Pracując nad sztuką, zmienia świat. Gdy reżyserowała Dziady, mówiła o tym cała Polska. Nawet ci, którzy spektaklu nie widzieli, mieli zdanie. Teraz zajęła się Wyzwoleniem Wyspiańskiego i pewnie znów narobi hałasu. Teatr Mai Kleczewskiej nie jest grzeczny – uwiera widza, może urazić uczucia, zmusza do myślenia o sprawach ważnych, a nawet wielkich, jak granice człowieczeństwa.
Siedzimy vis-à-vis Teatru Słowackiego w Krakowie, w przerwie między próbami do Wyzwolenia. Rano zespół dyskutował o fragmencie sztuki, w którym pada zdanie: „nienawiść jest potężniejsza niż miłość”. I kolejne: „Wszyscy się nienawidzicie”. – Te słowa są przeszywające i przerażające – mówi Maja Kleczewska, reżyserka spektaklu i od niedawna dyrektorka Teatru Powszechnego w Warszawie. – Wyspiański napisał Wyzwolenie w 1903, a jak pasuje do dzisiejszego świata! Zgadzam się. Kleczewska jest jedną z bardziej wyrazistych i niepokornych osobowości polskiego teatru. Jej Fedra z wybitną kreacją Danuty Stenki czy Dziady z Dominiką Bednarczyk w roli Konrada wpisały się do historii kultury. Reżyserka flirtuje z dziełami klasyków, bawi się kiczem. O jej spektaklach mówi się, „że wyostrzają rzeczywistość”. Taka sztuka bierze się z talentu, pasji i determinacji.
Twój STYL: Istnieje życie poza teatrem?
Maja Kleczewska: Istnieje. Lubię być na wakacjach, odpoczywać, poznawać nowe osoby, ale… próby, czas, gdy jestem w procesie twórczym, to ulubione momenty w życiu. Przez dwa, trzy miesiące ludzi łączy wspólny cel. Tworzy się głęboka więź, gwałtowna jak ogień, który rozpala. Improwizacja, wymiana myśli, doświadczenie poczucia sensu i mocy sprawiają, że spotkania są intensywne. Trudno znaleźć coś takiego w życiu prywatnym. Przyjaźnie funkcjonują inaczej, długofalowo.
Kończy pani próby do Wyzwolenia. Od września dyrektoruje Teatrowi Powszechnemu. Nie widzę tu miejsca na prozę życia.
W życiu codziennym ważna jest logistyka. Wiem, którego dnia w tygodniu robię zakupy, coś załatwiam – wszystko mam zaplanowane. Jadę na autopilocie. Ale w teatrze konieczna jest umiejętność skupienia. W Krakowie reżyseruję Wyzwolenie i myślę tylko o tym. W Powszechnym jestem dyrektorką instytucji, zajmuję się innymi sprawami. Nie mieszam tego. Przełączam się, jak kanały w radiu. Pilnuję jednak, żeby mieć czas na radykalny odpoczynek. Wtedy nie czytam, nie odbieram telefonów, nie rozmawiam. Przez kilka godzin wyciszam myśli. Gdy na próbach nie wiem, jak wyreżyserować jakąś scenę, zadaję sobie głośno pytanie, ale potem idę na spacer, oglądam film, słucham muzyki i liczę na to, że odpowiedź przyjdzie.
Czuła pani, że jest stworzona dla teatru? Pytam, bo po maturze studiowała pani psychologię na UW.
Marzyłam o medycynie. To był mój życiowy wybór. Pod koniec trzeciej klasy liceum zrozumiałam, że nie mam do tego talentu. Nie byłam orłem z biologii ani z chemii. Żeby być dobrym lekarzem, trzeba mieć piątki i szóstki. Tu chodzi o ludzkie życie, nie ma żartów. Moje wyniki były zbyt słabe.
Miała pani do siebie pretensje?
Było mi przykro. Męczyłam się tyle lat w klasie biol.-chem., wkuwałam, nie było mi łatwo. A wierzę, że w życiu trzeba iść za tym, co przychodzi lekko. Nie walczyć z rzeczywistością, tylko słuchać, co podpowiada intuicja. Gdybym uparła się na medycynę, byłaby to droga przez mękę. Ja tej męki nie chciałam sobie fundować. Postanowiłam, że zostanę lekarzem duszy. Wybrałam psychologię.
„Zła sztuka rodzi się z tego samego braku co na przykład złe małżeństwo – z braku zrozumienia, kim jesteśmy i czego potrzebujemy”. Kiedy pani dokonała tego odkrycia?
Na trzecim roku psychologii pomyślałam, że znowu się pomyliłam. Smutna konstatacja, ale wielu młodych ludzi to przeżywa. Wyobraziłam sobie, że zostaję terapeutką, a to trudny zawód. Smutny i samotny. Człowiek siedzi w fotelu i słucha poranionych, nieszczęśliwych ludzi, którym powinien pomóc. Zadałam pytanie: czy mam siłę, by tak przeżyć życie? Nie miałam w sobie takiej determinacji. Psychologia bardzo mnie interesowała, ale nie w formie praktycznej. Nie wiedziałam, co zrobić, więc poszłam na egzaminy do szkoły teatralnej. To nie była poważna decyzja, żaden głęboki namysł, raczej żart. Powiedziałam: „A może spróbować, co mi szkodzi?”. Chciałam zobaczyć, co się zdarzy. Nie miałam czasu, żeby porządnie się przygotować, ale miałam dobry nastrój. Na egzaminie wypaliłam: „Wprawdzie wielu rzeczy nie wiem, ale przecież się nauczę. Jestem ciekawa tych odpowiedzi, których teraz nie znam. Wszystko przede mną”. Chyba ta otwartość sprawiła, że komisja uznała: może się nauczy? Zdałam. To są te niewytłumaczalne zbiegi okoliczności. Poszłam za tym i się zachwyciłam. To był cud – znalazłam swoje miejsce.
W liceum i na studiach bliższe było pani kino czy teatr?
Teatr. Jako młoda osoba w Klubie Stodoła w Warszawie zobaczyłam spektakl Kantora Niech sczezną artyści. Na sali tłumy, ludzie mdleli. Dla mnie to było przeżycie graniczne. Uczyłam się wtedy w podstawówce, poszłam z rodzicami. Pamiętam też zdjęcia z Repliki Józefa Szajny, które wisiały na Teatrze Studio. Chodziłam na zajęcia do Pałacu Kultury, oglądałam te fotografie trzy razy w tygodniu i dręczyłam rodziców, że muszę ten spektakl zobaczyć. Tłumaczyli, że to nie jest teatr dla dzieci. Nie rozumiałam, bo zdjęcia mnie zachwycały. Nigdy go nie zobaczyłam. Ale oglądałam Grzegorzewskiego, kilkanaście razy widziałam Wesele Hanuszkiewicza. To były moje teatralne zakochania. Na psychologii przypomniałam sobie o nich.
Nauczyła się pani czegoś sensownego na reżyserii?
Szkołę nazywaliśmy zawodówką, bo mieliśmy więcej zajęć praktycznych niż teoretycznych. Studiowałam długo: trzy lata w Warszawie, kolejne trzy w Krakowie. Tak, nauczyłam się. Najważniejsze, żeby słuchać intuicji, niczego nie kopiować. Mistrza można podziwiać, ale nie wolno iść po jego śladach. Trzeba wytyczać własne drogi i nie bać się błędów. Ryzykować. Uda się albo nie, trudno. Dla młodych twórców czy młodych ludzi w ogóle zgoda na popełnianie błędów jest kluczowa. Buduje, a nie podcina skrzydła. Lepiej nie odrzucać porażek, tylko traktować je jak nauczycieli.
W wieku 23 lat została pani asystentką Krzysztofa Warlikowskiego, potem w Krakowie Krystiana Lupy. Dwaj teatralni geniusze.
Krzysztof Warlikowski wydawał mi się bliski, bo różnica wieku między nami nie jest duża. Widziałam wspaniałego młodego artystę, który się nie boi, używa nowego języka teatralnego. Ryzykuje, jest otwarty na świat, ale też patrzy inaczej. Jego Elektra wystawiona w Dramatycznym w 1997 roku była wydarzeniem. Nikt wcześniej czegoś takiego nie robił. Krzysiek był osobną wyspą. Proponował teatr, który oczywiście wielu krytyków wtedy odrzuciło, bo nowy, inny, a więc niedobry. Jako młody reżyser borykał się z problemami, ale pozostawał wierny sobie. Obserwując go, zrozumiałam: trzeba być zdeterminowanym, wiedzieć, czego się chce, żeby to uzyskać. Inaczej było z Krystianem Lupą, którego postrzegam jako mistrza. Nigdy go nie dogonię. Obserwując, jak reżyserował Lunatyków, miałam wrażenie, że jestem na innej planecie. I byłam wtedy najszczęśliwsza na świecie.
Któryś z nich udzielił pani dobrej rady?
Opowiem anegdotę. W Teatrze Słowackiego, na małej scenie, robiłyśmy z Dominiką Bednarczyk monodram o dzieciobójczyni pod tytułem Jordan. Zaprosiłam osobno na próbę zarówno Krzysztofa Warlikowskiego, jak i Krystiana Lupę. Denerwowałam się, bo to był mój pierwszy samodzielny spektakl. Już nie pamiętam, który z nich wyszedł bez słowa, a który powiedział, że to jest beznadziejne. Feedback potężny, ostry.
Zabolał?
Tak, ale też pobudził. Poczułam, że wszystkie próby, potem generalna i premiera są nie po to, żeby nas ktoś pochwalił i pogłaskał. Nie powinnam w ogóle na to liczyć. Krytyka nie jest końcem drogi, tylko początkiem. Chodzi o to, by z zespołem stworzyć nowy świat, wciągnąć w niego widzów i razem udać się w podróż.
Ja potrzebowałam lat, by uodpornić się na krytykę i szukać w niej siły.
Ani nagany, ani pochwały nie wpływają na mój proces myślenia, na moje wybory. Na mnie. Cieszę się, gdy ktoś pochwali, coś się komuś podoba, to miłe. Ale jak się nie podoba, też dobrze. Nie muszę schlebiać cudzym gustom. Negatywny feedback przyciąga moją uwagę. Ciekawi mnie, czego publiczność nie lubi, co ją złości? Dlaczego ludzie się burzą, gniewają, obrażają? To ciągły dialog. Uważam, że teatr nie może dać się terroryzować. Dzisiaj emocje społeczne są tak rozhuśtane, że wystarczy mała iskra, żeby wzbudzić wściekłość.
Debiutancki Jordan okazał się sukcesem, recenzje były świetne, a potem...
Rok czy dwa lata później w tym samym teatrze zrobiłam kolejny spektakl, po czym przeczytałam w gazecie, że przyznano mi za niego nagrodę „żenada roku”. I to mnie zdenerwowało. Ledwo człowiek zadebiutował i już jest najgorszy? Pomyślałam, że jednak nie rozumiem tego teatru, tego środowiska i postanowiłam zmienić zawód. Trochę czasu minęło, zanim wróciłam.
Co pani robiła w tej przerwie?
Byłam przewodniczką wycieczek w Turcji. Podobało mi się, bo dużo było w tym improwizacji. Nigdy nie wiedziałam, co się wydarzy, musiałam reagować na bieżąco. Kiedy zaczęłam rozważać, czy podjąć nowe studia, zadzwonił kolega, Piotrek Kruszczyński. Został dyrektorem Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu i zaprosił mnie tam. Była zima, ciemno, daleko. Z Warszawy pociąg jechał dziewięć godzin, podróż nie miała końca. Na miejscu zobaczyłam spektakl Witkacego. Grało dziewięciu aktorów, na widowni siedziało sześć osób, dwie wyszły w trakcie... Pomyślałam: „Rany boskie, co to za miejsce?!”. Wtedy zamykano kopalnie, szalało bezrobocie, ludzie nie mieli pieniędzy, powstały słynne biedaszyby. Jaką sztukę będziemy tu robić, po co, dla kogo? Przecież ci ludzie walczą o przeżycie, nie są zainteresowani teatrem. Ale byliśmy młodzi, mieliśmy zapał. Piotrek namówił do przyjazdu Jana Klatę, Monikę Strzępkę i zaraził nas poczuciem misji. Postanowiliśmy zrobić coś niebywałego, żeby ludzie chcieli do nas przyjść. I to się stało.
O Locie na kukułczym gniazdem i Czyż nie dobija się koni pisano, że są trafnymi komentarzami współczesności: „Przedstawienie Kleczewskiej ogląda się jak opowieść o dzisiejszym Wałbrzychu”. Od tamtej pory minęło ponad 20 lat. Dziś to pani uczy reżyserii. Co pani powtarza młodym ludziom?
Ten zawód to nie jest droga usłana różami, szczególnie dla dziewczyn. Muszą być zdeterminowane i pewne siebie, bez tego nie przetrwają. Ten zawód niczego nie gwarantuje. Jest jak chodzenie po cienkiej tafli lodu, która w każdej chwili może pęknąć. Człowiek nie wie, czy zrobi następny spektakl. Przez lata każdy traktowałam jak ostatni. Przyszłość w teatrze jest niepewna, a młodzi ludzie wolą gwarancje, bezpieczeństwo, stabilność. Sztuka im tego nie da. Żadna. ASP, szkoła teatralna czy akademia muzyczna dają tylko narzędzia. A jak się potoczy los, co przyniesie? Kogo wyniesie na fali, a kogo pominie? Nie da się wyreżyserować tej podróży. W teatrze zostają ci, którzy nie pozwalają się z niego wygnać. To ich wybór, ich życie. I nie wyobrażają sobie innego. Gdy człowiek zaczyna wyobrażać sobie siebie gdzieś indziej, w końcu odejdzie.
To dotyczy nie tylko teatru. Reżyserowała pani w Wałbrzychu, Jeleniej Górze, Opolu, Bydgoszczy, Katowicach, Sosnowcu. Przez okno kawiarni patrzymy na Teatr Słowackiego. Do Krakowa wróciła pani w 2021 r., po 20-letniej przerwie, zrobić Dziady Mickiewicza. I… awantura na całą Polskę z powodu Konrada kobiety
Nie rozpoznałam siły Mickiewicza. Uwielbiałam go, ale nie spodziewałam się, że jest zapisany w polskim DNA. Cała panorama polityków, od prawa do lewa, uważa, że Mickiewicz jest ich. Wyrywają go sobie, stąd awantura. Gdy dyrektor, Krzysztof Głuchowski zaproponował: „A może zrobiłabyś Dziady?”, byłam zaskoczona. Sama bym tego nie wymyśliła. Pytanie brzmiało: kto będzie Konradem? Znałam Dominikę Bednarczyk. Od Jordana nie widziałyśmy się przez 20 lat, nawet nie rozmawiałyśmy. Kiedy zadzwoniłam z propozycją, żeby zagrała Konrada, Dominika jechała samochodem. Z wrażenia zatrzymała się na poboczu, była w szoku. Zespół też nie był entuzjastycznie nastawiony do tego pomysłu. Ale gdy Dominika przeczytała Wielką Improwizację, opór zniknął. Nikt już nie miał wątpliwości.
Pani kolejny sukces. Denerwuje się pani na premierach?
Są reżyserzy, którzy nie oglądają premier, są tacy, którzy za kulisami krążą po korytarzach i od czasu do czasu zerkają. Ja oglądam z ukrycia, za każdym razem z innego miejsca. Czy się denerwuję? Tak i nie. Premiera to ważny moment, a jednocześnie wydarzenie towarzyskie. Liczy się, kto przyszedł, kto z kim rozmawia, kto koło kogo siedzi. Drugi „teatr” rozgrywa się na widowni. Myślę, że dla reżysera i aktorów dopiero po premierze zaczyna się proces dojrzewania spektaklu.
„Nienawiść jest potężniejsza niż miłość” – to z Wyzwolenia Stanisława Wyspiańskiego. Premiera 28 lutego, w 123. rocznicę prapremiery w Teatrze Słowackiego właśnie.
Wyspiański w teatrze chciał dokonać cudu, dokonać niemożliwego. Jego Konrad jest dziki, atakuje wszystko, co wydaje mu się fałszywe w społeczeństwie. Mówi: „Widzę was, jak się układacie z zaborcami, jak kradniecie, oszukujecie, spiskujecie. Jakim marnym życiem żyjecie. Warchoły to wy. Nienawidzicie się nawzajem”. Ktoś mógłby powiedzieć – był 1903 rok, artyści Młodej Polski tak myśleli. Ale mamy rok 2026, a jesteśmy zapętleni w tym samym chocholim tańcu. Dlatego te słowa są przeszywające i przerażające. „Wszyscy się nienawidzicie” – jakże to pasuje do dzisiejszego świata. Wyspiański jest uważany za czwartego wieszcza, bo wyczuł naszą chorobę. Coś, z czego nie możemy się uleczyć. Dlatego mówi o „wyzwolinach”. Wyzwólmy się z polskości, która piętnuje. Z polskości, która jest nienawistna, pełna przemocy, złości. Dla mnie to ważny moment w życiu: Dziady, Wesele, Wyzwolenie. Obiecałam sobie, że na tym kończę sprawę polską. Żegnam się i wyzwalam. Teraz będę zajmować się Europą i światem. O Polsce powiedziałam już wszystko.