Co robić, gdy dzieci wyprowadzają nas z równowagi?
Fot. iStock

Co robić, gdy dzieci wyprowadzają nas z równowagi?

Rodzicielstwo bez frustracji? To niemożliwe - przekonuje Marlena Trąbińska-Haduch, psycholożka. Jak sobie radzić z tą frustracją, by nie zaszkodzić dzieciom?

Myślę, że wielu z nas, jeszcze zanim zostaniemy rodzicami, zakłada, że nigdy nie krzyknie na swoje dziecko, że wszystko będziemy załatwiać na spokojnie. A potem sami jesteśmy niemile zaskoczeni swoimi reakcjami, gdy dzieci nas denerwują. Dlaczego nie udaje się wytrwać w postanowieniu?

Marlena Trąbińska-Haduch: Jeśli mieliśmy rodziców, którzy się złościli i było to dla nas nieprzyjemne, chcemy uchronić swoje dzieci przed tym, czego sami doświadczyliśmy. Nie bierzemy jednak pod uwagę, że nasi rodzice nie pokazali nam, jak sobie radzić ze złością, więc nawet gdy zdecydujemy, że będziemy inni, nie wiemy, co to „inni” miałoby znaczyć. Dlatego powielamy zachowania, które mieliśmy we wzorcach rodzicielskich, tworząc błędne koło. Ale to nie wszystkie przyczyny. Nad swoimi reakcjami trudno zapanować także dlatego, że kiedy emocje uderzają nam do głowy, zalewają tę część mózgu, która odpowiada za logiczne myślenie i kontrolę. Ta część, czyli neokortex, tworzy się na ostatnim etapie rozwoju. Potrzeba mnóstwo wysiłku, by zacząć myśleć i pod wpływem uczucia nie zrobić czegoś złego.

 

Na czym powinna polegać ta nauka radzenia sobie ze złością, której wielu z nas zabrakło?

Przede wszystkim na tym, żeby zrozumieć, że sama złość nie jest niczym złym i mamy do niej prawo. Złe jest to, co możemy pod wpływem złości zrobić. Właśnie na zrozumieniu tego polega proces socjalizacji dziecka. Złoszczący się kilkulatek ma z instynktu zachowania agresywne: kopie, bije, gryzie. A my musimy mu mówić: „OK, rozumiem, że się złościsz, że to, co się stało, było dla ciebie niemiłe, ale nie można kopać, bić i gryźć. Są inne sposoby na to aby pokazać, że się złościsz”. Musimy zaproponować coś w zamian, bo przecież złość jest silną emocją i trzeba jakoś ją uwolnić. Dziecku poradźmy więc, by np. zacisnęło piąstki, potupało nogą, podarło kawałek papieru. Tyle że jeśli sami nie byliśmy tego nauczeni w dzieciństwie, trudno przełożyć to na relacje z własnymi dziećmi.

 

Czy jest w ogóle możliwe, by przejść przez rodzicielstwo w stanie wiecznej łagodności?

To by oznaczało, że można je przejść bez frustracji. A tak się nie da. Mamy wyobrażenie, że nasza relacja z dzieckiem będzie się opierała tylko na miłości i cieple, ale potem się okazuje, że zarówno my frustrujemy nasze dziecko, jak też ono frustruje nas. My frustrujemy je już w niemowlęctwie, gdy za późno podamy butelkę z mlekiem i ono płacze. A ono frustruje nas później wielokrotnie, bo np. robi coś wolniej, nie lubi takiego jedzenia jak my, nie chce z nami jeździć na rowerze albo nie interesują go książki. Ale to od nas zależy, jak będziemy tę frustrację okazywać. Czy zwrócimy dziecku uwagę czy będziemy szukali odwetu niczym trzylatek, który dostał łopatką od drugiego trzylatka, więc mu oddaje. O ile w przypadku trzylatka to jest zrozumiałe, o tyle my już nie powinniśmy oddawać kopniaka, choć niektórzy uważają, że jeśli dziecko nas kopnie, trzeba zrobić mu to samo, żeby zobaczyło, jak to boli. Nie tędy droga. Mówimy: „Synku, to bardzo boli, jeśli będziesz mnie kopał, ja się od ciebie odsunę. Nie będę trzymać cię na kolanach”. Ale jeśli oddamy dziecku i hukniemy „Nie kocham cię już!”, to wyładowujemy agresję, z którą nie umiemy sobie poradzić.

 

Idealnie byłoby nigdy nie krzyczeć, ale czy tak się da?

Jesteśmy tylko ludźmi, nie da rady zawsze być zen. Ważne, by po wybuchu złości umieć przeprosić dziecko, powiedzieć: „Nie chciałam tak krzyczeć, miałam już dość, że nie chcesz zrobić tego, o co prosiłam”. Wtedy dziecko dostaje komunikat, że krzyk nie jest dobry, uczy się przepraszania i wybaczania. Niestety wielu rodziców nie ma w sobie gotowości, by przyznać się do błędu przed własnym dzieckiem.

Gwałtowne reakcje często są wynikiem tego, że jakiś problem z dzieckiem się utrzymuje. Że o coś prosimy i nic. Jak wtedy nie stracić cierpliwości?

Jeśli problem się utrzymuje, musimy poszukać przyczyny. Dajmy na to, że dziecko jest agresywne. Może jest takie dlatego, że nie radzi sobie z własnymi emocjami i nie umie ich inaczej wyrazić? Albo chce w ten sposób zwrócić na siebie uwagę, bo mama nie reaguje, gdy się ją zawoła, ale zareaguje na uderzenie? Niestety sami często mamy poważny problem z ustaleniem przyczyny, bo za bardzo skupiamy się na tym, by dane zachowanie ustąpiło. Wtedy może być niezbędna terapia. Co jednak zrobić, by nie zachowywać się gwałtownie, gdy jesteśmy już mocno zniecierpliwieni? Spróbujmy wychwycić te momenty, gdy zaczyna się złość. Część z nas kręci się wtedy po pokoju, wyciera blaty, przestawia wszystko. Inni zaczynają się „czepiać”: „Co tu robią te skarpetki?”, „Znowu niepozmywane?”. Wyłapujmy te momenty, zanim nastąpi eskalacja złości. Próbujmy zapytać się wtedy, o co nam chodzi.

 

No właśnie, a o co nam chodzi? Czy zawsze o zachowanie dziecka?

Bardzo często złości nas to, że relacja z dzieckiem blokuje nam realizację planów. Na przykład denerwuję się, bo w pokoju dziecka ciągle jest bałagan, a przecież ja tam nawet nie przebywam. Co więc mi przeszkadza? To, że zamiast wieczorem usiąść przed telewizorem i się zrelaksować, będę myśleć, że w jednym pokoju ciągle mam bałagan. I odczuwam z tego powodu dyskomfort. Ale to jest moje uczucie, ono dotyczy mnie, nie dziecka.

 

A może do tego dochodzi zwykłe przemęczenie?

Tak. Zwłaszcza że często chcemy być niezniszczalne. Nie powiemy: „Przepraszam, nie dam dziś rady przeczytać ci bajki”, bo myślimy: „Dobra mama zawsze przeczyta bajkę” albo „Moja koleżanka na pewno nigdy nie odmawia przeczytania bajki”. Zmuszamy się więc, mówiąc sobie, że to zajmie chwilę, ale potem jesteśmy proszone o kolejną bajkę, a później jeszcze jedną. Wtedy wybuchamy: „Nie! Już wystarczy!”. A przecież gdybyśmy od razu powiedziały: „Dziś nie ma bajek” albo „Poproś tatę”, uchroniłybyśmy dziecko przed wybuchem naszych emocji.

 

W poradniku „Kiedy twoja złość krzywdzi dziecko” napisanym przez zespół amerykańskich psychologów (wydawnictwo Mind) dostajemy konkretny trening polegający przede wszystkim na obserwowaniu swoich ataków złości i diagnozowaniu tzw. myśli-zapalników, np. „On nigdy po sobie nie sprząta” albo „Co za rozpuszczony bachor!”. I jeśli nauczymy się rozpoznawać te myśli, a potem zastąpimy je innym wyjaśnieniem zachowania dziecka, np. „Ma taki temperament” lub „To normalne w tym wieku”, powinniśmy stopniowo nauczyć się nad sobą panować.

Ja nazywam myśli-zapalniki wyzwalaczami lub błędami poznawczymi. Faktycznie dolewają oliwy do ognia. Rozpoznawanie ich i praca nad tym, by je urealniać, może pomóc. Czyli zastanawiamy się, czy nasz syn naprawdę nigdy nie gasi światła czy tylko teraz mu się zdarzyło, czy naprawdę jest potwornym bałaganiarzem, czy rozrzuca ubrania tylko rano, gdy śpieszy się do szkoły. Takie wychodzenie ze skrótów myślowych, zastanawianie się, jak jest naprawdę, będzie tonizować emocje. Ale tylko u osób o zdrowej strukturze psychicznej. Bywa, że problem leży głębiej. Czasem rodzice, z którymi pracuję, mówią: „Wiem, dlaczego dziecko tak się zachowuje, ale kiedy to się dzieje, nie umiem nad sobą zapanować”. Wtedy potrzebna jest terapia, by zrozumieć siebie – dlaczego tak reagujemy.

 

Jednym z typowych wyzwalaczy jest przypisywanie złych intencji dziecku. Zwłaszcza: „Robi mi na złość!”. Czytałam jednak, że wbrew pozorom dzieci raczej nie robią nam na złość.

Tak. Bo żeby zrobić komuś na złość, trzeba wykonać proces myślowy dostępny dopiero od około 10. roku życia. Małe dzieci po prostu silnie dążą do tego, czego chcą, próbują zaspokoić swoje potrzeby.

 

A nastolatki?

One też niekoniecznie robią nam na złość, tylko bronią swojego zdania, swojej tożsamości. A my nie umiemy przyzwyczaić się do ich autonomii. Chcemy, by były niezależne, ale boimy się utraty wpływu na nie. I poczucia, że jesteśmy dla nich ważni.


Świadomość takich mechanizmów chyba pomaga?

Tak, ale łatwiej jest powiedzieć: „Jesteś złośliwa” i przerzucić wszystko na dziecko, zamiast pomyśleć, że to ja mam problem z zachowaniem dziecka, bo to mnie ono złości.

 

Co zrobić, jeśli żyjemy w długotrwałym stresie związanym np. z rozstaniem z partnerem czy utratą pracy i bardzo trudno zachować spokój, gdy dziecko daje nam się we znaki?

Powinniśmy poszukać pomocy dla siebie, niestety rzadko to robimy. Nie idziemy do terapeuty, choć to pozwoliłoby nam znaleźć inny sposób wylania swojego żalu niż na dziecko. Czasami nie możemy uchronić go przed naszym cierpieniem, wtedy kluczowe jest, czy ono ma kontakt z innymi dorosłymi, którzy są stabilni: babcią, przedszkolanką, ciocią. Ważne jest też, czy z naszej strony są momenty, kiedy dajemy dziecku oddech, spokój. Jeśli nie ma elementu uzdrawiającego – wspomnianych przeprosin, wyjaśnienia – szkodzimy dziecku.

 

Zawsze tak się dzieje? Nieraz rodzice mówią, że mimo trudnej sytuacji w domu nie widzą, by coś się działo z ich dzieckiem.

Nawet jeśli mamy wrażenie, że wszystko jest w porządku, dziecko dobrze się uczy, radzi sobie w grupie rówieśniczej, nie wiemy, jak sobie poradzi jako dorosły. Najprawdopodobniej będzie miało problem z własnymi emocjami i nie będzie umiało ich wyhamować. Tak jak mama lub tata. Poza tym warto pamiętać, że dzieci doznające przemocy często są nader spokojne i grzeczne. To właśnie zdrowe dziecko, które ma silne poczucie bezpieczeństwa, umie wypowiadać swoje zdanie, zaprotestować, „pyskować”. Nie dlatego, że jest bezczelne. Ono wie, że dorośli liczą się z jego zdaniem. A to bardzo ważne.

 

Marlena Trąbińska-Haduch - założycielka Ośrodka Terapeutyczno-Edukacyjnego MaterPater, w którym prowadzi psychoterapię indywidualną dorosłych, par i rodzin. Prowadzi konsultacje dla rodziców mających trudności wychowawcze oraz wątpliwości związane z rozwojem czy zachowaniami dziecka.

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również