„Wtorki z Morriem” Mitcha Alboma to oparta na faktach historia ostatnich spotkań z dawnym profesorem. Książka o miłości, relacjach, starzeniu się i tym, co naprawdę ważne.
Mitch Albom miał trzydzieści siedem lat, gdy na ekranie telewizora niespodziewanie ujrzał twarz dawnego profesora socjologii, Morriego Schwartza, którego nie widział od niemal dwóch dekad. Ostatni raz spotkali się w dniu, gdy Albom odbierał swój dyplom. Gdy Morrie pojawił się w programie Teda Koppela, by opowiedzieć o życiu z nieuleczalną chorobą neurodegeneracyjną, Albom poczuł nagłą potrzebę, by znów go zobaczyć.
Choć dni Morriego były policzone, a jego stan z każdym tygodniem się pogarszał, jego dom był nieustannie pełen gości. Albom odwiedzał Morriego w każdy wtorek. Te cotygodniowe wizyty przybrały formę ostatnich zajęć profesora, odbywających się już nie w uniwersyteckiej sali, lecz w zaciszu jego domowego gabinetu, tuż po śniadaniu. Na koniec nie było egzaminu. Zamiast tego powstała książka, w której znalazło się wszystko, co Morrie chciał przekazać uczniowi w swoich ostatnich miesiącach. „Ostatnie zajęcia w życiu mojego dawnego profesora miały tylko jednego studenta. Byłem nim ja” – pisze Albom.
Jednak to, co Morrie przekazał jednemu uczniowi, z czasem trafiło do milionów czytelników. „Wtorki z Morriem” początkowo miały być ostatnim wspólnym projektem Alboma i Morriego, realizowanym, by pomóc pokryć koszty leczenia profesora. Szybko jednak historia ich niezwykłej relacji podbiła serca czytelników na całym świecie. Książka dotąd sprzedała się w ponad 18 milionach egzemplarzy w aż 51 krajach.
Kiedy po raz pierwszy sięgnęłam po „Wtorki z Morriem”, odkryłam, że książka od dawna stoi już na mojej półce. Kilka lat wcześniej przeczytała ją bowiem moja mama. To jedna z tych historii, które potrafią nas czegoś nauczyć na każdym etapie życia. Morrie mówi o rzeczach pozornie prostych: miłości, relacjach, karierze, pieniądzach, przebaczaniu, starzeniu się. Choć starzec czerpie z osobistych doświadczeń, jego historie i rady są zaskakująco uniwersalne. Każdy z nas może odnaleźć w tych samych słowach coś innego, coś wartościowego dla siebie. Zwrócimy uwagę na dokładnie to, czego potrzebujemy usłyszeć w danym momencie.
Pewnie za kilka czy kilkanaście lat, kiedy znów sięgnę po tę książkę, zatrzymam się przy zupełnie innych fragmentach niż te, które zrobiły na mnie największe wrażenie na tym etapie. I to jest chyba właśnie największa siła „Wtorków z Morriem”. To nie książka typu „self-help”, która oferuje jedną, gotową lekcję na całe życie. To raczej intymna i refleksyjna historia człowieka, który u kresu swoich dni dzieli się tym, czego nauczył się przez całe lata.