Wywiad

"Jak pan śmie tyle wiedzieć o kobietach?". Najpiękniejsze wspomnienia o Wojciechu Młynarskim

Jak pan śmie tyle wiedzieć o kobietach?. Najpiękniejsze wspomnienia o Wojciechu Młynarskim
Fot. AKPA

Kalina Jędrusik spytała go: „Młody człowieku, jak pan śmie tyle wiedzieć o kobiecie?”. Bo Wojciech Młynarski potrafił zajrzeć w niejedną duszę. Z humorem, ironią, czasem lirycznie. Swojego mistrza i przyjaciela wspomina Roman Dziewoński, autor monografii artysty.

Autor monografii o Wojciechu Młynarskim: "Praca nad książką zajęła mi trzy lata"

PANI: „Lekki kuplecista jest w istocie człowiekiem poważnym i głęboko mądrym. Perfekcjonista warsztatowy. Autor mądry i gorzki, nad życie kochający ojczyznę polszczyznę”. Czy można lepiej opisać Wojciecha Młynarskiego?

ROMAN DZIEWOŃSKI: Napisał te słowa o Hemarze w programie do swojego spektaklu w Ateneum. Fragmenty zamieściłem w książce. Ale tak, te słowa idealnie pasują też do Wojciecha Młynarskiego. Był kontynuatorem pewnej tradycji, którą reprezentował Hemar. Piękna polszczyzna i przenikliwość spojrzenia. Humor, ale też liryzm. Satyra, która potrafi walnąć między oczy.

Poeta, satyryk, artysta kabaretowy, autor ponad 2000 tekstów piosenek. Ale Młynarski to też dramaturg, scenarzysta, librecista, tłumacz, reżyser teatralny. Jak objąć taką postać?

Nie sposób. Dlatego praca nad tą książką zajęła mi trzy lata. Samych piosenek w rzeczywistości jest ponad trzy tysiące. Wojtek powierzył mi mnóstwo materiałów, niektóre jego teksty publikowane są po raz pierwszy. Dopiero kiedy ściąłem książkę do mniej więcej tysiąca stron, powiedziałem o niej jego dzieciom - Agacie, Paulinie i Jankowi. To pierwsza monografia artystyczna Wojciecha Młynarskiego. Geniusza, w to nie wątpię. Na biografię nigdy bym się nie zdecydował, bo to był za bliski mi człowiek.

Pana pierwsze spotkanie z Wojciechem Młynarskim?

Jastarnia. Lato ’65. Mam 11 lat, zjawiam się tam z mamą (tancerką Niną Smoszewską- Dziewońską – red.) na zaproszenie Adrianny Godlewskiej i pana Wojtka. Są razem dopiero od roku. Robię im zdjęcie na plaży, jak opalają się nad brzegiem Bałtyku. Rozmowy dorosłych krążą wokół Hemara, Tuwima, świata przedwojennego kabaretu. Przy okazji dostaję od pana Wojtka pierwszą ważną lekcję na temat puenty w piosence: wcale nie musi być na końcu tekstu. No i drugą. Wstaje, robi ten swój gigantyczny krok, żeby pójść do morza, zatrzymuje się w połowie, odwraca się do mnie, pochyla i mówi: „Zapamiętaj, Romku, inną puentę: »Bo miewamy czasem głupie sny, ale potem się budzimy i…«”. Pauza, patrzy na mnie tym swoim uważnym spojrzeniem, odwraca się i idzie do wody. Z tym „i” zostałem na całe życie.

Przygoda Wojciecha Młynarskiego z Kabaretem Dudek

Dwa lata później Agnieszka Osiecka tak pisze o młodszym koledze: „To zjawisko całkowicie odrębne i indywidualne. Jego głos jest pełen pasji i agresywności. Gest jest zamaszysty, kanciasty, nieco mechaniczny. Jeden z naszych reżyserów filmowych powiedział o Młynarskim, że jest gotowym elementem scenograficznym. Śpiewając, męczy się. Daje z siebie wszystko. Ręce mu drżą. Natomiast oczy są przez cały czas chłodne, wręcz zimne. Spokojne. Znamionują dystans? A może przesłaniają to, czego młody autor jeszcze nie powiedział i o czym jeszcze nie wiemy”. Szalenie przenikliwe spojrzenie.

Kiedyś na półce z książkami u Wojtka zobaczyłem tomik Agnieszki z dedykacją: „Dla Wojtka, który mnie gonił i przegonił”. Oni sobie nawzajem twórczo zazdrościli. Wojtek Agnieszce „Okularników” czy „Kochanków z ulicy Kamiennej”. Mówił: „Cholera jasna, dlaczego ja tego nie napisałem?”. Ale bardzo szanowali swoją odrębność. To dzięki Agnieszce Wojtek zaczął współpracować z Kabaretem Dudek. Zadzwoniła do mojego ojca (Edwarda Dziewońskiego - red.) i powiedziała: „Dudek, jest taki Młynarski, bierz go do swojego kabaretu”.

„Wpadłem w objęcia Dudka i w jego kabarecie szlifowałem pióro przez 10 lat”, wspominał Młynarski. Gdy tam trafił, miał 23 lata.

Dzieciak jeszcze. Ale jak przyniósł tekst, ojciec się zachwycił. I dał go Jerzemu Wasowskiemu, który był niekwestionowanym autorytetem w środowisku. Wojtek powiedział wtedy: „Znalazłem się na Parnasie”. W Dudku trafił też na Wieśka Gołasa - któż inny mógłby tak zaśpiewać i zobrazować „W Polskę idziemy”, jeden z najważniejszych tekstów Młynarskiego z czasu współpracy z Dudkiem? Od aktorów uczył się interpretacji tekstu i pokornie słuchał uwag Jerzego Wasowskiego: „Tu proszę zmienić kolejność, tu poprawić”. Gdy przychodził z nowym tekstem, Jurek Dobrowolski, nie czytając, rzucał: „Skróć o połowę”.

Buntownik pokorny?

Wobec swoich mistrzów - tak. Twierdzę, że Wojtek miał trzy takie trójce. Pierwsza to Jerzy Dobrowolski, Edward Dziewoński i Jerzy Wasowski. Potem była trójka profesorska, czyli autorytety konsultujące jego pomysły teatralne: reżyser prof. Bohdan Korzeniewski, czyli słynny Korzeń, historyk teatru prof. Zbigniew Raszewski i badacz dramatu polskiego prof. Julian Lewański. No i wreszcie trójka pianistów, kompozytorów, akompaniatorów Wojtka: Janusz Sent, któremu zawdzięczamy takie piosenki, jak „Bynajmniej” czy „Jesteśmy na wczasach”, profesor Tadeusz Suchocki, jak zawsze mówił o nim Wojtek, i najcudowniejszy, najdelikatniejszy człowiek świata - Jerzy Derfel. To on skomponował muzykę do „Truskawek w Milanówku” czy na płytę Haliny Kunickiej „Dwanaście godzin z życia kobiety”.

 

"Wojtek był oceanem możliwości, pomysłów, skojarzeń, wiedzy"

Jerzy Derfel o Młynarskim: „Po prostu geniuszem był. I kropka”.

Zawsze to powtarzał. Wojtek był oceanem możliwości, pomysłów, skojarzeń, wiedzy. To była nawałnica, trudno było za nim nadążyć. W sprawach zawodowych, warsztatu, rzemiosła był bezwzględny. Ale był też krytyczny wobec siebie, miał mnóstwo wątpliwości, do czego się długo nie przyznawał. Dążył do perfekcji, poszukiwał autorytetu. I trochę nie zauważył, kiedy sam stał się autorytetem.

Sukces spadł na niego bardzo wcześnie.

Błyskawicznie. Pod koniec ’67 roku zapełnił Salę Kongresową, i to trzykrotnie, bo to były trzy recitale w dwa dni. Na szybko zorganizowane, ponieważ francuska gwiazda odwołała swój przyjazd do Warszawy. Byłem tam zaproszony przez pana Wojtka. Po latach dowiedziałem się, że cała jego gaża poszła wtedy na bilety dla znajomych. Cenzura ostro czepiała się tekstów, ale i tak wiele udało mu się przemycić. Publiczność reagowała fenomenalnie. Ktoś taki jeszcze w Sali Kongresowej nie występował. Na tej estradzie królowali wtedy tacy artyści, jak Mieczysław Fogg czy Irena Santor. Recital był spektakularnym wejściem młodego artysty na ogólnopolską scenę. Jak to się mówi w naszym scenicznym żargonie: zażarło.

W tym samym roku w Opolu wykonał „Jesteśmy na wczasach”. Piosenkę o pannie Krysi pokochała i śpiewała cała Polska.

A Wojtek stał się na lata „panem Pucio Pucio”. Taka scenka: ja, dzieciak, idę w Jastarni z panem Wojtkiem do kawiarni po ciastka. Zatrzymujemy się przy słupie ogłoszeniowym, na którym wisi plakat najpopularniejszego wtedy zespołu, czyli Tercetu Egzotycznego. I nagle ze stojącej obok grupki ludzi dobiegają okrzyki: „Pucio-pucio!”. A Młynarski do mnie: „A miało być „Mucho-mucho”.

Z tego, co wiem, nie znosił być tak nazywany?

Od pewnego momentu i kiedy było to namolne, rzeczywiście miał serdecznie dość. W ciągu kilku lat jego popularność tak poszybowała, że trudno było z nim spokojnie iść po mieście. Ale kiedy ktoś się do niego zwracał w normalny, nieagresywny sposób, to często „wchodził w konfidencję”, jak to kiedyś określił. Lubił rozmawiać z tzw. zwykłymi ludźmi, wyłapywał użyte przez nich zwroty, wyrazy, powiedzonka. Ten język ulicy wykorzystywał w tekstach. Jak słynną frazę zasłyszaną w tramwaju na Woli: „Pan mnie wyczuwa?”.

 

"Nigdy się nie wywyższał, nie znosił snobowania się"

Mówiono o nim „bard ulicy”. A ulica mówiła do niego: „bracie”?

Tak, bo był ich. Wojtek nigdy się nie wywyższał, nie znosił snobowania się. Był za pan brat z intelektualistami i prostymi ludźmi, nawet z tymi pijącymi piwko na murku. To od nich pobierał ogląd sytuacji. Kiedyś zagaił do zawianych „dżentelmenów”, przesiadujących obok Teatru Ateneum: „Co słychać, panowie?”. A oni: „U nas ostatnio to jest Małysz. Poza tym raczej dupa”. I to weszło do piosenki. Miał niebywałe ucho do wychwytywania tego wszystkiego, co ludzie mówią i jak mówią. No i łeb jak gąbka, fenomenalną pamięć.

Stał się zjawiskiem socjologicznym. Janusz Głowacki powiedział, że w miniaturkach Młynarskiego PRL odbijał się znacznie lepiej i wyraźniej niż w trzytomowej powieści.

Oczywiście. Wiele fraz z jego tekstów na stałe weszło do języka. Choćby „Przyjdzie walec i wyrówna”, który na początku ojciec mówił jako monolog w Dudku. „Róbmy swoje” powtarzali wszyscy, od prawa do lewa – i Jaruzelski, i Wałęsa. A jednocześnie w tych prostych słowach Wojtek wyłożył swoją życiową filozofię. Długo nazywał siebie tekściarzem. Mówił: „Jaki tam ze mnie poeta? Ja piszę teksty. Poetą jest Jonasz” (Kofta - red.). Był poetą, bez dwóch zdań. Bardzo często tekst powstawał błyskawicznie. „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał” dla Skaldów napisał w kwadrans, tuż przed ich wejściem na scenę. Ale czasami dopracowywał coś bardzo długo. Po kilkunastu latach mówił raptem: „Słuchaj, nareszcie mam”. Chodziło o drobną zmianę, przestawienie słów, dodanie czegoś. Dopóki nie miał pewności, że jest dokładnie tak, jak powinno być, gdzieś to w nim cały czas buzowało.

Nowe teksty pokazywał domownikom o dość kontrowersyjnej porze. I podobno bardzo źle znosił krytykę?

Szósta rano. Budził wszystkich łomotem swoich drewniaków. Miał kilka par, przywoził je ze Szwecji i mówił na nie: saboty. Siadał do pisania bardzo wcześnie i zanim dzieci wyszły do szkoły, pokazywał Adriannie i Agacie gotowy tekst. Oczekiwał zachwytu i akceptacji, jak to artysta. Jeśli tego nie dostawał, zdarzały się awantury. Od każdego, również dziecka, oczekiwał partnerstwa intelektualnego. Był tytanem pracy, musiał zarabiać na dom, rodzinę. Tu kabaret, tam piosenka, tu libretto, tam musical. Radio, festiwal, opera, telewizja, teatr, przegląd, recital. Zamówienia, zobowiązania, terminy. Najmniej czasu miał dla rodziny, a zdarzało się, że nawet duchem był nieobecny. Refleksja, jak mówił, przyszła zbyt późno.

Na co chorował Wojciech Młynarski?

W filmie dokumentalnym „Młynarski – piosenka finałowa” otwarcie mówił o tym, że cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową. Związany z nią emocjonalny rollercoaster powoduje spustoszenia na wielu polach.

Nie potrafimy wyobrazić sobie ceny, jaką zapłacił. Przez swoją ogromną nadwrażliwość i to, co go spotkało, momentami się gubił. I wewnętrznie bardzo nad tym bolał. Jego choroba ujawniła się w ’72 roku, podczas pracy nad librettem do opery „Henryk VI”. Stan niewyobrażalnego napięcia, w jakim tworzył i funkcjonował, obroty, na jakich pracował, to wszystko miało konsekwencje dla zdrowia. Po raz pierwszy musiał się wtedy zmierzyć sam ze sobą, ze świadomością choroby. Ale o akceptację, leczenie, pogodzenie się z nią było bardzo ciężko. To przyszło późno. Wiem, w jakiej sytuacji - wobec kilku osób, między innymi mojego ojca Wojtek przyznał, że jest chory. Wkrótce w tym kręgu znalazłem się też ja.

Jeszcze niedawno wszelkie zaburzenia psychiczne były stygmatyzujące. Ale to się bardzo zmienia.

Zmieniła się świadomość, metody leczenia też. We mnie zostały słowa, które jako młody chłopak usłyszałem od znakomitego lekarza, profesora Tadeusza Kielanowskiego. Powiedział: „To nie jest pojęcie medyczne, ale tę chorobę niektórzy nazywają chorobą geniuszy”. I przy tym zostałem.

Tyle że okresy nadaktywności, manii totalnie wyczerpują organizm.

Władysław Komar, mistrz olimpijski, kulomiot, opowiadał, że raz w życiu zemdlał. Gdy dostał w szczękę od Młynarskiego. Ta historia należy do tak zwanych legend, ale ta choroba faktycznie wyzwala jakąś wulkaniczną energię. Niestety, potem to się odbija. Wojtek tego doświadczył.

 

"Wojtek o uczuciach nie za bardzo umiał mówić, wolał napisać wiersz"

Pisał teksty dla Alicji Majewskiej, Hanny Banaszak, Haliny Frąckowiak, Edyty Geppert i wielu innych. „Odkryjemy miłość nieznaną”, „Och życie, kocham cię nad życie”, „Ogrzej mnie”, „Mam ochotę na chwileczkę zapomnienia”: mało który mężczyzna potrafi tak zanurzyć się w świecie kobiety.

Idealnie ujęła to Kalina Jędrusik. Kiedy 23-letni debiutant pokazał jej tekst piosenki „Z kim ci będzie tak źle jak ze mną”, spytała go: „Młody człowieku, jak pan śmie tyle wiedzieć o kobietach?”. Oczywiście, jak to ona, dodając przy tym przekleństwo. Tą piosenką wygrała Opole. Kilkanaście lat później podobną reakcję miała Halina Kunicka. Wojtek pisał dla niej teksty na płytę „Dwanaście godzin z życia kobiety”. Spotykali się na Łowickiej, w domu Młynarskich. Pamiętam, jak któregoś dnia wychodzi z pokoju z Lucjanem Kydryńskim i mówi: „Jak on się tak dobrał do duszy kobiety?”.

No właśnie, jak?

Rozumiał kobiety. Czasami aż bał się tego, że kiedy pisze, za bardzo wchodzi w ich świat, sposób odczuwania. Wbrew pozorom Wojtek, przy całej swojej ostrości i szorstkości, miał w sobie jakąś kobiecą cząstkę. Wrażliwość na pewne rzeczy, na które mężczyźni kompletnie nie zwracają uwagi. Myślę, że wpływ na to miała jego mama, dom w Komorowie. Wychował się wśród samych pań. Cudowna mama Magdalena, z którą był bardzo związany, siostra Basia, dwie siostry mamy i ich cztery córki. No i muzyka, ciągle obecna w tym domu.

Jego córkę Agatę też nurtowało, jak ojciec – często oschły, surowy i twardy – potrafi pisać tak czułe, liryczne teksty. Tłumaczył, że poezja fruwa niezależnie od człowieka.

Myślę, że Wojtek o uczuciach nie za bardzo umiał mówić, wolał napisać wiersz. Tam krył swój intymny świat. Agnieszka Osiecka mówiła o Wojtku: „Serce ma dobre, choć rogate”. Z jednej strony był świat, z którym nie do końca umiał sobie poradzić, a z drugiej ten, którym nas obdarzył – oparty na wrażliwości i czułości. Mimo konwencji satyry, którą często stosował.

Ta „rogatość” spowodowała, że został pominięty podczas jubileuszy Opola?

Mimo że był rekordzistą nagród na tym festiwalu. Na 35-lecie Opola został całkowicie pominięty. Na 40-lecie poszatkowano i przerobiono jego jeden tekst. Nawet nie podano, kto jest autorem. Wojtek bardzo to przeżył. Z jednej strony był oburzony, z drugiej dotknięty, ale też przerażony i trochę bezradny wobec tego, co się dzieje. On bardzo walczył o inteligencję. Uważał, że satyra musi być dotkliwa. Obierał rzeczywistość jak skórkę z banana i widział, co dzieje się pod spodem. Nie idealizował tego, co się dzieje. Zawsze miał własne zdanie, był kompletnie osobny. No i nie uznawał sztucznie kreowanych autorytetów.

Czuł się trochę zapomniany?

Raczej odsunięty. Pytał: „Gdzie się podziała ta wymiana myśli?”. Tego mu bardzo brakowało. Wiele osób pod koniec przestało do niego dzwonić. Jednym z wyjątków był Michał Bajor. Zawdzięcza mu wiele utworów, które od lat są jego wizytówką. Kiedyś przychodzę do Wojtka na Lwowską, gdzie mieszkał do końca po rozstaniu z Adrianną. Ledwo zdążyłem wejść, słyszę: „Zrobiłem karierę w komunizmie!”. I wymownie rozłożył ręce. Odruchowo strzeliłem: „A kiedy miałeś ją zrobić?”. To rozładowało nieco sytuację, ale tylko trochę. Bolały go tego typu szeptane, niesprawiedliwe opinie. Teksty Młynarskiego zrobiły dla tego społeczeństwa większą robotę niż niejedno wydawane w podziemiu pisemko.

W dokumencie o nim znalazła się poruszająca wypowiedź Gustawa Holoubka. Że przy całej swojej żywotności Młynarski był bardzo kruchy. Jakby powiązany tysiącami nerwowych nici z tym, co ma w środku. Że to konstrukcja trzymającą się na nitkach nerwów. Być może tym płaci za dar, który otrzymał.

Wojtek i jego najbliżsi zapłacili za to bardzo wysoką cenę. Myślę, że on o wiele więcej czuł, widział, rozumiał. I to, co nam dał w swoich tekstach, ma korzenie w tym jego niezwykłym człowieczeństwie. Prawie do końca mówił: „Mam nadzieję, że napiszę jakieś dobre teksty, że jeszcze przede mną przygoda”.

Pana ulubiona piosenka?

Po recitalu ’71 zapytał mnie w garderobie: „Romek, która piosenka najbardziej ci się podobała?”. Mówię: „Panie Wojtku, »Ballada o późnej starości Don Kichota «”. I ci wszyscy dorośli faceci spojrzeli na mnie – gówniarz z liceum mówi raptem o balladzie o starości? Ale to piosenka, która na zawsze ze mną zostanie. Genialna, nie umiem pani powiedzieć, dlaczego akurat ta jest mi najbliższa. Wojtek wielokrotnie mówił: „Musisz mi to kiedyś wytłumaczyć”. (śmiech)

Kim był Wojciech Młynarski?

Wojciech Młynarski (1941-2017) - Poeta, tłumacz, piosenkarz, satyryk, tekściarz, dramaturg, scenarzysta, reżyser. Warszawiak. Jako student polonistyki UW debiutował w studenckim kabarecie klubu Hybrydy. Szybko wyrósł na jednego z największych twórców polskich piosenek, rekordzistę nagród festiwalu w Opolu. Występował z autorskimi recitalami, m.in. „W co się bawić”, „Szajba”, „Wieczór liryczny” i „Róbmy swoje”. Autor przekładów piosenek, m.in. Charles’a Aznavoura, Georges’a Brassensa, Bułata Okudżawy, czy piosenek do musicali: „Huśtawka”, „Fantasics”, „Chicago”,„Cabaret”. Twórca spektakli muzycznych, m.in. „Piosenki Włodzimierza Wysockiego”, „Hemar – piosenki i wiersze”, „Ordonka”, „Cicha woda”.

Roman Dziewoński - Reżyser i architekt. Autor książek o ludziach teatru i kabarecie, takich jak „Dodek Dymsza”, „Gabi Gabriela Kownacka”, „Dożylnie o Dudku Edwardzie Dziewońskim” (z Piotrem Dziewońskim). Jego najnowsza książka to „Wojciech Młynarski. Mamy taką sytuację” (Wyd. Lira).

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 07/2026