Wywiad

Martyna Wojciechowska: "Każdy kolejny kryzys powoduje, że idę do przodu"

Fot. MARTA WOJTAL

"Kolejny kryzys powoduje, że wzrastam, idę do przodu". Martyna Wojciechowska w rozmowie z Joanną Lorynowicz dla Twojego Stylu opowiada o trudnych doświadczeniach.

Szybko skraca dystans, jest empatyczna i serdeczna. Dzięki temu mamy poczucie, że jest nam bliska. W programie Kobieta na krańcu świata wzrusza się, rozmawiając z dziewczyną, z którą dzieli ją... wszystko – doświadczenie, kultura, los. Fanki czytają jej książki i wierzą, że kobiety mogą więcej, dalej, szybciej. Ale czy wszystkie? Martyna mówi, że ma ponadnormalną zdolność przetrwania, a do szczęścia potrzebuje ekstremalnych wyzwań. Ale podczas sesji zdjęciowej dla Twojego Stylu zobaczyłam ją bez zbroi. Zrelaksowaną, spokojną, zadowoloną z życia. Dzień później rozmawiamy o domu dla młodych matek, którego powstanie wspierała jej Fundacja Unaweza – rano został otwarty. – Wsparłam projekt Fundacji „Po Drugie” Agnieszki Sikory. Niesamowite, ile potrafimy zrobić razem – mówi Martyna aktywistka. Ale ja przypominam sobie tę, która tańczyła na planie zdjęciowym. I zastanawiam się, do której jest jej bliżej?

Twój STYL: Gdy robiliśmy zdjęcia, powiedziałaś, że gdybyś 20 lat temu wiedziała o życiu tyle, co teraz, byłoby ci łatwiej. Czego nauczyłaś się przez ten czas?

Martyna Wojciechowska: Punktem zwrotnym okazały się 50. urodziny – wspaniałe. Te rok wcześniej były trudne. Widziałam zbliżającą się zmianę i przestraszyłam się jej. A gdy ten moment nastąpił, pojawiła się ulga, akceptacja, dystans do świata. Czuję się doskonale, co nie znaczy, że nie mam gorszych momentów. Gdybym kiedyś wiedziała, że nie ze wszystkim muszę sobie radzić sama i mogę sięgnąć po wsparcie psychologiczne, szybciej znalazłabym się w tym miejscu, w którym jestem, oszczędzając wiele bólu sobie i bliskim. Może dlatego tak ważne jest mówienie o zdrowiu psychicznym, co robię dzięki projektowi Młode Głowy.

W książce Przesunąć horyzont. 20 lat później piszesz, że dopiero z perspektywy czasu widzisz, ile kosztowało cię zdobycie góry gór. Niedługo przed wyprawą miałaś wypadek samochodowy, złamałaś kręgosłup, zginął twój przyjaciel, operator Rafał Łukaszewicz. Wysiłek, ryzyko miały pomóc pozbyć się traumy?

Tak. Upadłam na kolana i nie wiedziałam, jak wstać. Zmagałam się z poczuciem winy, choć byłam pasażerką auta, nie ja spowodowałam wypadek, odniosłam wiele obrażeń. Ale przeżyłam i uważałam, że to z mojej strony nielojalne, nieuczciwe wobec Rafała. Wiem już, że wiele osób ocalałych z katastrof doświadcza podobnych uczuć, że pewnie cierpiałam na depresję. Ale wtedy nie miałam o tym pojęcia, więc postanowiłam symbolicznie przesunąć horyzont – poddać ciało, psychikę ekstremalnemu doświadczeniu. W tamtym czasie robiłam wiele rzeczy, żeby sprawić sobie ból. Nagle zakończyłam wieloletni związek, jakbym nie dawała sobie prawa do szczęścia. Chciałam...

Zadośćuczynić?

Cała droga na Everest od pomysłu do zdobycia szczytu to próba zadośćuczynienia tym, których straciłam. Wyprawą w Himalaje próbowałam pokonać siebie. Jakbym nie mogła uwierzyć, że żyję, dopóki nie zrobię czegoś ekstremalnego, nie poczuję fizycznego i psychicznego bólu na granicy wytrzymałości. Jeszcze przed chwilą życie było pasmem sukcesów: wywiady, okładki pism, nagrody. Wszystko nagle się skończyło, ja, dziewczyna z głową pełną marzeń, planów, po wypadku usłyszałam, że mogę ich nie zrealizować. Długo, boleśnie wracałam do sprawności.

Trzeba było lat, żebyś zrozumiała, że nie zdobycie szczytu było celem wspinaczki.

Wtedy działałam na autopilocie. Zaciskałam zęby i wymagałam od siebie więcej i więcej. Żeby tylko nie słuchać organizmu, który domagał się troski, odpoczynku. Nasze pokolenie nauczono, że w życiu trzeba zasuwać, u mnie to było jeszcze spotęgowane. Już wcześniej miałam problemy ze zdrowiem: poważne choroby, chemioterapia, wypadki. Żartuję, że po 50. pobycie w szpitalu przestałam je liczyć. Gdy nie jesteś pewna, jak potoczy się życie, masz potrzebę, żeby wycisnąć z niego, co się da. A po śmierci Rafała chciałam robić dwa razy więcej, przeżywać za siebie i za niego. Tak intensywnie, żeby nie było żadnej przerwy, czasu na zatrzymanie się, refleksję. Bałam się, że jeśli przystanę na chwilę, to się rozpadnę. Pędziłam, doświadczałam.

Doświadczając trudności i popełniając błędy, rozwijamy się. To prawda?

Pewnie nie w przypadku wszystkich, ale w moim tak. Każdy kolejny kryzys powoduje, że wzrastam, idę do przodu. Punkty zwrotne, przełomowe momenty, dzięki którym zobaczyłam więcej, sięgnęłam wyżej, zawsze wiązały się z trudnościami. Jakbym musiała upaść na dno, żeby się odbić i pójść dalej, rozwinąć.

Trudne doświadczania naprawdę zmieniają naturę człowieka czy uczymy się postępować inaczej, ale na głębszym poziomie pozostajemy tacy sami?

Mnie nauczyły reagować inaczej na pewne sytuacje życiowe. Ale kręgosłup mam ten sam, chociaż złamałam go trzy razy. Wartości, w które wierzę: odpowiedzialność, lojalność, sumienność, otwartość na drugiego człowieka – pozostały niezmienne.

O co stałaś się mądrzejsza?

Nauczyłam się w trudnych chwilach przyglądać swoim emocjom, analizować je i nie reagować natychmiast. To ważna dla mnie umiejętność – gdy ktoś mówi, pisze coś przykrego na mój temat, wiem już, że to świadczy przede wszystkim o tym człowieku, nie o mnie.

 

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 06/2026