Być gangsterem, tańczyć z hrabianką, galopować przez Ural. Codzienność aktora jest przygodą. Ale to rzeczywistość udawana. On wie, że nie można zaniedbać tej realnej. Widzi wartość w układaniu klocków z synami, wyniesieniu śmieci i chwili na kanapie z żoną. Odcięcie się od blichtru i adrenaliny nie jest łatwe. Mateusz Damięcki uczy się tego, by nie przegapić własnego życia.
Spis treści
Twój STYL: Stanął pan po stronie autentyczności i pokazał na Facebooku… pryszcz na nosie. Manifest? Chciał pan udowodnić, że nie jest idealny?
Mateusz Damięcki: To nie była demonstracja. Stanąłem w obronie żony atakowanej przez hejterów za „nieidealność”. Pryszcz akurat był, więc pokazałem. Na co dzień w pracy jestem upudrowany, uładzony. Czasem chcę od tego odetchnąć dla zdrowia. Wrzuciłem na FB post w trakcie gotowania, z bałaganem w tle. To nie było „pod zasięgi”. Robiliśmy z synem ciasto, skomplikowana robota. Pomyślałem o facetach, którzy nie potrafią się bawić z dziećmi. Może jak któryś to zobaczy, olśni go: wow, tak też można!
Propaguje pan normalność, ale jako aktor z definicji jest pan kimś niezwykłym. Jak to pogodzić?
Jestem opowiadaczem historii. Dla wielu to niedostępna umiejętność. Stanąć przed publicznością i mówić to trudne. Trzeba utrzymać uwagę widzów, ale też unieść ich dezaprobatę. Ludzie cenią tę kompetencję. I to ona jest niezwykła, nie ja. Pamiętam spotkanie w zakładzie karnym. Opowiadałem osadzonym historie z planu filmowego. Któryś powiedział: „Wie pan, u nas jest zasada. Jeśli ktoś umie opowiadać, to się go chroni”. W takim miejscu człowiek, który snuje opowieści, uruchamia wyobraźnię innych i pozwala zapomnieć o trudnej rzeczywistości. Wszyscy chcemy czasem oderwać się od teraźniejszości, nie tylko więźniowie. Wtedy wchodzę ja, opowiadacz. Ale pamiętam, że historie nie są tylko moje, napisał je scenarzysta, w ich urzeczywistnieniu pomagali specjaliści od charakteryzacji, kostiumów, scenografii. A ja daję twarz tej opowieści, emocje. Z tego tytułu, nie do końca sprawiedliwie, spada na mnie splendor. I w takim sensie mam świadomość wyjątkowości mojej profesji.
Wyjątkowość budzi zawiść, nie tylko podziw. Nie ma pan z tym problemu?
Nie mam. Staram się nie obnosić ze swoją „niezwykłością”, choć jest przyjemnym efektem ubocznym zawodu, który wykonuję. Gdy miałem 17 lat, grałem rosyjskiego oficera z armii carycy Katarzyny II. Przygoda: zdjęcia na Uralu, jeździłem konno w kostiumie z epoki. Dla licealisty to było jak piękny sen. Wróciłem do domu, buzia mi się nie zamykała, bo chciałem podzielić się przeżyciami. Mama poradziła: „Nie mów o tym za dużo”. Zrobiło mi się trochę przykro. Dziś rozumiem jej intencje. Bo nie opowiadasz o tym, jak marzłeś na planie zdjęciowym w cienkim kubraczku, jak chciało ci się spać, bo zdjęcia były w środku nocy. To nudne historie. Ciekawie jest, jak tańczysz w Lalce walca wiedeńskiego z Izabelą Łęcką w Pałacu na Wyspie w Łazienkach. Pamiętam, że zwiedzałem to miejsce jako uczeń w filcowych kapciach. Powrót po latach robi wrażenie! Często w pracy czuję się jak dzieciak w sklepie z zabawkami. Ale nie można żyć w sklepie z zabawkami. Dlatego tęsknię za normalnością.
Nadal nie jestem pewna, czy… ma pan pojęcie o normalności. Przecież pan nie wychodzi z aktorskiej bańki.
No, przepraszam! Wiem sporo o normalności i szarzyźnie życia, bo urodziłem się w 1981 roku, czyli w szaroburej codzienności lat 80. Marzyłem o dżinsach i hamburgerach jak rówieśnicy. Dziś też nie żyję w żadnej bańce: odpływ w zlewie mi się zatyka, ślizgam się na oblodzonym chodniku i płacę rachunki. Nikt mi nie dał domu ani samochodu, zarabiam na utrzymanie rodziny jak wszyscy inni. Moja praca bywa niezwykła, ale i wymagająca. Wiem, ile dla mnie „ważą” moje filmy. Tyle, ile czas, którego nie spędziłem z najbliższymi. Można je krytykować, oceniać moją grę, ale musiałem sporo poświęcić, by je zrobić. Dwie godziny filmu to często 12 miesięcy pracy. Castingi, treningi, próby, poprawki, łatanie tego, czego nie udało się zrobić na planie. Dlatego normalne życie jest dla mnie tak ważne, cenne. W nim naprawdę odpoczywam od intensywności. Od tego sklepu z zabawkami, który i cieszy, i męczy.
Jak to wygląda w praktyce? Po intensywnym tygodniu pracy wraca pan do domu i zajmuje się rodziną? Zwyczajność staje się atrakcją?
Chciałbym, żeby tak było. Ale czasem chcę iść do synów, pogadać, a uświadamiam sobie nagle, że od kilku dni nie odpowiadałem na maile. Wracam do komputera i wtedy… słyszę w wyobraźni głos mojej żony: „No i kto czeka? Co jest ważniejsze od twoich synów?”. Nikt i nic, rzecz jasna. Nie jestem pierwszym ojcem, który to wie, ale zdarza się, że… odkładam synów na później. Choć się boję, że któregoś dnia zobaczę dorosłych facetów, którym brakowało mojego czasu, gdy był najcenniejszy. Jestem więc wdzięczny, że mam Paulinę, która ściąga mnie na ziemię i nie jestem już znanym aktorem, tylko po prostu tatą.
Normalność to rodzaj przebudzenia?
Dla mnie to opowieść o hierarchii wartości, która podpowiada, że sensem mojego dnia może być znalezienie klocka, który zgubił się synowi. To wzruszające i prawdziwe: praca przestaje istnieć, bo świat kręci się wokół tego klocka. Kontakt z normalnością w takich chwilach nie jest teorią. Bo ci chłopcy są tu tylko raz. Ich dzieciństwa nie nadrobię. I to jest ważniejsze od walca z Łęcką i innych „niezwykłych spraw”. Normalność to dla mnie również życie, w którym mogę na chwilę nie być aktorem, osobą publiczną, facetem „od spektakularnych projektów”. Tylko kimś, kto przewala z dzieciakami pół pokoju w poszukiwaniu zagubionej zabawki.
To wciąż atrakcyjna „normalność”. A ma pan kontakt z rutyną, nudnymi codziennymi zadaniami?
Pewnie! Obieram ziemniaki, wstawiam naczynia do zmywarki. O tę normalność chodzi? Nie wzbraniam się przed wyniesieniem śmieci, choć trudno, by był to stały obowiązek kogoś, kogo wiecznie nie ma. Śmieci by nas zasypały. Szara zwyczajność, o której rozmawiamy, ma dla mnie posmak luksusu, trochę jak spanie we własnym łóżku dla komiwojażera. Ale prawdą jest i to, że gdy udaje mi się w końcu spędzić trochę czasu w domu, wolę skupić się na tym, co najważniejsze, czyli relacjach.
Co sprawia, że zawsze jest pan w kilku projektach naraz?
…taka już moja natura. Jestem człowiekiem wiele od siebie wymagającym, od kiedy pamiętam. Uważam, że odpoczynek należy mi się, gdy wykonam pracę. Na pierwszą samotną wycieczkę za granicę pojechałem dopiero po obronie magisterki, choć wcześniej było mnie na to stać. Ale nie pozwalałem sobie wyjechać, dopóki nie poczułem, że „zasłużyłem”. Dlatego ta cała normalność – odpoczynek, wolne, cisza – jest dla mnie raczej nagrodą niż stanem domyślnym.
Czyli jest pan zagoniony poniekąd na własne życzenie? Pośpiech to pana stan umysłu z definicji oddalający od normalności?
Trochę tak. Jestem jak chomik w kołowrotku albo królik z reklamy baterii. Rozpędzony, wciąż w trybie zadaniowym. Żona mówi: „Chciałabym, żebyśmy usiedli razem na kanapie, obejrzeli coś, zjedli spokojnie obiad. Żeby dzieci położyły się obok nas”. I ja za tym tęsknię, ale… nie bardzo umiem. Choć wiem, że życie potrafi wystawić rachunek za nieprzerwane funkcjonowanie na najwyższych obrotach. Mam też świadomość, że adrenalina znieczula, więc z początku nie boli, ale w końcu... Przy pracy nad rolą Goldena z Furiozy trenowałem ponad siły, stosowałem drakońską dietę i odwadniałem się po to, żeby lepiej wyglądać. Przeżywałem na planie ekstremalne stany emocjonalne i odreagowywałem w domu. Po zakończeniu zdjęć pojechaliśmy na urlop i natychmiast miałem anginę i covid jednocześnie. Jak tylko odpuściłem codzienny pęd, ciało powiedziało, co myśli o moim trybie życia. To nie był jednorazowy epizod. Na urlopach często choruję. Czasem w takich sytuacjach mówię sobie: może powinienem jechać na adrenalinie, skoro odchorowuję normalność?
I co pan sobie odpowiada?
Że z tych normalnych, nieidealnych chwil, jak wakacje z rodziną, mam najwspanialsze wspomnienia. Słońce, ciepło, spokój, bycie razem. Skupienie na najbliższych. Dobre. Leczące. Urlopowa normalność była dla mnie jak proces detoksykacji. Na początku siedem dni walki, żeby głowa wyhamowała, ale ósmego dnia poczułem, że już mogę odpuścić i być tylko z nimi. Poczuć, czym jest bliskość. Tamto „odchorowywanie” nauczyło mnie też mówienia „nie”. Wcześniej byłem na każde skinienie: tu kończę plan o trzeciej w nocy, tam zaczynam próbę o piętnastej i od razu gnam na drugi koniec miasta, by zdążyć na zachód słońca, bo reżyser „musi” mieć tę jedną scenę z pięknym światłem. Teraz jestem mądrzejszy. Już tak nie robię. Szanuję swoje granice. Może zrozumiałem, że życie poza sklepem z zabawkami jest jednak ciekawsze. Bo prawdziwe. A prawda zawsze jest bardziej interesująca, jeśli tylko da się jej szansę.