Rozmawiamy często o tym, jak uczyć dziewczynki asertywności i dbania o własne, długo pomijane potrzeby. Ale jak wychować chłopca w epoce kryzysu męskości, w sfeminizowanych szkołach, przy nieobecnych ojcach? Pytamy psycholożkę Katarzynę Wasilewską.
PANI: Chyba łatwiej dziś wychować dziewczynkę niż chłopca?
Tego bym nie powiedziała. Mam córkę, dwóch synów i zupełnie odwrotne obserwacje. Oczywiście jeśli spojrzymy na system edukacji i na sfeminizowanie polskiej szkoły, które wprowadziło do niej paradygmat bycia grzecznym, nie wspiera to rodziców chłopców. Szkoła to świat kobiet, jak się trafi nauczyciel, to pan od WF-u albo dyrektor. A kobiety faworyzują kobiety, w tym sensie, że męski świat, w którym aprobuje się bycie ruchliwym, dziarskim, hałaśliwym, napotyka w szkole na brak zrozumienia i akceptacji.
Jako matka w kółko wysłuchiwałam uwag, że syn biega, krzyczy i pojawia się zawsze tam, gdzie coś się dzieje. Zwykle miałam wrażenie, że główny problem polega na tym, że nie zachowuje się jak dziewczynka.
Tak, ja też to słyszałam. Ale teraz proszę sobie wyobrazić, co słyszą dziewczynki, które się wiercą i nie słuchają pani. Ten system jest opresyjny także wobec nich, też jest im trudno się wpasować w oczekiwania, słyszą, że są dzikie i krnąbrne. Chłopcom się wybacza, narzekanie jest bardziej rytualne. Jest nieznośny, rozkręcił krzesło, szkoła to gani, ale z drugiej strony to normalne, będą z niego ludzie. To rozrabiaka, mały Kmicic, w naszej kulturze kochamy takich urwisów.
Ale z feminizacji polskiej szkoły wynika coś więcej niż oczekiwanie grzeczności. Prof. Wojciech Pisula z Uniwersytetu SWPS twierdzi, że szkoła dyskryminuje chłopców, bo wymaga systematyczności i długotrwałej mobilizacji, z czym lepiej radzą sobie dziewczynki. Chłopcy lepiej odnajdują się w działaniach projektowych wymagających wykonania zadania w krótkim czasie.
W systemach edukacyjnych innych krajów preferuje się projektowy sposób pracy, szczególnie na uczelniach. Pracujesz nad przedmiotem przez dwa miesiące, masz określone zadania do wykonania. Mam wrażenie, że takie działania sprzyjają uczeniu się bez względu na płeć, bo pobudzają zainteresowanie, aktywne przyswajanie wiedzy. To jest rozwijające po prostu dla ludzi. Rzeczywiście polska szkoła nie jest projektowa z założenia i jeśli przyjmiemy, że to jest sprzeczne z predyspozycjami chłopców, to oni mają większy problem.
Jeśli przyjmiemy? To znaczy, że nie dowierza pani tym wnioskom badaczy?
Podejście badawcze jest ważne, ale naukowiec bada zbiorowości. Co to na przykład znaczy, że niemowlęta płci męskiej słabiej reagują na widok twarzy albo później raczkują? Że zaobserwowano to u większości. A co z pozostałymi? Nasze dziecko nie musi być typowe i pewnie nie jest. Nie mam poczucia, że dobrze je wychowamy, jeżeli będziemy stosowali się do tabeli – chłopcy mają tak, a dziewczynki inaczej. Nawet jeśli 60 proc. chłopców wykazuje jakąś skłonność, nasz syn może być w drugiej połowie. Nie wpadajmy w taką pułapkę, żeby myśleć o swoim dziecku jak o reprezentatywnej jednostce z pewnej grupy. Tak, dziewczynki i chłopcy są różni, mają inne wyposażenie genetyczne, inaczej się im rozwijają mięśnie, inaczej pracują hormony. Ale w wielu sprawach trudno rozstrzygnąć, co wynika z rzeczywistych predyspozycji, a co z naszych stereotypowych oczekiwań. Uważam, że powinniśmy pytać, jak wychować człowieka, a nie dziewczynkę czy chłopca.
Zatrzymam się jeszcze przy badaniach, bo one pokazują, że rodzice rzadziej przytulają synów niż córki. Z powodu stereotypów?
Przytulanie i bliskość jest ważna dla wszystkich ludzi. Ale stereotyp podpowiada, że chłopcy może nie potrzebują czułości, bo są szorstcy, a dziewczynki nie potrzebują tyle uwagi, bo są grzeczne. Tak po prostu nie jest. Można na brak przytulania spojrzeć od strony nieradzenia sobie z emocjami. Czasem niepokorność małego chłopca, łatwość, z jaką się nam sprzeciwia, może dorosłych uwierać, boleć. Matka może nie radzi sobie z tym, że dziecko ucieka i nie chce robić tego, co ona by chciała. Czuje się odepchnięta, odrzucona i maleje jej chęć do okazywania mu czułości. Niektórzy latami pracują na terapiach nad swoim poczuciem odrzucenia, w tym i nad tym, że sprzeciw dziecka traktują właśnie w tych kategoriach. Warto to przepracować, bo wychowanie nie jest o mnie, tylko o moim dziecku i jego potrzebach.
Przypomina mi się książka Jespera Juula, duńskiego pedagoga, o agresji chłopców „Agresja – nowe tabu?”. Zauważa w niej, że większość dorosłych reaguje na agresję w dwojaki sposób. Albo zakazem: „Nie wolno tak, po co to zrobiłeś, jesteś niegrzeczny!”. Albo maskowaną akceptacją: „Nic się nie stało, no już, w porządku”. Maskowaną dlatego, że udajemy cierpliwych i wyrozumiałych, a w duchu rozpaczamy: dlaczego moje dziecko robi takie rzeczy? W obu wypadkach potrzeby dziecka nie zostały rozpoznane. Jeśli syn bije kolegę, to jest nie tylko złe zachowanie, to jest objaw: ten mały człowiek czegoś potrzebuje i widocznie tego nie ma. Okazuje swoją frustrację w agresywny sposób, a inne dziecko, przeżywając podobną frustrację, schowa się w kącie i nie będzie się odzywać. Ale droga wychowania za każdym razem wiedzie przez pytanie: czego potrzebujesz, co się dzieje, czego byś chciał? Trzeba wysłuchać i być przygotowanym na to, że odpowiedź może się nam wydawać niemądra, nieadekwatna. Pamiętam taką sytuację, gdy pełen złości chłopczyk powiedział: „Chciałbym zobaczyć dziadka”. Było to niemożliwe, bo dziadek zmarł kilka tygodni wcześniej.
Wystarczy wysłuchać?
Nie wszystko w życiu dostajemy i już jako dzieci uczymy się, że tak jest, ale samo to, że ktoś mnie wysłuchał, że mogłem powiedzieć na głos, czego mi trzeba, a w drugiej osobie wzbudziło to empatyczną reakcję, to dużo. Nie wyśmiali mnie, tylko powiedzieli: „Tak, widzę, że tego ci trzeba. Rozumiem”. To często na tyle rozładowuje frustrację, że można przestać bić kolegę albo przestać milczeć.
Podobno chłopcy reagują na niepewność i chaos pobudzeniem, przepychają się, hałasują. Psycholodzy przekładają to na radę, by wprowadzać w życie chłopców jasne zasady, porządek, przewidywalność. Stały porządek dnia, pory posiłków, zajęć.
Tak, stały rytm dnia i przewidywalność budują poczucie zaufania i bezpieczeństwa. A dziecko które ufa i czuje się bezpiecznie z bliskimi, wyrośnie na człowieka, który będzie w stanie stworzyć bezpieczny związek. Oparcie się na rzeczach, które są przewidywalne, na stałych punktach dnia, zwiększa poczucie komfortu istnienia. To dobra rada nie tylko dla rodziców chłopców, również dla rodziców dzieciaków z neuroróżnorodnościami, także dziewczynek, które stereotypowo radzą sobie „lepiej” z chaosem i niepewnością. Bo na przykład mniej zwracają na siebie uwagę, mniej po nich widać frustrację. Ale przychodzi mi do głowy pytanie: na ile my sami tolerujemy niepewność, na ile jako rodzice jesteśmy gotowi na to, że dzieci nas zaskakują? Co robimy, gdy okazują się inne od naszych oczekiwań? Znowu – czasem to jest związane z płcią dziecka, a czasem nie. Mnie obserwowanie, że synowie są różni ode mnie, przychodziło łatwiej. Akceptowałam, że potrzebują czegoś innego niż ja, że mają inną wrażliwość; są przecież chłopcami, a ja kobietą. Dużo większa trudnością było dla mnie obserwowanie, że moja córka się ode mnie różni. Ona jest małą kobietą, ja dużą, powinnyśmy być podobniejsze. Kto wie, czy najważniejszym pytaniem wychowania nie jest: ile mam w sobie zgody na akceptowanie inności dziecka? Czy umiem patrzeć z ciekawością na to, kto mi się urodził? Przyglądać się i poznawać, żeby zrozumieć: kim ten mały człowiek jest?
Chyba czasem to pytanie musimy zadać sobie po raz drugi, kiedy dziecko dorasta. U czternastolatka poziom testosteronu wzrasta o 800 procent. Pamiętam rozmowy z innymi mamami: „Ja go w ogóle nie poznaję, to nie jest mój syn!”.
Może to jest druga szansa. Myślałam, że znam go na wylot, tego mojego pulpecika, a teraz patrzę zdumiona: kim jest ten człowiek? To fajne pytanie. Czy ja to mówię z obawą, z lękiem: mam obcego domu i co teraz? Czy mam w sobie ciekawość i myślę: jest robota do zrobienia, obserwuj, poznaj go? To przecież ten sam chłopiec, tylko pokazuje mi coś, czego wcześniej nie widziałam, czego w nim nie odkryłam.
Skłonność do ryzyka, brawurę, późne powroty do domu…
Znowu włożę kij w mrowisko, bo zauważyłam, że jednak łatwiej godzimy się z tymi skłonnościami u synów, natomiast późne powroty i ryzykowne zachowania córek to groza! Tymczasem badania są nieubłagane: o chłopców powinniśmy martwić się bardziej. Rodzi się ich więcej, a po 30 latach rachunek się odwraca, jest ich mniej niż kobiet. Brzmi strasznie, ale fakty są takie, że mniej noworodków płci męskiej dożyje wieku dorosłego i jednym z powodów są zachowania ryzykowne w okresie dorastania. Nasze obawy mają więc swoje uzasadnienie i nie znajduję na nie rady.
Słyszałam radę, by nie zakazywać wyjść, lecz starać się skierować wielką energię chłopców na bezpieczne aktywności. Może w sport?
Pewnie można, tylko wcześniej. Gdy dziecko ma 17 lat, nasza robota wychowawcza jest już zrobiona. Oczywiście jeśli jesteśmy zaradnymi, skutecznymi, dzielnymi rodzicami, to mamy ochotę wykonywać ją dalej. Nadal kierować, podpowiadać, robić mentoring, żeby nas słuchało. A to jest ten moment, kiedy już trzeba przestać. Jeżeli udało się nam zbudować relację zaufania, to dzieciak sam przyjdzie, zapyta. Wtedy można pogadać. Choć pamiętajmy, że z psychologicznego punktu widzenia udzielanie rad jest jedną z najmniej korzystnych form kontaktu, czymś, co rujnuje poczucie bliskości i daje drugiej osobie poczucie, że jest niezaradna. Kiedy więc zaczynamy podpowiadać i tłumaczyć, co nastolatek powinien zrobić, odbieramy mu poczucie kompetencji, którego – dorastając – bardzo potrzebuje. W tym czasie najważniejszym dla rodziców pytaniem staje się: czego moglibyśmy nie robić? Jak powstrzymać samych siebie przed rozwiązywaniem problemów za nastolatka. Pomaga nam wtedy wiara w siebie samych: przecież jestem dzielną osobą, która dała radę fajnie wychować dziecko, dlaczego mam się teraz zamartwiać, czy ono sobie poradzi?
To chyba nigdy tak nie jest, zawsze mamy wątpliwości.
To prawda, nigdy nie czujemy się fantastycznymi, ale też beznadziejnymi rodzicami na stałe. Mamy różne momenty. Syn zdaje egzaminy, idzie na studia, robi prawo jazdy, dobrze mu idzie w szkole czy w pracy, a my myślimy: „Ale ja go dobrze wychowałam!”. A gdy mu się nie udaje, gdy ma gorszy czas, celujemy z łuku do siebie: „zawiodłam, nie nauczyłam”. Mam poczucie, że z tej huśtawki można zejść przez zrozumienie, że jeśli radzę sobie w życiu, wypełniam swoje zadania, lubię moją codzienność, to i dziecko dałam radę wychować nienajgorzej. Dzieci uczą się od nas nie tylko wtedy, gdy do nich mówimy, ale przede wszystkim patrząc na nas. Uczą się z naszego życia. Obserwują, jak wybieramy, jak rozwiązujemy problemy i konflikty. Trzeba tylko dać się poznać, pokazywać w czym jestem kompetentna i nie ukrywać swoich błędów. Komunikować się z dzieckiem jak z człowiekiem. Mówić: „chcę, potrzebuję, lubię”. I tak samo: „nie chcę, nie lubię”. Stawiać granice: „Boli mnie to, co robisz. Boję się o ciebie, gdy późno wychodzisz”. Stawianie granic mówi o tym, co dla mnie akceptowalne, a co dla mnie trudne, czego bym w życiu chciała, a co mi się nie podoba, z czym nie chcę się mierzyć. Jeśli mówimy o swoich uczuciach – co mnie smuci, co mnie gniewa – dziecko uczy się języka, którym może wyrażać emocje. A jednocześnie przekazujemy mu nasz system wartości, żeby mógł się do niego odnieść i sformułować swój własny.
Czy istnieje wskazówka, którą zaadresowałaby pani głównie do rodziców chłopców?
Słusznie się mówi o nieobecności ojców w procesie wychowania. Jeśli do tego dodamy nieobecność mężczyzn w procesie edukacji, to widzę problem, bo chłopcy potrzebują męskiej figury, wzorców, jak się zachowuje mężczyzna. Żeby wiedzieć: do czego się rozwijam, do czego dążę? Tego nie pokaże mama ani panie w szkole. Potrzebują osób znaczących w życiu, od których będą czerpać wiedzę, jak się realizować jako dorośli ludzie, jak wygląda ich rola w społeczeństwie, w związku. To nie musi być tata, mogą być trenerzy, wujek, dziadek, starsi przyjaciele. Sama szukałam dla synów szkół, w których byliby nauczyciele mężczyźni, żeby mieli więcej różnorodnych męskich wzorców na żywo, nie tylko w internecie. Nie da się wychować dziecka w pojedynkę, potrzebujemy całej wioski.
Dr Katarzyna Wasilewska – psycholożka, biolożka, pisarka, autorka m.in. książki „Matka wystarczająco dobra” i monodramu „Matka Polka terrorystka”. Prowadzi Chatkę Zagajdzie – dom spotkań i warsztatów edukacyjnych.