Zdolna. Zagra w Teatrze Narodowym i w serialu. Nawet w musicalu, bo śpiewa. A że wciąż potrzebuje dopaminy, porwała się na monodram. Oglądając "Panią z telewizji", wszyscy, którzy już żyli w latach 80.–90., wzruszą się i uśmieją. Na scenie: Monika Dryl.
Pamiętacie serialową piosenkę Siedem życzeń? A może kochałyście się w Dylanie z Beverly Hills 90210? Monika zabiera nas do świata dziewczynki, która dorastała w końcówce XX wieku. Śpiewa i bawi anegdotami. O tym, jak w dniu szóstych urodzin przeraziła się, że nie będzie mogła oglądać programu 5-10-15 (myślała, że to tylko dla tych, co mają równo 5, 10 lub 15 lat). Albo jakie były patenty na wyrywanie plakatów z „Bravo Girl”. Razem lecimy w epokę kreszowych dresów, piosenek Lombardu i transformacji ustrojowej. Monika ma 46 lat. Dobry moment na monodram. Już sporo wie się o życiu, umie złapać uwagę widza, wykorzystać doświadczenie. Ona ma ogromne: sukcesy w konkursach piosenki i musicalach, praca w jednym z najważniejszych polskich teatrów, popularne seriale (Klan, Barwy szczęścia), dubbing. Przed rozmową zerkam jeszcze na Instagram Moniki. Kiedy z synem zbierała na WOŚP, przebrali się za potwory z serialu Stranger Things. I grali na saksofonach!
Twój STYL: Z tobą nie ma nudy.
Monika Dryl: Nadaktywność może utrudniać życie, ale przede wszystkim dzięki niej robię wiele niesamowitych rzeczy. Kiedy zaczynam kolejną przygodę, czuję strach, jednak ekscytacja jest zawsze większa. Syn, nastolatek, ma podobnie. Żartujemy, że mamy tytuł do przyszłych autobiografii – „W poszukiwaniu dopaminy”. Zrezygnowałam z karnetu na siłownię, bo siłownią jest moje życie.
Monodram to kolejna sztanga do podniesienia?
Pomyślałam parę lat temu: czego będę żałować, jak już znajdę się na katafalku? Po pierwsze, że nie zobaczyłam wielu miejsc na Ziemi, po drugie – że nie zrobiłam monodramu. Zaczęłam czytać mnóstwo książek autobiograficznych – z intencją, że zrobię spektakl oparty na czyjejś mocnej historii. Na pewno kobiecej. Po namyśle stwierdziłam, że nie chcę cudzych tematów. Może ja zaproponuję coś światu??
Skąd odwaga?
Jestem w zawodzie ponad 20 lat. Miałam przywilej grania u Olgi Lipińskiej, Jana Englerta, Andrzeja Strzeleckiego. Tyle się od nich nauczyłam! Ale największe wrażenie zrobiło na mnie to, że każdy miał swoją drogę, ufał sobie i zapraszał do swojego świata, bardzo konkretnego i ciekawego. Z wiekiem przyszła refleksja: „Dryl, a jaki jest twój świat? Co ty możesz dać ludziom, jakie są wartości, które chcesz pokazać?”. Jako aktorka w teatrze czy serialu rozdaję siebie, dostosowuję się, jestem użytkowa. A monodram na kanwie własnych doświadczeń to coś innego. Zaczęłam zbierać pomysły, anegdoty z życia i zdecydowałam, że zaśpiewam piosenki znane z filmów i seriali, przy których dorastałam. Każda stała się powodem do tego, by porozmawiać z ludźmi na ważny temat.
Autorem tekstu jest Tomasz Jachimek.
Chciałam, żeby ktoś profesjonalnie ubrał w słowa to, co wymyśliłam. Oglądałam stand-upy Tomka i stwierdziłam: skoro mój syn się na nich śmieje, to dobry znak, będzie porozumienie. Jako autor uważnie wychodził mi naprzeciw. Dbaliśmy, żeby tekst był mi bliski, taki, do którego mogę się podpiąć emocjonalnie.
Konsekwencja się opłaciła. Publiczność cieszy się i wzrusza.
Podczas spektakli kocham patrzeć na widzów i myśleć, że przez te półtorej godziny gdzieś ich zabieram, w ich osobistą podróż. Że płaczą, śmieją się, mają jakąś autorefleksję. Nie nazwę tego misją, za grube słowo. Ale mam potrzebę sensu – cokolwiek robię. Lubię mieć cel. Od kilku lat jest nim potrzeba dotarcia do swojej autentyczności. Dowiedzenia się, kim jestem, co lubię, a czego nie.
Skąd taka potrzeba? Czterdzieste urodziny?
Przyszedł moment, kiedy dotarło do mnie: jestem jedyną osobą, z którą będę do końca życia. I chcę ten czas spędzić w przyjaźni ze sobą. Zaczęłam szukać narzędzi, szkół psychologicznych. Na początek była nauka komunikacji empatycznej, czyli porozumienie bez przemocy. Może się wydawać, że dotyczy kontaktów z innymi, ale najpierw trzeba umieć empatycznie potraktować siebie. A wtedy zmienia się stosunek do świata. Nauczyłam się stawiać granice, przestałam siebie nadużywać. Wcześniej? Matka Polka i zosia samosia w jednym. A to musi być jak w samolocie – maska z tlenem najpierw dla mnie, a potem dla reszty. (uśmiech) Chciałabym w przyszłości pomagać jako trener komunikacji empatycznej. Jestem na czwartym roku psychologii i na pierwszym psychoterapii, już za dwa, trzy lata mogę zacząć pracować z ludźmi, oczywiście pod superwizją.
Morze empatii okazujesz psiakom.
Prowadzę dom tymczasowy. Mam dwóch stałych rezydentów, Siri i Gilberta, i trzecie miejsce dla „tymczasa”. Najbardziej pokochałam Dżeroslawa (Monika pokazuje tatuaż na ramieniu). Pies dusza. Z Charkowa. Fundacja Mikropsy, z którą współpracuję, wzięła go z dworca. Był ślepy i łysy. Musiał poddać się operacji, żeby chodzić. Moje funkcjonowanie z nim polegało na przepływie ogromu miłości i kosmicznego pozawerbalnego zrozumienia.
Wrażliwa natura, może dlatego, że z Podlasia?
Jesteśmy w rodzinie mocno wschodni, mamy też gałąź litewską. A białostockie zaciąganie przyniosło mi wiele radości i sukcesów na scenie. Dzięki niemu trafiłam np. do Kabaretu Olgi Lipińskiej. Podlasie kocham, ma w sobie dużo spokoju.
Z krainy łagodności trafiłaś na studia do stolicy.
W Białymstoku uczyłam się w studium piosenki, u Jerzego Tomzika. Na co dzień mieliśmy MTV i disco polo, a on pokazał świat Elli Fitzgerald, Niny Simone. To właśnie na warsztatach jazzowych jako 15-latka poczułam, że ludzie reagują na to, co robię na scenie. Co dalej? Wtedy nie było zwykłej szkoły dla wokalistów, tylko kierunkowe: jazz, musical, opera. Nie chciałam być zamknięta w jednym stylu. Wybrałam aktorstwo, bo uznałam, że tam będę miała wolność w wyrażaniu siebie. Mama się załamała: 1000 osób na 28 miejsc. Za moimi plecami załatwiła miejsce w szkole reklamy. A ja nie brałam niczego innego pod uwagę. Dostałam się. Jakbym wygrała w totolotka! I leciałam na tej euforii cztery lata.
Pierwszy moment chwały?
Dopiero koło czterdziestki. Kiedyś ludzie mnie chwalili, a ja tego nie przyjmowałam. Myślałam: „Oj, taaaki reżyser, czy dam radę?” W lęku trudno o twórczą pracę. Dziś, kiedy zaprasza mnie znany reżyser, mówię: „Super, czyli uważa, że podołam!”. Ufam sobie i mnie można ufać. Daję się prowadzić swojej intuicji. Zawodowo stoję na dwóch nogach. Jedna śpiewa, druga aktorzy. I bardzo dobrze się z tym czuję.
Trudno mi sobie ciebie wyobrazić przy spokojnym zajęciu.
Otóż zakochałam się w punch needle. Haft pętelkowy. Kupuję płótno i naciągam na ramę, którą sama robię z kantówek kupowanych w sklepie budowlanym. Mam mnóstwo materiału wyjściowego, dom jest „zawłóczkowany”, uwielbiam ich faktury, szorstkość wełnianych, gładkość akrylowych.
To wytłumacz się jeszcze z tego saksofonu.
Jest taki jak ja, nadaje się do każdej muzyki, można wydobyć z niego różne barwy. Zamarzył mi się w liceum. Zarobiłam pieniądze na wakacjach, kupiłam, potem dzięki graniu poznałam Pawła Gusnara, najlepszego saksofonistę w Polsce. Kocham ludzi z pasją, z szalonym sercem. Zwariowane pomysły prowadzą mnie do niesamowitych osób. Nie ma nic piękniejszego! Może ja właśnie po to to wszystko robię?
Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 04/2025