Lubimy narzekać na szefów, współpracowników, relacje w firmie. Psycholodzy mówią, że sporo przez ten nawyk tracimy. Bo nie da się być sfrustrowanym od ósmej do szesnastej, a po godzinach czuć radość życia i spełnienie. Halina Piasecka, psycholożka, autorka książki "Czuję, więc jestem. Jak rozumieć i regulować emocje", przekonuje, że można poprawić relację z pracą, nawet jeśli nie wszystko jest w niej idealne. Jak to zrobić?
Twój STYL: Praca jest głównie od tego, żeby zarabiać, prawda?
Halina Piasecka: Satysfakcjonująca pensja to jeden z istotnych elementów dobrej pracy, ale niejedyny. Z raportu Instytutu Gallupa wynika, że zadowolenie z pracy jest nierozerwalnie związane z ogólnym dobrostanem. Innymi słowy: nie możesz czuć się szczęśliwa, jeśli nie lubisz swojej pracy czy ludzi, których w niej spotykasz. Osoby, które uważają, że ich praca ma sens – jest ważna, potrzebna i satysfakcjonująca, mają o 60 procent niższe ryzyko wypalenia zawodowego. Cieszą się też lepszym samopoczuciem i są zdrowsze, rzadziej przebywają na zwolnieniach lekarskich. Warto z tych danych wyciągnąć wnioski.
Widziała pani serial Rozdzielenie? Psychologiczne science fiction o firmie, w której opracowano procedurę odseparowania „ja” prywatnego od zawodowego. Po wyjściu z biura ludzie zapominali o firmie. Całkowicie! A w pracy nie pamiętali o prywatności.
Świetny serial, ale… i on ostatecznie pokazuje, że tytułowe rozdzielenie nie jest możliwe. Bo emocje to nie tylko to, co czuję i myślę w danej chwili, ale długofalowa reakcja biologiczna, hormonalna, która ma konsekwencje. Jeśli w pracy przeżywam stres, frustrację, strach – nie czasami, bo to normalne, ale na stałe – to mój organizm będzie w nadmiarowy sposób bombardowany adrenaliną i kortyzolem. Tego nie da się „zdjąć” jak firmowej garsonki i odwiesić do szafy. Czy tego chcemy, czy nie, trudne uczucia regularnie przeżywane w życiu zawodowym rozleją się na prywatność. Nie unikniemy tego z prostej przyczyny – praca jest ważną częścią egzystencji.
Bo spędzamy w niej dużo czasu? Teoretycznie jedną trzecią doby, w praktyce więcej, bo jesteśmy pod telefonem, mailem.
Nie tylko. W dzisiejszych czasach sfera zawodowa stała się dla wielu osób głównym źródłem tożsamości. Gdy poznaję kogoś na przyjęciu, nie pytam o ulubioną zupę ani hobby, tylko „czym się zajmujesz?”. Emocje, myśli, poczucie własnej wartości, styl życia, to wszystko ściśle łączy się z pracą. Nie oszukujmy się, ona nas określa. Dlatego to, jak ją przeżywamy, jest tak ważne.
Byłoby świetnie mieć pracę, która daje satysfakcję, pieniądze, work-life balance i dobre relacje. Ale… to nierealne! Dlatego większość z nas narzeka na współpracowników, podział obowiązków, szefów. Frustrujemy się, że nie mamy wpływu na sytuację, w której tkwimy.
Ale na coś na pewno mamy. Często nie doceniamy tego, jak duży może być nasz wpływ, bo… tego nie sprawdzamy. Z badań wynika, że odpowiedzialność za atmosferę w pracy, relacje, organizację działań rozkłada się po połowie na nas i otoczenie. Zacznijmy od tego, że firmy, jak ludzie, mają swoje osobowości. Prowadzący rekrutację na nowe stanowiska z reguły chętniej zatrudniają pracowników, z którymi się dobrze rozumieją. Ale w czasie rozmów o pracę często obie strony roztaczają iluzje. Możesz więc trafić w środowisko, którego poglądów, poczucia humoru czy stosunku do wykonywania zadań nie akceptujesz.
Sytuacja nie do pozazdroszczenia. Bo czasem zdobycie danej pracy było marzeniem: pokonaliśmy konkurentów, widzimy szansę na rozwój, stabilizację finansową, a jednocześnie źle się czujemy w tym miejscu. Co robić?
Czasem warto sobie powiedzieć: to miejsce nie dla mnie, ja tu nie pasuję. Nie namawiam nikogo, by uśmiechał się przez łzy, gdy jest obiektem mobbingu. Wmawiał sobie, że jest dobrze, albo relatywizował upokarzanie, przemoc, „bo przecież każdemu zdarza się powiedzieć kilka szorstkich słów”, „szef na pewno nie myśli tego, co powiedział w złości”. Ale podobne nadużycia to skrajne sytuacje. Większość z nas ma zwyczajne i podobne problemy: szefową czy szefa o zbyt autorytarnym nastawieniu, współpracowników skupionych na sobie, prezesa, który marzy o maksymalizacji zysku bez oglądania się na koszty ludzkie. I z taką sytuacją można już sporo zrobić. Warto zacząć od popracowania nad własnym podejściem do frustrującej sytuacji. Gdy przejdziemy od postawy biernego obserwatora do jakichkolwiek działań naprawczych, już zwiększamy szansę na to, że coś zmienimy.
Od czego warto zacząć?
Ważne, by zapytać siebie: co może tu ode mnie zależeć, a co nie? Ale też: jakie są moje granice? Cele? Priorytety? Ludzie czasem decydują się zagryźć zęby i przetrwać. To też może być właściwa strategia, o ile stoi za nią ugruntowana decyzja. Załóżmy, że ktoś ma dobrze płatną pracę, ale nie dogaduje się z przełożonymi, kolegami. Mieszka jednak w małym mieście, w którym nie ma innych miejsc pracy w jego profesji, a dobra pensja pozwala mu opłacić czesne za liceum dzieci. Zamiast narzekać każdego dnia na beznadziejny klimat w firmie, ta osoba ustala sama ze sobą, że przetrwa kilka lat – do matury dzieci, a później złoży wymówienie i będzie się utrzymywać ze zleceń. Taki człowiek w chwilach frustracji przypomina sobie: OK, nie jest miło, ale moja decyzja ma sens. Przyczyniam się do czegoś, co jest ważne dla mnie i rodziny. Mam swój cel, realizuję własny plan. Ta konkretna praca jest mi jeszcze teraz potrzebna, więc akceptuję jej koszty. Taka postawa wiele zmienia. Jest trudno, ale nie jesteś ofiarą okoliczności, bo świadomie dokonałaś wyboru. Droga do celu będzie stresująca, ale przestanie być cierpiętniczą męką. I w końcu przyniesie satysfakcję.
Przypominają mi się słowa Viktora Frankla, psychiatry, że wolność leży pomiędzy bodźcem a reakcją na niego – nie zmienię niesprzyjających okoliczności zewnętrznych, ale moją reakcję na nie już mogę. Zastanawiam się, czy da się tę zasadę wykorzystać w pracy, za którą nie przepadamy, bo wydaje nam się nudna, jałowa?
W takiej sytuacji warto znaleźć w niej głębszy sens. Mimo wszystko. W niektórych przypadkach jest on oczywisty. Piekę chleb – ludzie mają co jeść, jestem lekarzem – ratuję życie. Ale dziś wielu z nas pracuje w ogromnych firmach, gdzie dostajemy do wykonania fragmenty zadań – podliczamy coś w plikach kalkulacyjnych, księgujemy, modyfikujemy fragment oprogramowania. Czasem trudno dostrzec pozytywne przełożenie tych działań na los konkretnego człowieka. Myślimy: „nic szczególnego nie wynika z tego, że tkwię cały dzień za biurkiem”. Ale to nie może być prawda. Nikt nie płaciłby za niepotrzebną pracę. Warto się przyjrzeć, do czego ostatecznie się przyczyniamy. Dzięki temu, że sprawnie liczę w Excelu, pracownicy dostają pensje na czas. Dzięki temu, że skrupulatnie księguję faktury, w firmie nie ma opóźnień w płatnościach. To ma wpływ na życie wielu rodzin. Nie każdy z nas musi od ósmej do szesnastej ratować świat. Gdy poszukamy głębszego sensu, czasem nieoczywistego, okaże się, że praca każdego jest potrzebna. Czasem warto sobie o tym przypomnieć.
Z badań wynika, że potrzebujemy być doceniani, by dobrze czuć się w pracy. Ale powszechnym nawykiem jest krytykowanie, nie chwalenie.
Jeśli mamy taką potrzebę, jako dojrzali ludzie możemy ją dorośle zakomunikować. Czyli pójść do szefowej czy szefa i powiedzieć: chciałabym się dowiedzieć, co robię dobrze, za co mnie cenisz. Przełożeni często o tym zapominają, przypominają sobie tylko przy okazji ocen rocznych, czyli rzadko. Jeśli jednak oczekujemy pozytywnych wzmocnień, sami też nie powinniśmy ich skąpić. Warto chwalić i współpracowników, i szefów. Wszyscy chcą czuć się doceniani, gdy coś robią dobrze. Wdzięczność rodzi wdzięczność. Nie chodzi o „słodzenie” ani podlizywanie się, tylko rzetelną, pozytywną informację: „Dzięki za miłe słowa, od razu mam więcej energii do pracy”, „Super, że podesłałaś mi te dane tak szybko, dzięki temu skończę raport przed terminem”. Badania pokazują, że osoby, które potrafią doceniać współpracowników, lepiej radzą sobie ze stresem. Stosując pozytywne wzmocnienia wobec innych, wzmacniamy też siebie. To też zwiększa prawdopodobieństwo, że lepiej poczujemy się w miejscu pracy.
Siebie też powinniśmy chwalić?
Jak najbardziej. Docenianie siebie wiąże się z poczuciem dumy z tego, co robimy, jak wykorzystujemy talenty, kompetencje. Duma z własnych dokonań zawodowych często łączy się i z tym, że cenimy firmę, w której… możemy robić coś, co jest źródłem dumy. Tu też wiele zależy od naszej postawy. Można myśleć: „moja firma produkuje rajstopy – z czego tu być dumnym?”. Albo: „moja firma ubiera kobiety, sprawiamy, że czują się piękne”. To brzmi inaczej! To pomocna i skuteczna technika. Terapeuci nazywają ją reframingiem, czyli przeformułowaniem poznawczym. Ta umiejętność uważana jest za jedną z kluczowych kompetencji przyszłości. Podobnie jak budowanie dobrych relacji.
Trudne środowisko pracy też można przebudować?
Tak, ale nie chodzi o całe środowisko, bo to mało realne, ale o zmianę relacji z konkretną osobą. Jeden przyjaciel czy przyjaciółka w trudnym miejscu pracy robi wielką różnicę. Prof. Martin Seligman, twórca psychologii pozytywnej, w nowej książce Umysł jutra podaje zaskakujące dane: ten, kto przyjaźni się w pracy, jest siedem razy bardziej efektywny od samotnika! Dbajmy więc o relacje, nie tylko prywatne, ale i zawodowe.
Sens pracy, duma, pozytywne wzmocnienia i pogłębianie relacji – już wiemy, że na to warto zwrócić uwagę. A jaki wpływ na poczucie szczęścia ma to, jak wykonujemy swoje obowiązki?
Ogromny! Znaczenie ma i to, jak osiągamy cele w pracy, i to, jak je definiujemy. I znów: w niektórych firmach jest to jasno określone: prezes podaje, jakie mają być wyniki kwartalne, półroczne, roczne. Z tego jesteśmy rozliczani. Wiemy, na jakim etapie się znajdujemy. Ale w wielu zawodach takiej struktury brak. Urzędniczka codziennie przyjmuje petentów, kasjerka kasuje produkty. By taka praca nie stała się udręką, warto sobie wyznaczać indywidualne cele – ujęte w konkretnym czasie. Na przykład do końca miesiąca zamknę tyle a tyle spraw petentów. Albo: dziś uśmiechnę się do dziesięciu klientów, by i u nich wywołać uśmiech. Mózg jest tak skonstruowany, że lubimy dobiegać do mety, coś osiągać, nawet jeśli to pozornie mało istotne cele.
Gdy poprawimy relację z pracą, będzie nam się lepiej żyć również po godzinach?
Bez wątpienia. Tu zawsze zachodzi sprzężenie zwrotne. Dlatego ważne jest i to, jak spędzamy czas poza firmą. Ludzie potrafią dobrze planować zadania zawodowe, a zapominają o regeneracji. A ładowanie akumulatorów to ważna sprawa, trzeba i ją umieścić w tygodniowym harmonogramie. Praca, zakupy, wywiadówka – OK. Ale i trzy spacery, joga, basen, spotkanie towarzyskie, co kto lubi. Bez tego nawet w najlepszej pracy energia będzie spadać. Aż w końcu się wypalimy. Jeśli świadomie przebudujemy życie zawodowe według wcześniejszych wskazówek i zadbamy o siebie, jest szansa, że wzrośnie nasze poczucie szczęścia i satysfakcji. Można tego dokonać na każdym etapie kariery. I w każdym wieku.
Halina Piasecka - Trenerka biznesowa z ponad 20-letnim doświadczeniem, ekspertka w dziedzinie szczęścia w pracy.