Pisze bestsellerowe kryminały i thrillery psychologiczne, jednak w książkach Małgorzaty Oliwii Sobczak chodzi nie tylko o sensację. Jej powieści konfrontują z trudnymi emocjami, budzą refleksję nad złem. – Empatia równoważy fascynację mroczną stroną ludzkiej natury – uważa autorka. Kobieca i delikatna. Nie rusza się z domu bez czerwonej szminki.
Miała 30 lat, gdy zrozumiała, kim chce być. Późno – uważa. Skutecznie nadrabia czas, pisze dużo. Kolory zła to seria kryminalna, proste tytuły: Czerwień, Biel, Błękit... Przed chwilą ukazał się Fiolet, a do kin wchodzi adaptacja Czerni. Stworzyła też cykl Granice ryzyka. Książki wymagające – piszą o jej powieściach recenzenci. Jest w nich przemoc, morderstwa, makabryczne obrazy. Ekranizacje wbijają w fotel. Kto to napisał? Wyobraźnia podsuwa stereotyp: twardzielka, ostra, bezkompromisowa. Nic podobnego. Małgorzata jest wrażliwa, ma przyjemny głos i skłonność do wzruszeń. Może siedzą w niej dwie Gośki.
Twój STYL: Żeby pisać tak mocne książki, trzeba się spotkać ze swoją ciemną stroną. Skąd w tobie mrok?
Małgorzata Oliwia Sobczak: Z potrzeby zracjonalizowania, czym jest zło, śmierć. Gdy miałam osiem lat, w 1990 roku, w naszej rodzinie doszło do zabójstwa. Konkubent cioci, z którym się rozstała, utopił w wannie ją i jej kilkuletnią córkę. Pojechaliśmy na pogrzeb, na Kujawy. W tamtych czasach nie chroniło się dzieci przed takimi tematami. Słuchałam historii o zbrodni z szeroko otwartymi oczami. Kilka miesięcy później w wypadku samochodowym zginęła moja siostra cioteczna, 19-latka Asia. Przyjaźniłyśmy się, w rodzinie kobiety są sobie bliskie, podobne do siebie, wyraziste – wszystkie malujemy usta na czerwono, mamy ciemne włosy. Spotykamy się często. Tuż przed wypadkiem pojechaliśmy na wesele kuzyna na Żuławy. Po zabawie, rano, zbudził nas wujek: Asia nie żyje. Usiadłam na łóżku i nie rozumiałam, co mówi. Nie potrafiłam dopuścić do siebie uczuć, zracjonalizować tego, co się stało. Prababcia i kuzynki lamentowały, Babcia wrzeszczała, wszyscy płakali. Siostra miała na szyi perełki, zerwała je i koraliki zaczęły skakać po podłodze – do tej pory widzę tę scenę w zwolnionym tempie. To zjawisko hipermnezji, które mnie fascynuje.
Wyjaśnijmy: tragiczne doświadczenie jest tak silną traumą, że po wielu latach potrafimy odtworzyć je ze szczegółami.
Tak. Na pogrzebie Asi trumna była otwarta, wtedy pierwszy raz widziałam osobę zmarłą. Wciąż oglądałam album ze zdjęciami z pogrzebu, przyglądałam się jej twarzy. Pewnego dnia, idąc w domu korytarzem, usłyszałam niezwykłą muzykę, która doprowadziła mnie do pokoju telewizyjnego. Emitowano pierwszy odcinek Miasteczka Twin Peaks. Trafiłam na scenę wyławiania z rzeki martwej Laury Palmer. Jej ciało owinięte folią, błękitne usta, blada twarz, mokre gęste włosy – tak bardzo przypominała Asię. Nie ominęłam ani odcinka, musiałam się dowiedzieć, kto i czemu zabił Laurę – jakby to mogło wyjaśnić, dlaczego nie żyje kuzynka. Myślę, że wtedy uwolniły się moje inklinacje i zainteresowania. Jako dziewczynka byłam nieśmiała, ale lubiłam obserwować. Gdy do rodziców przychodzili goście, siostra śpiewała, recytowała wiersze, a ja chowałam się za kanapą i patrzyłam, analizowałam. Lubiłam niepokojące lektury, w podstawówce czytałam Wichrowe wzgórza i Dziwne losy Jane Eyre sióstr Brontë. Po śmierci ciotki i kuzynki Asi wzmógł się we mnie irracjonalny strach, który czują wszyscy w rodzinie, szczególnie kobiety – że zaraz coś się wydarzy, że możemy kogoś stracić. Pisząc, konfrontuję się z lękami, tym, co we mnie mroczne. Kiedy urodziłam córkę, teraz prawie ośmiolatkę, zaczęłam pracować nad Czernią. Dziś myślę: jak mogłam? Mała miała trzy miesiące, a ja pisałam o porwaniach, śmierci dzieci. Ale to wynikało z potrzeby spotkania się z lękiem, który wiązał się z wydaniem córki na świat. Zaczęłam się zastanawiać, co by było, gdyby ktoś mi ją zabrał, gdyby nagle zniknęła. Co bym zrobiła, jak reagowała… W pewnym sensie czytanie, ale też pisanie kryminałów daje korzyść ewolucyjną – dotykamy w wyobraźni zła, które przez to staje się mniej przerażające. Uzbrajamy się.
Myślę, że gdy dotykamy go dla rozrywki, czujemy obowiązek zrównoważenia tego głębszą refleksją, wnioskiem. Przyjemność z wysłuchania koncertu nie budzi wyrzutów sumienia. Tu coś się za nami ciągnie, niepokoi. Zależy ci, byśmy poczuli dyskomfort i zastanowili się nad tym?
Bardzo. Zbrodnia to wielowymiarowa opowieść. Staram się pokazać łańcuch przyczynowo-skutkowy, w którym przeszłość determinuje teraźniejszość. Interesuje mnie ofiara, ale też sprawca. Nie usprawiedliwiam go, tylko docieram do momentu, w którym schodzi na drogę zła. Nie chcę jedynie uruchamiać u czytelnika układu nagrody, karmić go dopaminą, bo taki efekt daje oglądanie przemocy na ekranie, czytanie o niej. To neurologiczny mechanizm, który sprawia, że lubimy przyglądać się złu, bać się. Adrenalina rozszerza nam źrenice, byśmy lepiej widzieli w ciemności, poprawia ukrwienie mięśni, żebyśmy mogli szybciej uciekać. Przyspiesza pracę serca, wyostrza słuch, organizm staje w gotowości – to przyjemne. Ale ważne, żeby książka budziła także empatię – współodczuwamy z ofiarą i jej bliskimi, myśląc o złu i przemocy, odkrywamy w sobie uczucia wyższe. Jeśli w korze przedczołowej dochodzi do starcia między układem nagrody a empatią, to znaczy, że wszystko z nami w porządku. Jeżeli chodzi nam tylko o przyjemność i kibicujemy sprawcy, być może mamy w sobie cechy psychopatyczne.
Wprowadzasz do książek postaci, które mają pomóc w zrozumieniu tła psychologicznego. Współczesne kryminały nie mają już wiele wspólnego z tymi, w których detektyw Marlowe czy porucznik Columbo sami dochodzili do prawdy.
Kieruję się intuicją, ale mam duszę akademiczki. Gdy studiowałam kulturoznawstwo, zafascynowała mnie hermeneutyka – nauka, która mówi, że należy szukać genezy zjawiska, ścierać wszystkie warstwy farby z obrazu, żeby dotrzeć do sedna. Wykorzystuję to podejście, żeby zrozumieć motywy postępowania bohaterów, ich emocje, uczucia. Docieram do źródła, analizuję mechanizm interakcji. Uważam, że warto wyjaśnić go pod względem psychologicznym. Żeby czytelnik, jak śledczy, mógł iść po tej nitce, poznawać kolejne elementy układanki. Stąd ci, którzy nam pomagają – wnikliwy prokurator Leopold Bilski, detektyw Oskar Korda, dziennikarka Alicja Grabska.
A także palinolożka kryminalistyczna Janina Hinc. Nie wiedziałam, że istnieje ktoś taki.
Palinologia to wyspecjalizowana dziedzina biologii kryminalistycznej. Powstała 40 lat temu, jej pionierką jest Patricia Wiltshire, autorka książki Ślady zbrodni. Zajmuje się analizą, interpretacją przyrodniczych śladów przestępstwa. Ale nie tych, które dostrzega technik kryminalistyki. Chodzi o tzw. kurz – zarodniki grzybów, pyłki, mikroorganizmy, składniki gleby. Patrycja była określana żartobliwie „gluciarą”, bo wymyśliła technikę ściągania z nosa śladów przyrodniczych, zdradzających gdzie ta ofiara była przed śmiercią. Analiza kurzu pomaga zwłaszcza wtedy, gdy mamy potencjalnego podejrzanego i możemy zdjąć ślady z jego ubrania, podeszew butów, bieżników opon i porównać z tymi znalezionymi na ofierze. Sprawdzić, czy ci dwoje się zetknęli, przebywali w tym samym miejscu, np. zanim zabójca przeniósł ciało. Patricia opowiada o przypadku, gdy na policję zgłosił się sprawca, który przyznał się do zbrodni, ale działał w takim afekcie, że nie pamiętał, gdzie zakopał ofiarę. Analiza pyłków wskazała konkretne miejsce w pewnym brytyjskim lesie – trafnie!
W Polsce śledczy pracują w ten sposób?
Tylko w trzech państwach ta technika jest przyjęta jako standard: w Nowej Zelandii, Australii i Wielkiej Brytanii. W moim powieściowym świecie też. Śmieję się, że jestem prekursorką kryminalistyczną. Wprowadziłam na przykład motyw predykcji wyglądu. Przypomnij sobie sprawę z Drzewiny – ze zbiornika wodnego wyłowiono ciało kobiety bez głowy, nóg i rąk. Nie można było jej zidentyfikować. W 2025 roku, kiedy pisałam Zieleń, amerykańska firma Parabon NanoLabs wsparła polskich śledczych i użyczyła techniki fenotypowania – predykcji wyglądu. Na podstawie badań genetycznych nowej generacji, z prawdopodobieństwem 86 procent można wskazać kolor oczu, skóry, włosów, wiek, pochodzenie biogeograficzne, a nawet określić markery mówiące o poziomie agresji, tendencji do uzależnień, chorób psychicznych. Powstaje hipotetyczny wizerunek ofiary lub sprawcy. W Zieleni takie badania przeprowadza się w krakowskim Instytucie Ekspertyz Sądowych im. Jana Sehna. Ale to fikcja, u nas predykcja dopiero kiełkuje. Podobnie jak możliwości śledcze, jakie dałam Bilskiemu – w książkach są znacznie większe, niż w rzeczywistości mają polscy prokuratorzy.
Prawo literackiej fikcji wytrzymuje konkurencję z troską o wiarygodność?
Ona jest bardzo ważna, ale czasami pozwalam sobie na swobodę. Moja zasada brzmi: opowieść ponad wszystko. Kiedy wydałam Czerwień, na spotkanie autorskie w Sopocie czytelnicy przynieśli książki z karteczkami, którymi zaznaczyli rozbieżności: ten sklep powstał później, tamta ulica nie krzyżuje się z opisaną w książce. Poczułam się, jakbym dostała jedynkę na klasówce. Teraz myślę: po co się przejmować? Trzymam się klimatu dekady – lat 80., 90., ale do przesunięcia faktu w czasie, zmiany miejsca daję sobie prawo.
Akcję wszystkich powieści lokujesz w Trójmieście. Jest tendencja wśród pisarzy, nie tylko autorów kryminałów, żeby opowieść żyła w miejscach im bliskich. Dla ciebie to ważne?
Tak. Moje podejście ukształtowało jednak inne miasto – Poznań. Przeczytałam Jeżycjadę Małgorzaty Musierowicz i zakochałam się w nim. Gdy pojechałam tam na studia, za każdym razem, kiedy pociąg z mojej Gdyni przejeżdżał obok kamienicy Borejków przy Roosevelta 5, piałam w duchu: to tu! Cudowne, że można wykorzystać przestrzeń realną i stworzyć fikcyjnych bohaterów, którzy się w niej poruszają. W dorosłym życiu powieść Ciemno, prawie noc Joanny Bator pokazała mi, jak wykorzystać mitologię związaną z danym miejscem, lokalne legendy. Moja książka Ona i dom, który tańczy nawiązuje do żuławskich wierzeń, mitów, obyczajów. Ale lekturą życia jest dla mnie Gra w klasy Julia Cortázara. Akcja dzieje się w Argentynie i Paryżu. Rok temu po ślubie pojechałam z mężem do Paryża pierwszy raz. Szłam wzdłuż Sekwany i wszędzie widziałam Horacia Oliveirę. Kiedy wróciliśmy do domu, wzięłam do ręki Grę… i powiedziałam: kochanie, poczytam ci o miejscach, w których byliśmy. Leżeliśmy w łóżku i czytałam na głos. Paryż nabrał nowego wydźwięku, powieść też. Trójmiasto również zyskało inną jakość, od kiedy piszę książki. Chodzę ulicami i widzę moich bohaterów – tutaj biegnie Leopold, tutaj przechodzi detektyw Korda, a o niektórych miejscach myślę: doskonałe jako scenografia morderstwa. Cóż, mam specyficzny umysł.
Otwarcie mówisz o swojej neuroatypowości.
Zdefiniowanie inności sprawia, że ją obłaskawiamy. Od dziecka cierpię na fobię społeczną. Banalna wizyta w banku, na poczcie, egzamin na studiach wywoływały reakcje psychosomatyczne. Trzęsły mi się ręce, miałam palpitacje serca, suchość w ustach i chciałam uciekać. Przerażało mnie poznawanie nowych osób, wchodzenie w interakcje. Ale zaczęłam się leczyć dopiero w pandemii. Od dziecka wmawiano mi, że jestem wstydliwa, nieśmiała. Kiedy odważyłam się pójść do psychiatry i usłyszałam diagnozę, pomyślałam: „Boże, nie jestem dziwaczką, tylko po prostu inaczej myślę, odczuwam, postrzegam rzeczywistość”. To było oczyszczające. Gdy odkryłam, że fobię mogę leczyć, życie odmieniło się, odwróciło o 180 stopni.
Zafrapowało mnie twoje stwierdzenie, że żyjesz w trybie taoistycznej zasady „wu wei”. Działasz bez wysiłku, bo pomysły przychodzą same. Umiesz nie mieć pomysłów, odpoczywać?
Chyba nie. I uwielbiam to. Kiedy zaczęłam pisać pierwszą książkę, poczułam, jakbym odnalazła siebie, jakby wszystko wskoczyło na miejsce. Odkryłam to dopiero po trzydziestce. Faktycznie nie szukam pomysłów, los mi je zsyła. Na przykład bodźcem do napisania Fioletu była sytuacja domowa. Córka co dwa tygodnie jedzie na weekend do swojego taty. A obecny mąż jest terapeutą uzależnień, pracuje w weekendy, więc co dwa tygodnie od piątku do niedzieli jestem sama. Prócz psa, jamnika Kreski, mam kotkę Cyzię. Biega po okolicy, mieszkamy na wsi. O północy wołam ją do domu, sąsiedzi żartują, że można ustawiać według tego zegarki. Pewnej nocy, gdy byłam sama, otworzyłam drzwi, żeby Cyzia mogła wejść. Poszłam do kuchni, zaparzyłam melisę, kotka wróciła. I wtedy pomyślałam: a co by było, gdyby ktoś obserwował moje zwyczaje, wiedział, że codziennie o północy zostawiam drzwi otwarte? I był już w środku, gdy zamknę je na noc? Stanęłabym z nim oko w oko i co dalej? – od razu zrobiłby mi coś złego czy może porwałby mnie z bezpiecznego domu w jakieś straszne miejsce? Tak narodził się pomysł ostatniej książki.
Frapujący początek: Przy Operze Leśnej ktoś porzuca ciało postrzelonej kobiety. Obok stara moneta i kwiat hibiskusa…
Jest tam nie od parady. Kwiat był kolejną podpowiedzią losu. Poznałam Anetę Lewkowicz, doktor fizyki, która pracuje na Uniwersytecie Gdańskim w zakładzie nauk sądowych. Jest badaczką kryminalistyczną, specjalistką od nowych technologii. Obie byłyśmy nominowane do nagrody Pomorzanina Roku. Na galę przyszła ze swoimi doktorantkami Martyną i Emilią, którym opowiedziałam, że w nowej powieści chciałabym mieć dowód przyrodniczy i zastanawiam się, czy sprawca mógłby zostawiać przy ofierze jakiś kwiat, najlepiej fioletowy. Tylko czy na płatkach zostałyby ślady – ślina, DNA? Dziewczyny na to: może nadałby się hibiskus? Jego pyłek jest używany w daktyloskopii, ale ponieważ płatki są śliskie, czy przechowałyby ślad? Sprawdzimy! Zaprosiły mnie do laboratorium, na płatki kwiatu naniosłyśmy ślinę i spektrometryczny mikroskop wykazał, że ślad zostaje. Po odwirowaniu okazało się: jest DNA. Miałam to!
Mówisz, że inspiracje dostajesz od losu, ale musisz mieć „radar”, który je łowi. To specjalny rodzaj wrażliwości?
Możliwe. Czuję energię przedmiotów, osób. Rozpoznaję miejsca, w których ktoś umarł, wydarzył się dramat. Kiedyś przyjaciółka szukała szafy. Siedziałyśmy na Allegro, ona mówi: zobacz, ta jest fajna. I pokazuje mi dużą, starą dwudrzwiową szafę. Zareagowałam: absolutnie nie kupuj, jest w tym jakieś zło. Patrzymy na opis: szafa z Wyspy Sobieszewskiej, z Forsterówki. Czyli willi Albert Forstera, szefa NSDAP w Wolnym Mieście Gdańsku, miejsca o mrocznej przeszłości. Przeczułam, że z meblem coś jest nie tak. Zawsze tak miałam. Lubię otaczać się ludźmi o dobrej energii – zielonej według testu osobowości Junga. Zrób go sobie, polecam. Mnie zachęciła przyjaciółka Ewa Przydryga, autorka thrillerów psychologicznych. Kiedyś zaprosiłam do siebie 20 osób na ognisko. Goście zrobili test, okazało się, że cała dwudziestka to „zieloni”, czyli osoby empatyczne, wrażliwe, dobre. Jakbym ich do siebie przyciągała. Miło tak myśleć.
Mnie miło odkrywać ciebie pogodną, jasną. Choć o twoich książkach mówi się, że są wymagające, bolesne. Ciekawi mnie, kiedy dasz je do przeczytania córce. To po części pytanie o różnicę we wrażliwości pokoleń.
Słuszne, bo ona istnieje. Gdy miałam tyle lat, ile córka teraz, czyli siedem, pojechałam z rodzicami na wczasy nad morze. Lata 90., oni na imprezie, ja w „sali kinowej”, czyli świetlicy z dużym telewizorem Unitra. Leciała Mucha Davida Cronenberga. Jak cudowny wydawał mi się ten film, jak go przeżywałam! Ale nie wyobrażam sobie córki w takiej sytuacji. Chciałaby obejrzeć Stranger Things, zna wszystkie postaci, uwielbia Kate Bush, której piosenki wykorzystano w serialu, ale jest za mała, zbyt wrażliwa. My chyba wcześniej zrzucaliśmy płaszcz dzieciństwa.
Myślisz czasem, żeby napisać książkę o uroczej miłości w promieniach zachodzącego słońca?
To nie byłabym ja. Zawsze piszę o stracie.