Relacje

Każdy widzi układy, mało kto widzi presję. Psychoterapeutka o drugiej stronie życia nepo-dzieci

Każdy widzi układy, mało kto widzi presję. Psychoterapeutka o drugiej stronie życia nepo-dzieci
Fot. Getty Images

Nazwisko otwiera drzwi do kariery, ale nie chroni przed krytyką. Przeciwnie, dzieci znanych rodziców nieustannie spotykają się z hejtem, nawet kiedy próbują udowodnić światu własny talent i ciężko pracują na sukces. Jak to odbija się z czasem na ich psychice? I dlaczego temat nepo-babies rozpala internetowe dyskusje? – wyjaśnia psychoterapeutka Marlena Ewa Kazoń.

Nie ma dnia, by któreś dziecko znanych rodziców nie było rozliczane z nazwiska, które nosi. Niedawno pod ostrzałem internautów znalazła się Helena Englert. Kiedy ogłosiła, że wystąpi na Open’erze, zalały ją komentarze: "Jak to możliwe, że mając tylko trzy piosenki, będzie gwiazdą festiwalu?". "Wiadomo, ojciec jej załatwił", "Nepo-baby nie musi mieć talentu, ważne, że ma układy". Podobne zarzuty słyszeli nie raz Brooklyn Beckham, próbujący sił kolejno jako fotograf, model i kucharz, czy Blue Ivy Carter, córka Beyoncé i Jaya-Z, której sukcesy sceniczne (w tym nagroda Grammy) nieustannie zestawiane są z osiągnięciami rodziców. Czy zastanawialiśmy się kiedyś, jak to wygląda od tej drugiej strony? Może nie tak różowo, jak się wydaje?

Przepustka do sukcesu czy życiowy ciężar?

– Kiedy rozmawiamy o nepo-dzieciach, zwykle pojawiają się silne emocje. Jedni mówią o niesprawiedliwości, inni o zazdrości. Jeszcze inni wzruszają ramionami i odpowiadają: „Każdy rodzic chce pomóc swojemu dziecku. Co w tym dziwnego?” I rzeczywiście, nie ma nic dziwnego w tym, że rodzice chcą otwierać swoim dzieciom drzwi, dzielić się kontaktami, przekazywać doświadczenie, chronić przed błędami, które sami popełnili. Problem nie tkwi w tym, że dziecko coś dostało – tylko, jak to odebrało i co dzieje się przez to w jego psychice. Z perspektywy terapeutycznej pytanie: „Czy znane nazwisko pomaga?” wydaje się mniej interesujące. Oczywiście, że pomaga. Znacznie bardziej ciekawsze jest: „Jak żyje człowiek, który od najmłodszych lat jest widziany przez pryzmat swojego nazwiska?” - zauważa psychoterapeutka Marlena Ewa Kazoń.

Wielu ludzi twierdzi, że –mimo starań – nie odniosło sukcesu przez brak możliwości: koneksji, znajomości, pieniędzy. Ale czy one rzeczywiście zapewniają wygraną? Każdy z nas zna człowieka, który dostał od losu dużo, a mimo to nie wie, czy jest wystarczający. I wcale nie czuje się szczęśliwy i spełniony. – W gabinecie często spotykam osoby, które nie pochodzą z medialnych rodzin, ale wychowały się w cieniu bardzo silnych przodków. Ojca, który był wybitnym lekarzem. Matki, która jest podziwianą prawniczką. Dziadka, którego nazwisko otwierało wszystkie drzwi. I bardzo często takie osoby potrzebują psychicznego wsparcia. Nie mówią o dumie, ani o wdzięczności, tylko o ogromnej presji ze strony bliskich. I o bólu, który latami skrywają. Bo jak mieliby powiedzieć komuś: „Mam za dobrze w życiu i przez to cierpię”? To zdanie brzmi niemal niestosownie. A przecież psychika nie działa według kategorii społecznej sprawiedliwości. Ona filtruje nasze emocje – wyjaśnia psychoterapeutka.

Przypadek Katarzyny (imię zmienione)

Jedna z pacjentek powiedziała mi kiedyś: „Przez całe życie miałam poczucie, że nie wolno mi być przeciętną.” To zdanie zostało ze mną na długo, bo za nim kryło się całe jej dzieciństwo. Ojciec Katarzyny był popularnym artystą, znanym z telewizji. W domu nie było żadnej przemocy. Ani zaniedbania. Były możliwości, pieniądze i wsparcie. Ale było też coś jeszcze – cicha, niewymawialna, ale nieprawdopodobnie silna presja, ukierunkowana na sukces. Oczekiwanie, że Kasia będzie wyjątkowa. Że nie może zawieść. Ani być „zwyczajna”, taka jak inni.

Dla wielu dzieci sławnych, wpływowych czy odnoszących wielkie sukcesy rodziców problemem nie jest brak miłości. Problemem jest trudność w oddzieleniu własnej wartości od rodzinnej historii. Bo jak odkryć, kim jestem, kiedy wszyscy od początku wiedzą, kim powinienem być? W psychologii istnieje pojęcie separacji i indywiduacji. To proces, dzięki któremu dziecko stopniowo staje się sobą. Nie mamą. Nie tatą. Sobą. Proste? W praktyce jest jednym z najtrudniejszych procesów w życiu. A bywa jeszcze trudniejszy, kiedy rodzic jest osobą znaną, podziwianą albo niezwykle silną osobowością, która swoje wyzwania przerzuca na bliskich. Wtedy dziecko może zacząć żyć nie własnym życiem, ale projektem. Projektem rodzinnym. Kontynuacją historii rodu. Przedłużeniem ambicji. Spełnieniem marzeń. Nosicielem nazwiska. Niektóre dzieci od początku buntują się przeciwko temu. Wybierają całkowicie inną drogę. Uciekają z domu. Zrywają kontakty. Próbują zbudować tożsamość w opozycji. Ale inne robią coś odwrotnego – próbują zasłużyć. Całe życie. I nawet gdy osiągają sukces, nie przynosi im on ulgi. Bo gdzieś w środku wciąż siedzi pytanie:

  • Czy jestem wystarczający?
  • Czy jestem dobry?
  • Czy zasłużyłem?
  • Czy bez nazwiska też bym sobie poradził?

To są pytania, które potrafią towarzyszyć człowiekowi przez dekady.

Nie każdy ma prawo do błędów?

Istnieje jeszcze jeden aspekt, o którym mówi się bardzo rzadko. Dziecko znanego rodzica często nie dostaje prawa do porażki. Kiedy przeciętny człowiek popełnia błąd, przeżywa go głównie on sam. Gdy błąd popełnia dziecko osoby znanej, bardzo często ocenia go całe otoczenie:

  • Jak córka takiego aktora mogła tak zrobić?
  • Jak syn takiego człowieka mógł sobie nie poradzić?
  • Jak mogło się jej /jemu nie udać? Przecież ma wszystko.

Czasem im większe oczekiwania bliskich i otoczenia, które uważnie się przygląda nepo-dziecku, tym mniej miejsca na własną słabość. Wiele takich osób od najmłodszych lat uczy się ukrywać lęk, niepewność, zagubienie. Bo czują, że powinny być wdzięczne, silne, doskonałe, gotowe. Ale na ten problem też warto spojrzeć od drugiej strony – rodzica – równie emocjonalnej. Większość rodziców nie chce przecież skrzywdzić swoich dzieci. Przeciwnie, chcą im dać wszystko, czego sami nie mieli. Oszczędzić im cierpienia. Ochronić. Pomóc. Otworzyć drogę. I bardzo często robią to z miłości. Tyle że miłość czasem nieświadomie miesza się z własnym lękiem. Lękiem przed tym, że dziecko będzie cierpiało. Lękiem przed jego porażką lub bezradnością. A wtedy pomoc zaczyna zastępować doświadczenie. Rodzic wykonuje telefon. Załatwia spotkanie. Rozwiązuje problem. Chroni przed konsekwencjami. I nawet nie zauważa momentu, w którym dziecko przestaje budować zaufanie do siebie. Bo zaufanie do siebie nie rodzi się z ochrony. Rodzi się z doświadczenia:

  • Poradziłem sobie.
  • Upadłem i wstałem.
  • Bałem się i zrobiłem to sam.

A może największym wyzwaniem nepo-dzieci wcale nie jest zdobycie sukcesu? On często przychodzi łatwiej. Znacznie trudniejsze jest odkrycie własnej tożsamości. Odpowiedzenie sobie na pytania:

  • Kim jestem, kiedy odejmiemy nazwisko?
  • Kim jestem, kiedy odejmiemy oczekiwania?
  • Kim jestem, kiedy przestanę udowadniać?
  • Kim jestem, kiedy nie muszę już nikogo reprezentować?

To są pytania, które ostatecznie dotyczą nie tylko nepo-dzieci, ale każdego człowieka. Bo każdy z nas dostał od swojej rodziny jakiś spadek. Jedni dostali kontakty. Inni lęki. Jeszcze inni pieniądze. Wielką siłę. Poczucie obowiązku. Kompleksy. Traumę. Ale prawdziwe życie zaczyna się wtedy, kiedy człowiek przestaje być wyłącznie spadkobiercą cudzej historii, a odważnie i świadomie, zaczyna pisać własną.