Ludzie z show-biznesu mówią o niej: „Midas”. Wszystko, co robi w telewizji, zmienia się w złoto... oglądalności: Diagnoza, Rodzinka.pl, The Office PL. Dorota Kośmicka – telewizyjna producentka o wyjątkowej intuicji. Wie, jak smakuje zawodowy sukces, ale zna też jego cenę.
Nagrodę w kategorii „najlepszy film roku” na oscarowej gali odbierają nie aktorzy, reżyserzy czy scenarzyści, ale producenci. Reprezentują zespół, który bez nich nie miałby szans pracować nad dziełem. Oni organizują pracę ekipie, ich decyzje mają wpływ na finalny obraz. – Bywa, że zmieniają czyjś los – mówi Dorota Kośmicka, producentka, której umiejętności ceni się w tym świecie wysoko. Współtworzyła filmy fabularne, programy rozrywkowe, realizowała przebojowe seriale. Ma dar odgadywania potrzeb widowni. Wie, co zrobić, by ucieszyć tych, którzy chcą zobaczyć spektakularny show czy romantyczną komedię, ale umie też sprostać ambitniejszym oczekiwaniom.
Twój STYL: Renoma „Midasa” pomaga czy jest obciążeniem?
Dorota Kośmicka: Każda moja decyzja musi potwierdzać ten mit. Oczekują tego wszyscy: szefowie stacji telewizyjnych, aktorzy, reżyserzy, scenarzyści. Spora odpowiedzialność. Ksywka „Midas” tylko z pozoru brzmi atrakcyjnie.
Czym zajmuje się producentka?
Mogłabym mieć: „Problemy, chodźcie do mnie”. Organizuję fundusze, plan zdjęciowy, dbam, by wszystko w trakcie produkcji szło jak należy, żeby dotrzymać terminów, zachować jakość. Co czasem wymaga działań niestandardowych.
Na przykład jakich?
Zdarzało mi się pomagać aktorom w kryzysach, wspierać ich w terapii, organizować zdjęcia tak, by wytrwali do ostatniej sceny. Kiedyś odtwórca głównej roli nie przyjechał rano na plan. Do końca realizacji zostały dwa tygodnie, wszyscy czekają, dzwonimy – telefon milczy. Wiedziałam, że przechodzi trudny okres, pojechałam, pomogłam się ubrać, przywiozłam na zdjęcia. Pracę skończyliśmy w terminie, serial wyszedł dobrze. Ktoś może mieć problem, ale to go nie przekreśla. Oznacza tylko, że muszę wokół niego zbudować rusztowanie, podeprzeć, żeby nic się nie zawaliło. Warto. Takie zaufanie może zmienić czyjeś życie. Przez blisko 30 lat nauczyłam się, że żadnego kryzysu nie wolno ignorować, bo nie zniknie, tylko urośnie.
Organizujesz produkcję, umiesz zażegnać kryzys na planie, a czy bierzesz też udział w procesie twórczym?
Gdy pracowałam jako producentka kreatywna – przy Diagnozie, Motywie czy Drugiej szansie – byłam zanurzona w tworzeniu po uszy. Inni zajmowali się finansami, umowami, a ja czytałam scenariusze, analizowałam obsadę, towarzyszyłam reżyserom, montażystom, autorom. Dziś współprowadzę firmę producencką z Janem Beerendem Kępińskim (Jake Vision DGA Studio – red.) i tęsknię za tamtym czasem. Skrypty czytam w weekendy, ale też polegam w tej kwestii na moim zespole literackim. Jest bardzo dobry.
Film rządzi się stereotypem: znany reżyser, popularny aktor przyciągają widzów. Sztuką jest zaproponować nieznaną postać, która wniesie coś nowego. Gdzie ich szukać?
Głównie w teatrze, który jest podstawą mojego producenckiego warsztatu do dziś. Tam są świetni twórcy: aktorzy, reżyserzy, scenarzyści, tam rodzi się rzemiosło. Castingi paraliżują, a scena uwalnia talent. Teatr pokazuje prawdę bez montażu, kamery, filtrów.
Proponujesz rolę i zdarza ci się usłyszeć: „Nie, dziękuję”?
Tak. Choć rzadko i nie bez przyczyny. Jakiś czas temu zaproponowałam rolę znanemu polskiemu raperowi. Wyobrażałam go sobie w roli Malcolma w serialu Emigracja XD. Spotkaliśmy się, rozmawialiśmy, mieliśmy poczucie, że możemy stworzyć coś wyjątkowego. Wszystko było przyklepane, w garderobie wisiały ubrania w jego rozmiarze. A potem przyszła rzeczywistość. Gdy rozpisaliśmy plan zdjęciowy: pobudki o czwartej rano, długie godziny zdjęć, żelazny rytm, stało się jasne, że nie pogodzi tego z koncertami, swoim trybem pracy i życia.
Skąd wiesz, że serial, który robisz, stanie się hitem?
Zyskuję tę pewność, jeśli zakocham się w pomyśle. To ważne, bo często stawia się wszystko na jedną kartę. Decydując się na produkcję serialu The Office PL, zdawałam sobie sprawę z ryzyka. Ale wybrałam młodych scenarzystów, Łukasza Sychowicza i Kubę Rużyłło, oraz świetnego reżysera Maćka Bochniaka i byłam przekonana, że się uda, bo wszystkich łączyła fascynacja Rickym Gervaisem, brytyjskim komikiem, reżyserem, twórcą pierwotnego pomysłu na serial The Office. Wierzyliśmy, że przeniesienie go na nasz grunt się powiedzie. Dziś polska wersja ma już sześć sezonów, choć na początku niewiele osób dawało jej szansę. Widzowie to zweryfikowali, pokochali Adama Woronowicza w roli Darka Wasiaka, pracownika fikcyjnej firmy Kropliczanka Siedlce.
Nie wszystkie pomysły podejrzałaś w innych krajach. Gdzie jeszcze jest ich źródło, skąd czerpiesz?
Z życia. Czasem mój szesnastoletni syn Kamil mówi: „Mamo, to książka, którą powinnaś się zainteresować”. Tak było z Malcolmem XD i Emigracją. Kiedy myślę o nowym serialu, mam w głowie koleżankę z rodzinnej Stalowej Woli, która siada wieczorem na kanapie z mężem i dziećmi. Chcę, żeby obejrzeli coś razem, zyskali temat do żartów, refleksji. Seriale, które robię, mają być lustrem. Widz może w nich zobaczyć siebie – nieidealnego, śmiesznego, czasem żałosnego, czasem uroczego. Prawdziwego. Wierzę w opowieści o zwyczajnych ludziach, takich jak bohaterowie Malcolma XD.
Jak wyglądało spotkanie z autorem, który ukrywa swoją tożsamość, chroni wizerunek, pisze pod pseudonimem, a na imprezach pojawia się w przebraniu?
Zaskakująco zwyczajnie. Chciałam kupić prawa do prozy Malcolma XD, więc umówiłam się z nim przez wydawcę. Przyszedł spokojny, dowcipny trzydziestolatek, dobrze nam się rozmawiało. Dziś jest nie tylko scenarzystą, ale również producentem projektów, które wspólnie realizujemy.
Chciałaś być producentką czy zadecydował przypadek?
Zostałam producentką dzięki HBO. Gdy wchodzili do Polski, szukali ludzi młodych, wykształconych, otwartych na zachodni sposób myślenia o telewizji. Pracowałam jako dziennikarka radiowa, do zespołu HBO polecił mnie kolega – producent. Moimi atutami były znajomość angielskiego, skończone studia dziennikarskie i fascynacja kinem. Na początku byłam obserwatorką. Poznawałam producentów, scenarzystów, uczyłam się, jak planuje się projekt. Współpracowałam z Ernestem Bryllem, który był wówczas szefem literackim w dziale produkcji HBO. Spotkałam takich twórców jak Alan Ball, scenarzysta m.in. American Beauty, Rodziny Soprano, Czystej krwi. Gdy stand-up w Polsce raczkował, w Stanach oglądałam na żywo nagrania HBO Stand-up Comedy Shows. Podpatrywałam na planie ekipę serialu Seks w wielkim mieście z Sarą Jessicą Parker. A potem Mariusz Walter i Edward Miszczak zaproponowali, żebym nadzorowała pracę nad serialami w TVN-ie. Widzieli we mnie kogoś, kto potrafi myśleć o widzu, wyczuć jego potrzeby. Miałam opowiadać historie bliskie codzienności, prawdziwe, niewygładzone. Tak powstawały Diagnoza, Druga szansa, Tajemnica zawodowa czy Hela w opałach. No i Niania, którą zrealizowałam wspólnie z Jurkiem Bogajewiczem. Pracowałam bardzo dużo na wysokich obrotach. Przyszedł moment, że zapłaciłam za to zdrowiem. W pewnym momencie usłyszałam diagnozę – cukrzyca typu pierwszego. To zmusiło mnie do przewartościowania życia.
Dlatego po Niani odeszłaś do TVP?
Marzyło mi się, by pracować przy poważniejszych produkcjach. Poznałam Michała Kwiecińskiego i wraz z nim współprodukowałam Czas honoru, Miasto 44 oraz Tatarak. To projekty o innym ciężarze gatunkowym, opowiadały trudniejsze historie. Choć była i Rodzinka.pl. Kiedy zaczynałam pracę nad tym serialem, nie miałam pojęcia, że będziemy go kręcić tyle lat. Pracując w TVN-ie, poznałam Jacques’a Davidtsa, scenarzystę komediowego, który napisał Les Parent, historię inspirowaną własnym życiem. Przysłał mi dwa odcinki i od razu ujął sposobem, w jaki opowiadał – z humorem, ale bez uproszczeń. W tamtym czasie sama marzyłam o rodzinie, poczułam, że to jest temat, który może poruszyć dorosłych i dzieci. Zaczęłam myśleć o obsadzie. Z Małgosią Kożuchowską znałyśmy się od lat, gdy przyszła na próbę, wiedziałam, że Natalia Boska to ona. Tomek Karolak uwiódł mnie rolą w 39 i pół. Wysłałam mu scenariusz pierwszego odcinka, zadzwonił po kilku godzinach. „To jest świetne. Naprawdę świetne” – powtarzał wiele razy. Zapytałam: „Zagrasz? – Zagram, ale dzieci muszą być dobre. W tym serialu są najważniejsze” – odpowiedział. Casting okazał się wyjątkowo trudny, przyszły setki dzieciaków z rodzicami. Najlepszy okazał się Adaś Zdrójkowski – czysta energia, dynamit. I Mateusz Pawłowski, który miał ledwie kilka lat, ale zachwycił nas intuicją, naturalnością i komicznym głosem. No i oczywiście Maciek Musiał. Ale pierwsza próba czytana – dramat! Adam nie mógł usiedzieć w miejscu ani minuty, Mateusz ciągle się śmiał. Na szczęście reżyser Patrick Yoka potrafił zapanować nad tym żywiołem.
Później realizowałaś Londyńczyków. Pamiętam, jak media rozpisywały się o nagrodach dla tego serialu...
Nadzorowałam go tylko z ramienia TVP. Producentami byli Anna Kamińska i Stanisław Krzemiński. Już po nagrodach, o których wspomniałaś, zostałam wezwana do gabinetu nowego prezesa: „Pani zniszczyła wizerunek Polaków za granicą” – usłyszałam. Okazało się, że oczekiwano innej opowieści – o wybitnych rodakach na emigracji: silnych, zwycięskich. Taki eksportowy, lukrowany obraz naszego społeczeństwa. Tymczasem pokazaliśmy ludzi, którzy nie zawsze dają radę. Bo taka jest prawda.
Jakie cechy musi mieć producentka, żeby przetrwać?
Bez jednej na pewno by się nie udało: szybko zapominam i wybaczam. Potrafię też ekspresowo lizać rany. Prędko się podnoszę, gdy ktoś zada cios, a to się zdarza w tym fachu. Mieszkam w lesie, czas spędzany z rodziną świetnie zasila mi zużytą baterię. Kino, telewizja to trudne dziedziny, wymagają odporności, twardości, ale też czujności japońskiego samuraja. Trzeba znać i doceniać swoją wartość, a przy okazji mieć świadomość ceny, którą płaci się za tę pracę. Gdy zaczynałam, producentek było zaledwie kilka. Nikt nie pytał, co potrafisz, sprawdzano tylko, jak długo wytrzymasz.
Mówiłaś, że w tej branży trzeba być gotowym na zapłacenie ceny za sukces. Były straty?
Pewnie, że były. Dwa małżeństwa mi się rozpadły. Wiele lat wierzyłam, że mogę połączyć szczęśliwą rodzinę i świetnie wykonywaną pracę. Ale telewizja nie zna weekendów, ekipy zdjęciowe nie respektują świąt... A kiedy 200 dni w roku jesteś na planie, do domu wracasz wykończona. Świat filmu jest zaborczy. Nie znosi konkurencji. Chce mieć cały twój czas, wszystkie myśli.
Co na to twój syn?
Kamil zawsze był dla mnie najważniejszy. Jego dzieciństwo w dużej mierze toczyło się na planach filmowych lub w kulisach teatrów. Gdy nie mogłam być obok, opiekowały się nim „ciocie” – charakteryzatorki i kostiumolożki – Dorota Williams, Aneta Brzozowska i Anna Męczyńska. Pamiętam, jak Ania, która jest też piosenkarką jazzową, nuciła mu kołysanki. Żartuję, że to dzięki niej Kamil tak dobrze śpiewa. Na planie Drugiej szansy spał w kamperze „cioci” – Małgosi Kożuchowskiej. Do dziś z sentymentem to wspomina.
Trzeci raz wyszłaś za mąż i mówisz, że to związek do końca życia. Co sprawia, że masz tę pewność?
Darek jest byłym wojskowym, ale rozumie charakter mojej branży. Gdy się poznaliśmy, byłam samotną matką po rozwodzie. Nie wiedziałam, czy chcę jeszcze raz wpuścić kogoś do mojego życia i do życia syna. Ale po pierwszej wizycie Darka Kamil, który miał wtedy 10 lat, powiedział: „Mamo, on może zostać na dłużej”. Spokój Darka, jego obecność i codzienne wsparcie dały mi coś, czego wcześniej nie miałam: bezpieczny dom. Ktoś wreszcie pokazał mi, że nawet najtrudniejsze sprawy, jak np. odchodzenie rodziców, razem da się unieść. Zyskałam nie tylko męża, ale też spełniłam marzenie o dużej rodzinie, bo powiększyliśmy skład o dzieci Darka, Rafała i Kamilę, oraz jego siostrę Dorotę. Tym razem udało mi się także z wspierającą teściową. Życie prywatne też potrzebuje dobrej obsady, wreszcie to zrozumiałam.