radzieckich naukowców nie może wyniknąć nic dobrego. W tych samych mazurskich lasach ukrywa się Roman „Trop” Kielecki, były lekarz Armii Krajowej, którego komunistyczna władza nie darzy sympatią, z wzajemnością.

I nagle w okolicy zaczynają ginąć ludzie, a to, co z nich zostaje, świadczy o tym, że w lasach grasuje bestia znacznie bardziej agresywna i krwiożercza niż żyjące w głuszy dzikie zwierzęta. Dla odciętej od świata grupy bananowej młodzieży jedyną szansą ratunku jest „Trop”, który z jednej strony musi stoczyć walkę sam ze sobą, by stanąć w obronie dzieci znienawidzonych komunistów, a z drugiej nie umie zignorować zwykłego ludzkiego współczucia i poczucia przyzwoitości, tym bardziej że Inga zaczyna budzić w nim ciepłe uczucia.

W tej powieści horror bardzo sprawnie łączy się z fantastyką naukową, tworząc fabułę przerażającą nie tyle kolejnymi ofiarami, które giną w straszny sposób, lecz tym, że właściwie ma wszelkie cechy prawdopodobieństwa. Autor od razu we wstępnie zaznacza, że książka jest fikcją i nie ma nic wspólnego z rzeczywistymi wydarzeniami, więc być może czytelnik co jakiś czas przypomina sobie, że to tylko fantazja i nie ma czego się bać. Jednak z każdą kolejną sceną uświadamia sobie, że to, co dzieje się we wsi Pożegi na Mazurach, mogło wydarzyć się naprawdę. I to jest najbardziej przerażające.

„Dzień wagarowicza”, Robert Ziębiński
Dom Wydawniczy Rebis, czerwiec 2020

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również