„To nic takiego”, „miałam szczęście”, „przecież każdy by sobie poradził”… Trudność z przyjmowaniem komplementów może mieć to związek z tym, czego nauczyłyśmy się w domu. Jeśli pochwał było niewiele, w dorosłości łatwiej polegać na sobie niż przyjmować słowa uznania od innych.
Spis treści
Komplement powinien sprawić przyjemność, jednak zdarza się, że zamiast tego... wprawia w zakłopotanie. Dlaczego tak trudno po prostu powiedzieć: „Dziękuję, miło mi to słyszeć”? Nie zawsze chodzi o skromność czy nieśmiałość. Czasem trudno uwierzyć w komplement, bo nie pasuje do tego, jak przez lata myślałyśmy o sobie. Zwłaszcza jeśli w dzieciństwie rzadko słyszałyśmy, że jesteśmy dobre, zdolne, ładne czy ważne.
Wyobraźmy sobie prostą sytuację. Kończymy ważny projekt i słyszymy: „Naprawdę świetnie sobie z tym poradziłaś”. Zamiast „dziękuję” odpowiadamy jednak: „W sumie nie było tak trudno” albo „Miałam dużo czasu”. Ewentualnie od razu dodajemy: „Chociaż końcówkę mogłam zrobić lepiej”.
Brzmi znajomo? To może wyglądać jak zwykła skromność. Ale czasem za takim umniejszaniem własnych osiągnięć kryje się coś więcej: trudność z uwierzeniem w pozytywną ocenę. Jeśli przez lata nauczyłyśmy się patrzeć na siebie przede wszystkim przez pryzmat tego, co można poprawić, pochwała za odniesiony sukces może zwyczajnie nie pasować do tego obrazu
Możemy uważać się za ambitne, ale niekoniecznie zdolne. Kompetentne, ale mało przebojowe. Dobre w pracy, ale przekonane, że „każdy zrobiłby to samo równie dobrze”.
Dlatego ten sam komplement dwie osoby mogą odebrać zupełnie inaczej. Ten, kto myśli: „Jestem dobra/dobry w tym, co robię”, z lekkością i zadowoleniem przyjmie pochwałę. Jednak u osoby, który ma zbyt niskie poczucie własnej, taka sama pochwała może wywołać napięcie. Pojawia się potrzeba wyjaśnienia, dlaczego druga osoba prawdopodobnie się myli.: „To był przypadek, po prostu mi się udało”, „Miałam łatwe zadanie”, „Każdy by sobie poradził”. I tak komplement zostaje „rozbrojony”, zanim zdąży do nas dotrzeć.
Nie każdy, kto ma trudność z przyjmowaniem pochwał, miał trudne dzieciństwo. Brak komplementów nie oznacza też automatycznie niskiej samooceny. Znaczenie może mieć jednak to, czego nauczyłyśmy się w domu o poczuciu własnej wartości. Jeśli dziecko często słyszy: „Jestem z ciebie dumna/dumny”, „Widzę, ile pracy w to włożyłaś”, „Świetnie sobie poradziłaś”, „Możesz być z siebie zadowolona”, z czasem takie słowa stają się czymś naturalnym. Pochwała nie budzi podejrzliwości, wiemy, że na nią zasłużyłyśmy.
A co, jeśli uznania było niewiele? Dziecko może nauczyć się, że na uwagę trzeba zasłużyć. Albo że sukces to nic szczególnego, nie ma potrzeby go podkreślać. I wcale nie musi dorastać w domu pełnym krytyki. Czasem wystarczy, że rodzice rzadko okazują emocje, są bardzo zajęci albo uważają, że „dzieci nie powinno się za bardzo chwalić”. W rezultacie mamy mniej doświadczeń, na podstawie których mogłybyśmy zbudować przekonanie: „Jestem wartościowa, kompetentny i moje osiągnięcia są warte zauważenia”. W dorosłości możemy zostać z przekonaniem, że wcale nie potrzebujemy, żeby ktoś mówił nam, że jesteśmy dobre. I właśnie tu pojawia się paradoks…
Kobieta, która wcześnie nauczyła się polegać przede wszystkim na sobie, może stać się niezwykle samodzielna. Nie prosi o pomoc, sama rozwiązuje problemy. Nie potrzebuje ciągłego zapewniania, że wszystko robi dobrze, potrafi działać nawet wtedy, gdy nikt jej nie dopinguje. To niewątpliwie może być ogromną siłą.
Problem pojawia się wtedy, gdy samowystarczalność przestaje być wyborem, a staje się jedynym znanym sposobem funkcjonowania. Wtedy nawet szczere wsparcie może być trudne do przyjęcia.
Osoba, która odrzuca komplementy, nie musi mieć niskiej samooceny. Może być ambitna, skuteczna, inteligentna i świetnie radzić sobie w życiu. Problem może być bardziej subtelny: pozytywne informacje o sobie po prostu nie pasują do jej obrazu siebie.
Łatwiej przyjąć: „Popełniłaś błąd”, trudniej: „Zrobiłaś coś naprawdę dobrze”. Negatywna ocena wydaje się wiarygodna. Pozytywna wymaga wyjaśnienia albo dowodu. W efekcie sukces łatwo uznać za przypadek, a porażkę za potwierdzenie własnych braków.
Nie trzeba uważać się za najlepszą. Wystarczy, że uznamy to, co zrobiłyśmy dobrze. Rozwiązaniem nie musi być powtarzanie sobie przed lustrem: „Jestem wspaniała, wyjątkowa i najlepsza”. Badanie przeprowadzone przez psycholożkę Joannę Wood z University of Waterloo w Kanadzie pokazało, że afirmacje nie zawsze pomagają. Osoby z niską samooceną po powtarzaniu pozytywnych afirmacji czuły się gorzej niż osoby z grupy kontrolnej, ponieważ pozytywne stwierdzenie mogło być dla nich sprzeczne z tym, jak postrzegały siebie. Natomiast osoby z wysoką samooceną odczuwały pewną poprawę, choć efekt był stosunkowo niewielki.
Wniosek? Pozytywny komunikat nie pomaga, jeśli jest zbyt odległy od tego, w co naprawdę potrafimy uwierzyć. Dlatego zamiast mówić sobie: „Jestem najlepsza!”, lepiej zacząć od czegoś bardziej konkretnego: „Ta prezentacja naprawdę mi się udała”, „Dobrze poradziłam sobie z tym zadaniem”. To niewielka zmiana. Ale właśnie od niej można zacząć uczyć się przyjmowania własnych sukcesów.
Zdrowa samoocena nie oznacza, że musimy uważać się za wyjątkowe we wszystkim. Możemy popełniać błędy, mieć słabsze strony i jednocześnie doceniać to, co robimy dobrze. Zamiast myśleć: „Jestem najlepsza”, możemy powiedzieć sobie: „To jedna z rzeczy, w których jestem dobra”.
To bardziej realistyczne. Nie chodzi o to, żeby zamienić samokrytykę w sztuczne zachwycanie się sobą. Chodzi o to, żeby dobre rzeczy na swój temat zauważać tak samo jak te złe. A kiedy ktoś powie komplement lub słowa uznania, nie odpowiadać: „To nic takiego”. Przyjmowanie komplementu nie jest przejawem próżności. Czasami jest po prostu zgodą na to, żeby ktoś zobaczył w nas coś dobrego i żebyśmy przez nie czuły potrzeby tego pomniejszać.