Katarzyna Okrzesik-Mikołajek pracuje dla najsłynniejszych stadnin: zobacz, jak pięknie fotografuje konie
Stado koni o rzadkim, bułanym (żółtawobrązowym)umaszczeniu wygląda spektakularnie na tle Gór Skalistych.
Fot. Katarzyna Okrzesik-Mikołajek

Katarzyna Okrzesik-Mikołajek pracuje dla najsłynniejszych stadnin: zobacz, jak pięknie fotografuje konie

Dla idealnego zdjęcia konia poleci na koniec świata. Katarzyna Okrzesik-Mikołajek fotografuje je w mroźnych pustkowiach kanadyjskiej Alberty i na śródziemnomorskich plażach. Jest mistrzynią, pracuje dla najsłynniejszych stadnin. Obserwowaliśmy ją przy pracy. Opowiedziała nam o potędze dziecięcych marzeń, poezji roztańczonych iberyjskich wierzchowców i dlaczego kobiety „czują” te zwierzęta lepiej.

Wypuścić modeli! – fotografka daje ekipie sygnał. Na pagórek z panoramą Gór Sowich w tle wybiegają dwa ogiery. Gdyby nie czujność asystentów i taśmy wyznaczające plan zdjęciowy, konie zatrzymałyby się pewnie dopiero w sąsiedniej wsi. Nugat i Wow wierzgają, stają dęba i ścierają się ze sobą w zabawie. Sztuką jest nadążyć za nimi z aparatem, a co dopiero zrobić dobre zdjęcie. Katarzyna Okrzesik-Mikołajek jest w tym bezbłędna. Wyczuwa, którędy zwierzęta będą galopować, w jakim momencie skręcą lub staną na tylnych nogach, tak że na tle gór „zagrają” ich rozwiane grzywy, gniewne spojrzenia, napięte mięśnie. Rozumie mowę ciała i naturę koni. – Są nawet takie, które pozują, popisują się przed obiektywem, wiedząc, że budzą zachwyt – opowiada pochodząca z Żywca artystka. – Biegają z postawionym ogonem, wyciągniętą szyją i łypią okiem w moją stronę, by sprawdzić, czy zauważyłam ich starania. Są też konie nieśmiałe i zamknięte w sobie. Czasem trzeba kilku dni pracy, by obudzić drzemiącą w nich elegancję i pewność siebie. 

Bielszy odcień bieli

Za przygotowanie i bezpieczeństwo zwierząt odpowiada właściciel. – Na wypadek, gdyby nie radził sobie podczas sesji, wolę mieć też sprawdzonego pomocnika – mówi Katarzyna. Dlatego często podróżuje z nią mąż Krzysztof. W zależności od pomysłu na zdjęcie asystenci, nie wchodząc w kadr, trzymają konie na uwiązie, przeganiają po planie lub smakołykami na patyku nęcą, by rumaki skręciły szyję czy skierowały wzrok w odpowiednią stronę. Przyglądamy się przygotowaniom do sesji w Podolinie. Nastoletnie wolontariuszki pucują i czeszą „modelkę”. Do zdjęć szykowana jest Aniela, śnieżnobiała klacz cygańskiej rasy gypsy. Jej toaleta wymaga najwięcej czasu. By powłóczysty ogon na planie lśnił bielą, dziewczęta od świtu myły go szamponem. Potem rozplatały zrobione poprzedniego wieczoru warkoczyki. Już na planie Aniela ma też robiony... manikiur i make-up. Na długie włosy przy kopytach nakłada się biały puder, na pysk – warstewkę dziecięcej oliwki. Tak przygotowana staje przed obiektywem. Scenerią do zdjęć będzie martwy las. Katarzyna, która ciekawych lokalizacji wypatruje podczas spacerów, wyobraziła sobie tutaj zdjęcie białego konia pośród spowitych mgłą drzew. Ponieważ trudno o taką pogodę na zawołanie, mgłę miały upozorować świece dymne. Nie każde zwierzę nadaje się do sesji, gdzie dużo się dzieje. Aniela jest cierpliwa i spokojna. – Konie gypsy zostały tak ukształtowane przez hodowców, wędrownych Cyganów – tłumaczy Kasia. – Dzięki koczowniczemu trybowi życia dobrze znoszą zamieszanie i hałas. Opiekun klaczy przebiega z nią kilka kółek między drzewami. We „mgle” Aniela wygląda jak baśniowa zjawa. Po kwadransie Kasia ocenia jednak, że zwierzę powinno odpocząć. Piękne ujęcie nie jest ważniejsze niż bezpieczeństwo i kondycja konia. – Niektóre potrafią brykać 15 minut bez zadyszki, inne po kilku rundach są zlane potem – tłumaczy. – Jeśli zwierzę wykona zadanie, trzeba dać mu spokój. Nagrodą jest to, że mu odpuszczamy. Gdy Kasia schodzi z „modelką” z planu, czule głaszcze klacz po pysku i długo do niej mówi, wyglądają jak najlepsze przyjaciółki.

Kobieca wrażliwość

Okolice stajni Podolin to ulubione miejsce fotografki. Trafiła tu 12 lat temu i za każdym razem zaskakuje ją inny kolor nieba, kwiaty na łące, mgły nad górami. Zwierzęta wspaniale współgrają z tutejszym krajobrazem. Katarzyna Okrzesik-Mikołajek ma 30 lat, a już jest znana na świecie. Słynie zwłaszcza ze spektakularnych zdjęć plenerowych. Potrafi wykorzystać każde miejsce i pogodę, czy to kanadyjskie śniegi, czy dżdżyste angielskie wrzosowiska. Wielu chce się od niej uczyć. Dlatego kilka razy w roku organizuje warsztaty w Kanadzie, Portugalii i ulubionym Podolinie. – Ludzie mylą się, myśląc, że o jakości fotografii decyduje drogi sprzęt – tłumaczy. – Zbyt zaawansowany aparat w rękach amatora bywa przeszkodą. Bardziej liczy się wrażliwość, cierpliwość i uważność. To cechy, które zwykle mają kobiety, dlatego jest nas w tej specjalności więcej. Pomagają dostrzec drobiazg, który decyduje o wyjątkowości zdjęcia: harmonię między zwierzęciem i krajobrazem – opowiada, pokazując jeden ze swoich ulubionych kadrów, potężnego srokatego ogiera na tle śnieżnego masywu Alp. – Warto wiedzieć, czego się w fotografii szuka – dodaje. – Mnie fascynuje elegancja i siła koni, dlatego lubię pracować z rasami iberyjskimi. Od wieków były natchnieniem rzeźbiarzy i malarzy. Inspirowały Leonarda da Vinci, Velázqueza, Goyę, Picassa. Fascynuje mnie ich taneczny chód, długie grzywy, charyzma i barokowe kształty. Wybierając lokalizację do sesji z ich udziałem, szukam historycznej architektury: kolumnad, łuków, sklepień. W takich miejscach monumentalne piękno tych zwierząt jawi się najlepiej. 

Jadą wozy kolorowe

Skąd ta pasja? – W rodzinie nie było jeźdźców ani artystów – opowiada Katarzyna. – A jednak od dziecka konie mnie hipnotyzowały.
Nie chciałam jeździć, tylko patrzeć, robić im zdjęcia. Zdarzało mi się zużyć rolkę kliszy w analogowym aparacie rodziców na „sesję” kucyka w parku. Gromadziłam segregatory pełne wycinków z „końskich” czasopism, zbierałam albumy Zofii Raczkowskiej czy Roberta Vavry, amerykańskiego artysty, który dla koni iberyjskich przeniósł się do Hiszpanii. Na osiemnastkę kupiłam cyfrówkę. Jako studentka szkoły artystycznej w Chorzowie objechała kilka stadnin. Jedną z pierwszych osób, które w nią uwierzyły, była Agnieszka Bekus z Podolina. To tu Katarzyna zakochała się w długowłosych tinkerach i... bracie właścicielki stajni, przyszłym mężu. – Krzysztof pracował wtedy w Anglii – opowiada. – Pojechałam do niego, bo to wymarzone miejsce do fotografowania: parki narodowe ze stadami półdzikich koni, stadniny z wiekowymi z tradycjami. Na facebookowej stronie hodowców z hrabstwa Devon zamieściła post: „Debiutująca fotografka koni szuka modeli”. Odpowiedzieli Julie i Steven McCartneyowie, małżeństwo hodowców rasy gypsy. Ich przodkowie przemierzali Wielką Brytanię wozami zaprzężonymi w nieduże silne konie. Lubili okazy efektowne, stąd do dziś u tej rasy długie grzywy i ogony. – McCartneyowie zobaczyli, że mam zapał, zaprzyjaźniliśmy się, pozwolili mi u siebie zamieszkać – wspomina Kasia. – Dzięki nim poznałam angielskich hodowców i zbudowałam efektowne portfolio. 

Alkazar i Czarny Książę

Gdy w 2012 roku znany hodowca złotych koni andaluzyjskich zaprosił ją do Hiszpanii, bo chciał pracować właśnie z nią, zrozumiała, że oto przeszła na zawodowstwo. Trzy lata później jej „konie we mgle” wygrały polski konkurs „National Geographic” w kategorii zwierzęta. Profesjonalne magazyny zaliczyły Katarzynę do pierwszej dziesiątki fotografów koni na świecie. – To wąska grupa licząca kilkadziesiąt osób, z których każda ma specjalizację – wyjaśnia. – Jedni robią zdjęcia sportowe, inni sesje koni z właścicielami, a tacy jak ja wolą aranżowane artystyczne sesje. Fotografie wykorzystywane są w książkach, albumach, ale w dobie mediów społecznościowych chwalą się też nimi renomowani hodowcy. Katarzyna dostaje zaproszenia od najlepszych stadnin. – W hiszpańskim Jerez de la Frontera robiłam zdjęcia dla legendarnej hodowli koni andaluzyjskich Yeguada de la Cartuja – opowiada. – Jeźdźcy wystąpili w tradycyjnych strojach, tłem była mauretańska twierdza Alcázar de Jerez de la Frontera. To zabytek światowej klasy, do którego zwierzęta od dawnych czasów nie miały wstępu. Jako że konie z Jerez to „narodowe dobro”, uzyskaliśmy zgodę, by je tam wprowadzić. Kasia pracowała też dla słynnego trenera Maria Luraschiego. Usłyszała o nim jako nastolatka. Był jej idolem, tresował zwierzęta do Czarnego księcia, ulubionego filmu przygodowego. – Luraschi chciał mieć zdjęcia w podparyskim muzeum. Była to najbardziej stresująca sesja w moim życiu. Kahlo, ogromny ogier rasy lusitano, pozował w sali wypełnionej historycznymi rzeźbami. Musiałam uwierzyć, że zwierzę jest tak opanowane, jak twierdzi opiekun – mówi Kasia. – W chwilach zwątpienia wracam do tamtej sesji i powtarzam sobie: jeśli ludzie pozwalają ci fotografować w takich miejscach, znaczy, że jesteś dobra. 

Czy konie mnie słyszą?

– Zwierzęta nieustannie dają mi lekcję cierpliwości i pokory – przyznaje Katarzyna Okrzesik-Mikołajek. – Bywa, że podczas sesji długo czekam na odpowiedni moment, a on nie następuje, bo „model” nie ma ochoty pozować. Uczę się improwizacji i kontrolowania emocji, bo zrozumiałam, że to ja muszę dopasować się do nastroju zwierząt. Gdy wyjeżdża na sesję do Hiszpanii czy Kanady, znajomi myślą, że to fajne wakacje, nie mają pojęcia, jak trudne jest jej zajęcie. Dlatego postanowiła pokazać, jak wygląda praca fotografa koni, i zrobić film. Towarzyszy jej z kamerą Tobiasz Depczyński. – Rok temu Kasia zaplanowała sesję w kamieniołomie w Niemczech – opowiada. – Wiedziałem już, że potrafi przejechać tysiąc kilometrów, by zrobić jedno zdjęcie. Wszystko było dopięte: zamówiła konie, wiedziała, o której godzinie jest zachód słońca. Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że urządzili tam piknik lokalni rolnicy. Zastawili kamieniołom traktorami. O tym, że fotografka ma nerwy ze stali przekonuję się w drodze do żwirowni pod Bolesławcem. Zaczyna się ulewa, z oddali słychać pomruki burzy. Jakby zmartwień było mało, jeden z ogierów urywa się z uwiązu i czmycha w las. Szukają go właściciele, asystenci i sama Kasia, coraz bardziej niespokojni, bo niedaleko jest ruchliwa droga. Uciekiniera znajdujemy po godzinie, pogoda się poprawia, zdjęcia wychodzą zjawiskowe i tylko Kasia ma podkrążone oczy... – Zadręczałam się, że jeśli zwierzęciu coś się stanie, nigdy nie sięgnę już po aparat – przyznaje. – Po każdej sesji jestem tak wyczerpana emocjonalnie, że nie biorę do ręki aparatu i nie zaglądam do komputera przez tydzień. I tylko konie nigdy mi się nie znudzą. Nie muszę ich fotografować. Lubię być z nimi sam na sam, siedzieć na łące i patrzeć. 

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 01/2021

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również