Kontakt z naturą przeciwdziała depresji i podnosi samoocenę! O terapeutycznej mocy roślin
Fot. istock

Kontakt z naturą przeciwdziała depresji i podnosi samoocenę! O terapeutycznej mocy roślin

Drzewa, kwiaty, trawa też mogą pełnić rolę terapeutów. Ogród nie wyleczy z depresji, ale pielęgnowanie roślin, również na balkonie, poprawia nastrój, podnosi samoocenę, uspokaja. Wszyscy tego teraz potrzebujemy. O terapeutycznej mocy natury rozmawiamy z Sue Stuart-Smith, psychiatrą i terapeutką, autorką bestselleru „Kwitnący umysł”.

Polskie przysłowie mówi: Chcesz być szczęśliwa jeden dzień? Upij się. Chcesz być szczęśliwa tydzień? Urządź ucztę. Chcesz być szczęśliwa rok? Wyjdź za mąż. Chcesz być szczęśliwa całe życie? Załóż ogród.

Sue Stuart-Smith: Wspaniałe i jest w nim sporo prawdy. Przynajmniej w wątku o ogrodzie! Pielęgnowanie roślin to coś, co może pozytywnie wpłynąć na psychikę. Znam ludzi, którym doświadczenie kontaktu z naturą, założenie ogrodu i otwarcie się na tę pasję zmieniło całe życie.

 

Kiedy się pani zorientowała, że – jak pisze pani w książce – ogród może pełnić rolę terapeuty?

Wiele lat temu. Odkryłam to przez własne doświadczenie. Mąż jest architektem zieleni. Gdy urodziła nam się córka Rose, przeprowadziliśmy się na opuszczoną farmę w Hertfordshire. Wkrótce urodziłam tam kolejną dwójkę dzieci. „Stodoła”, bo tak nazywaliśmy nasz dom, znajdowała się na środku pola. Kamienistego, dodajmy. Nic tam nie rosło. Krajobraz był surowy: ziemia, kamienie, wiatr. Ogród zakładaliśmy od zera. Ciężkimi pracami zajmował się mąż. Ja lubię gotować, skoncentrowałam się więc na ogródku warzywnym. Wcześniej nie miałam doświadczeń z uprawą roślin. Pamiętam moment wysiewania nasionek do gleby i zdumienie, gdy z niczego wyłoniły się łodygi, soczyście zielone liście.

Gdy w porośniętej wcześniej chwastami ziemi pojawiły się rośliny, doświadczyłam uczucia dumy, ale też sprawczości. To był wzrost poczucia siły i wiary, że sporo mogę. Nagle chciało mi się wstawać wcześniej, robić więcej, częściej się uśmiechać i snuć śmielsze plany na przyszłość.

Nie tylko te związane z ogrodem. Pomyślałam, że gdyby pacjent w gabinecie powiedział mi, że czuje coś takiego po naszych spotkaniach, uznałabym, że robi postępy w terapii.

Jako terapeutce przyszedł mi do głowy pomysł, że pielęgnacja roślin, czy w skali ogrodu, czy na tarasie, to świetne ćwiczenie terapeutyczne dla ludzi, którym wydaje się, że niewiele im się udało, że mało potrafią.

Przygoda z roślinami przełamuje takie przekonania, bo przy odpowiedniej opiece i odrobinie wiedzy, którą nietrudno zdobyć, rośliny wyrosną każdemu. Dlatego zaczęłam propagować ogrodnictwo w większej, ale i małej skali jako rodzaj terapii.

 

Wierzy pani, że sadzenie marchewki czy pomidorków na tarasie, pielęgnowanie orchidei na balkonie czy uprawianie róż w ogródku naprawdę można nazwać terapią?

Od lat obserwuję realną siłę oddziaływania tej terapii w pracy z osobami, które trafiają do mojego gabinetu. Pracowałam kiedyś z Kay, pacjentką, która wiele lat zmagała się z depresją. Miała trudne dzieciństwo: rodzice zaniedbywali ją. Jako dorosła kobieta samotnie wychowywała dwóch synów, którzy sprawiali wiele kłopotów. Gdy się wyprowadzili, Kay została sama z poczuciem braku sensu, pustki. Poprosiłam, by rozejrzała się po okolicy w poszukiwaniu choćby grządki, którą będzie mogła się zająć. Przy jej domu był zachwaszczony placyk. Kay zaczęła go porządkować. Po kilku miesiącach stało się to jej hobby, a zaniedbany kawałek ziemi zmieniał się w ogródek. Sąsiedzi jej dziękowali, poczuła się zauważana i doceniana.

Miała wrażenie, że robiąc porządek z tym kawałkiem terenu, robiła porządek w głowie. Powiedziała: „Gdy zajmuję się tą ziemią, czuję, że jestem w czymś dobra”.

Ogrodnictwo to nie lek na depresję, ale dla Kay było skutecznym środkiem na niską, nieadekwatną samoocenę, która leżała u niej u źródeł depresji.

 

Istnieją dowody na potwierdzenie tej tezy?

Oczywiście!

Badania z 2018 roku wykazały, że uprawianie roślin może w zauważalny sposób łagodzić depresję, poprawiać nastrój i właśnie podnosić samoocenę. Jako psychiatra w ciągu wielu lat praktykowania hortiterapii obserwowałam wielokrotnie jej zaskakujące efekty – również u osób z poważnymi problemami.

Pewna pacjentka, Grace, po latach depresji wywołanej tragiczną śmiercią matki cierpiała na zaburzenia lękowe. Gdy eksperymentalnie przepisano jej pracę w ogrodzie łącznie z farmakoterapią, nie wierzyła, że to może pomóc. Po kilku miesiącach przyznała, że napady lękowe mijają. Odcięcie od zgiełku i zamętu, które przytłaczały ją w kontaktach z ludźmi, uspokoiło jej psychikę na tyle, że mogła zajść zmiana.

 

Na ile popularna jest ta metoda w środowisku terapeutów?

Badania potwierdzające leczniczy wpływ kontaktu z naturą na psychikę sprawiają, że lekarze zamiast przepisywać leki pacjentom chorującym z powodu stresu, zalecają im spacery po lesie. Na receptach wypisują ich częstotliwość, dodają wskazówki – ile szybkiego marszu, a ile spokojnej kontemplacji natury.

Oczywiście wszyscy mogliby się na taki spacer wybrać bez zachęty lekarza, ale wiele osób żyje w całkowitym oderwaniu od natury. Dlatego nie tylko w Finlandii, ale też w Wielkiej Brytanii i USA włącza się ogrodnictwo i świadomy kontakt z naturą do procesu terapeutycznego.

 

Czytałam, że dzieci z trudnych rodzin z Luton hodowały dynie i dzięki temu po raz pierwszy w życiu doświadczyły, że mają na coś wpływ.

Od tak drobnego doświadczenia zaczyna się czasem wielka przemiana. Wrażenie zrobił na mnie więzienny projekt ogrodniczy na Rikers Island w pobliżu Nowego Jorku. Jego celem było zmniejszenie agresji wśród osadzonych, ale też walka z rasistowskimi przekonaniami. Wspólne uprawianie ogrodu przez więźniów o różnym pochodzeniu etnicznym sprawiło, że zaczęli się traktować z większym szacunkiem. Jak mi sami wyjaśnili: „Dla roślin nie ma znaczenia, czy uprawia je czarna, czy biała ręka”. Uprawę ogrodu, niezależnie od wcześniejszych podziałów, uznali też za wspólny cel. I choć nadal pod nieobecność strażników chętnie demolowali budynek więzienia, nikt nigdy nie potraktował w ten sposób ogrodu. To było jedyne miejsce w całym kompleksie, o które ci ludzie naprawdę dbali. Hortiterapia, jak widać, ma też moc naprawiania więzi społecznych.

Cieszy mnie, że na świecie powstaje więcej ogrodniczych wspólnot. I wcale nie jest potrzebny do tego duży ogród. Sąsiedzi skrzykują się i na podwórku sadzą w skrzynkach kwiatki, marchewkę, szczypiorek. To ich „wspólne dziecko” sprawia, że częściej ze sobą rozmawiają, chętniej się do siebie uśmiechają. I z większą ochotą udzielają sobie wsparcia – to też dowiedzione naukowo.

 

Co takiego w ogrodach wywołuje te wszystkie efekty?

Ogrody czy inne miejsca, w których skupiamy się na roślinach, uspokajają, czyli redukują stres, który jest teraz jedną z głównych przyczyn chorób nie tylko związanych z psychiką. Zajmując się roślinami, możemy uwolnić się od napięć związanych z relacjami z ludźmi, rozluźnić się. Efekty regularnie powtarzanych seansów wyciszenia w naturze obserwowałam w Headley Court, w ogrodach przy Centrum Rehabilitacji Medycznej Brytyjskiego Ministerstwa Obrony. To placówka, która zajmuje się terapią żołnierzy wracających z misji wojennych. Ogrody otoczone są szpalerem cisów. Opadają tarasami w dół.

W środku znajduje się staw z fontanną, niżej grządki warzywne i sad. Pacjenci z rozpoznaniem stresu pourazowego żyją w stanie ciągłej gotowości, ich nerwy są napięte. Ogród wprowadza ich w stan fizjologicznego relaksu: żadna z roślin nie wykona nagłego, nieprzewidzianego ruchu ani nie zaatakuje. Z czasem uczą się, że nie muszą tu ciągle mieć się na baczności. Ten efekt przenoszą do codziennego życia.

 

A kolor zielony? Na ile to prawda, na ile mit, że koi nerwy?

Esther Sternberg, lekarka, która zajmuje się badaniem wpływu natury na nasz dobrostan, twierdzi, że „zieleń jest domyślnym trybem naszego mózgu”. Co to znaczy?

Nasi przodkowie rozpoznawali zieleń jako kolor przyjaznej przestrzeni, tej, gdzie jest dużo pożywienia i miejsca do wypoczynku. Ten przekaz jest zakodowany w najbardziej pierwotnej części naszych mózgów. Dlatego po paru minutach przebywania wśród zieleni uspokaja się tętno, obniża ciśnienie krwi. Po półgodzinie spada poziom hormonu stresu.

Nie do przecenienia jest też ekspozycja na światło słoneczne, które jest ważne dla regulacji rytmu sen – czuwanie i wspomaga wydzielanie serotoniny, która odpowiada za nasze dobre samopoczucie.

 

Czytałam, że pacjenci, którzy widzą przez okno drzewa, dochodzą do zdrowia o 30 procent szybciej niż ci, którzy patrzą na szarą ulicę.

Tak, znam te badania. Nie dziwią mnie. Nasza podświadomość postrzega rośliny jako „bezstresowe w kontakcie”. Nie onieśmielają nas. Czujemy, że są żywe, a jednocześnie wiemy, że niczego nie będą od nas chciały. Nie będą mieć pretensji, zadawać pytań, nie będą rozczarowane czy zirytowane. Zauważono, że pacjenci szpitali psychiatrycznych potrafią w kryzysie godzinami obserwować drzewa i przynosi im to ulgę. To nie są wymysły.

Samo patrzenie na doniczki z roślinami lub drzewa skłania nas do podejmowania decyzji bardziej wspaniałomyślnych, altruistycznych, wzmaga zaufanie do innych, optymizm. A patrzenie na miejski czy przemysłowy krajobraz potęguje nieufność!

W Korei przeprowadzono badanie: uczestnikom eksperymentu pokazywano piękne zielone krajobrazy. Przeprowadzany w tym czasie rezonans magnetyczny ich mózgów pokazał, że widok aktywizował obszary odpowiedzialne za odczuwanie empatii.

 

Potwierdzam, ogród koi i uspokaja. Wychowałam się w mieście, nie spodziewałam się, że po wyprowadzce z niego zakocham się w ogrodnictwie. Uwielbiam na przykład pielenie. Grzebanie w ziemi w ciepły wiosenny dzień dobrze na mnie wpływa.

Nie tylko na panią! Mało kto wie, ale zbadano, że fizyczny kontakt z ziemią poprawia nastrój z powodów fizjologicznych. Jakieś dziesięć lat temu neurobiolog Christopher Lowry odkrył, że w ziemi występują bakterie Mycobacterium vaccae, które zwiększają poziom serotoniny. Najwięcej jest ich w bogatej, wzbogaconej kompostem glebie. Gdy pielimy, sadzimy rośliny, poruszamy ziemię – wdychamy te bakterie. Jeśli nie używamy rękawiczek, osadzają się one na naszej skórze. W kolejnych badaniach Lowry dowiódł, że bakterie te pomagają myszom zwalczać stany zapalne, poprawiają ich pamięć i zdolności poznawcze. Myszy, które „naszprycowano” M. vaccae, pokonywały labirynt w czasie o połowę krótszym od swoich koleżanek!

Jeśli lubi pani pielić, zapewne lubi pani też aromat wilgotnej ziemi, zresztą większość osób go uwielbia. To geosmina, substancja uwalniana przez żyjące w glebie promieniowce. Dowiedziono, że również ma działanie kojące. Łyżeczka ziemi ogrodniczej zawiera ponad miliard różnych mikrobów, z których poznaliśmy tylko nieliczne!

Ale już wiemy, że ogrodnicy mają bardziej zróżnicowaną florę bakteryjną jelit, która wspiera odporność. A co za tym idzie, są zdrowsi.

 

Zastanawia mnie, czy sam projekt ogrodu, to, jakie sadzimy rośliny, może zwiększać lub zmniejszać jego dobroczynne działanie?

Oczywiście, wygląd ogrodu, jego koncepcja, dobór roślin i architektury mają znaczenie. Pół wieku temu Jay Appleton stworzył teorię psychologii krajobrazu: zakłada ona, że do dobrostanu psychicznego potrzebujemy otoczenia, które daje nam zarówno możliwość obserwacji, jak i schronienia się. Dlaczego? Znów kłania się nasza prehistoria: wyszliśmy z afrykańskich sawann, na których można było zarówno szukać schronienia na drzewach lub wśród nich, jak i sięgać wzrokiem daleko, aż po sam horyzont. I taką możliwość powinny dawać ogrody: dobrze jest projektować je tak, by znajdowały się w nich miejsca zaciszne, osłonięte przed spojrzeniami innych ludzi żywopłotem, murem lub ścianą gęstej roślinności. Ale nie można zapominać też o osiach perspektywicznych – by spacerując po ogrodzie, można było patrzeć w dal. Zapewniam, malutki przydomowy ogródek, działka, taras, a nawet balkon dają taką możliwość! Można patrzeć z niego w świat albo skryć się w kącie osłoniętym kratką z pnączami lub krzakiem pomidorów. Istotne, by ogród nie był monokulturą, by był ekologiczny, zróżnicowany i choć trochę naturalny. Możemy hodować róże na rabacie, ale cóż nam szkodzi, że na trawniku wyrosną mlecze? Wiele roślin, które pogardliwie nazywamy „chwastami”, przyciąga pszczoły, motyle. To wspaniały obiekt obserwacji!

 

Może ogród przydomowy, sąsiedzki to pomysł na relaks w czasach epidemii. Możemy odbywać wędrówki po własnych grządkach, ciągle widząc coś nowego?

To już się dzieje. Nie wiem, jak w Polsce, ale w Wielkiej Brytanii w centrach ogrodniczych był tłok. Ludzie uciekali do ogródków albo na balkony. Sadzili, siali, podlewali, zasilali, zbierali plony, cieszyli się pięknem kwiatów. Narodziła się moda na przetwory z własnych upraw – kolejny powód do dumy i poczucia sprawczości. Pragnienie przebywania wśród roślin jest zaprogramowane w naszych mózgach, bo nasza cywilizacja rozpoczęła się od uprawy ziemi. Mahatma Gandhi powiedział: „Jeśli zapomnimy, jak się kopie ziemię i uprawia rolę, zapomnimy, kim naprawdę jesteśmy”. Zachwycamy się zdobyczami techniki, porównujemy mózg do komputera, ale ja wolę porównywać umysł do ogrodu. Rośnie, rozwija się, dojrzewa. Coś w nim umiera, w tym miejscu wzrasta coś nowego. Jest żywym, niepowtarzalnym mechanizmem, który trwa i zdumiewa, a nie przedmiotem, który może się po prostu zepsuć. Myślę, że lepiej siebie i życie opisywać za pomocą ogrodniczych metafor.

 

Czego panią osobiście nauczył ogród?

 

Na pewno tego, że nie muszę wszystkiego kontrolować. Uwielbiam stare odmiany róż, np. Cardinal de Richelieu. Wiele zrobiłam, żeby rosły w naszym przydomowym ogrodzie, ale nie bardzo chciały. W końcu musiałam uznać, że nie wszystkie marzenia się spełniają. I tak jest dobrze.

Bywają też przyjemne zaskoczenia, które sprawiają, że czujemy podziw dla natury, dla jej siły życia. Ostatnio mąż pokazał mi donice, w których kiełkowało coś maleńkiego. Okazało się, że to nasiona peonii, które zebrał trzy lata wcześniej. „To tylko pokazuje, że czasem warto czekać”, powiedział, uśmiechając się od ucha do ucha. Oto kolejna rzecz, którą daje nam ogród. Wśród roślin zwalniam.

Tu się nie da pędzić. Kwiat rozwija się powoli. Marchewka rośnie kilka tygodni. Biorę z nich przykład. Mam wrażenie, że ogrodnictwo wydobywa ze mnie i z moich pacjentów to, co najlepsze. Gdy pielęgnuję ogród, pozwalam sobie samej rozkwitnąć. I tego życzę wam wszystkim.

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 05/2021
Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również