Reżyserzy mówią: „Nawet z epizodu potrafi zrobić perłę”. Widzowie: „Jej role błyszczą jak brylant”. A zatem przed Państwem i perła, i brylant, Iwona Bielska!
Spis treści
PANI: Podobno nie śpieszyło się pani na ten – jak ironizował Wolter – „najlepszy z możliwych światów”.
IWONA BIELSKA: Podobno próbowałam wydostać się na ten świat trzy dni. Trzy dni bólu mojej mamy. Rodziłam się w mieszkaniu dziadków. Urodziłam się z tzw. zamartwicą siną, byłam fioletowa i nie oddychałam. Lekarz złożył mamie wyrazy współczucia i wyszedł, została położna. Chwyciła mnie za nogi i okładała dłonią, dopóki nie wydałam z siebie pierwszego okrzyku. Podobno.
Pierwszy flesz z dzieciństwa?
Tata wraca z pracy do domu, a ja z radości całuję jego teczkę. Mogę mieć dwa, trzy latka. Z perspektywy wieku nie wiem już, co jest fleszem, co prawdą, a co zasłyszaną opowieścią. Staram się nie wracać do przeszłości. Może dlatego, że wielu rzeczy już nie pamiętam i właściwie interesuje mnie tylko to, co będzie dzisiaj, ewentualnie jutro.
Proszę zrobić dla mnie wyjątek i zabrać w podróż do Łodzi lat 50.
Łódź mojego dzieciństwa była wspaniała. To ona nauczyła mnie akceptować różnorodność. Rodzice taty na jednym końcu miasta kultywowali swoją polskość od pokoleń. Rodzice mamy na przeciwległym końcu, totalnie międzynarodowa mieszanka. To właśnie ich - może dlatego, że miałam ich dłużej - wspominam z miłością i rozrzewnieniem. Para oryginałów z poczuciem humoru. Można by o nich napisać powieść. Dziadka prowokowałam pytaniem zadawanym kilka razy dziennie: „Dziadek, kochasz mnie?”. Zawsze odpowiadał: „Jak psy dziada w ciasnej uliczce” i miał łzy w oczach. Babunia była niezwykle rozrzutna, a dziadek niezwykle oszczędny. Zakręcał jej gaz pod gotującym się obiadem, a babunia zaraz po nim dyskretnie odkręcała na maksa… I tak przez lata. Pewnego razu babunia podarowała oryginalne samowary tulskie synowi sąsiadki, bo usłyszała, że ten interesuje się historią i zbiera starocie. Dziadek mnie męczył, czy wiem, komu babunia dała te samowary. Pytałam: „A gdybyś wiedział, to co byś zrobił?”. „Pójdę, powiem, że moja żona jest chora na umyśle i odbiorę”.
Odebrał?
Nigdy. I pewnie nawet gdyby się dowiedział, nie zrobiłby tego, co tak buńczucznie zapowiadał. Pamiętam, że jako dziecko nie znosiłam życia stadnego. Próba posłania mnie do przedszkola skończyła się klęską. Tak wyłam, gdy zarządzono poobiednie leżakowanie, że już tam nie wróciłam. Podobno powiedziałam: „Nie będę robić tego, co wszyscy”. Oddelegowana do dziadków spędzałam z nimi połowę dnia. Wolno mi było robić wszystko. Nie miałam psotnej natury. Zabawek nie lubiłam, ale na przykład uwielbiałam pomagać przy wielkim praniu, które odbywało się w pralni na podwórku kamienicy. To był rytuał. Pościel gotowała się w kotłach, pachniało mydłem, dziadeczek mieszał pranie wielkim drewnianym wiosłem, a po wyschnięciu było składanie pościeli do magla. Za rogi i naciąganie. Raz wzdłuż, raz po przekątnej. Super było.
To prawda, że w wieku czterech lat przeczytała pani „Dywizjon 303” Arkadego Fiedlera?
Przeczytałam i byłam dumna z polskich pilotów. Biblioteka ojca to było magiczne miejsce, uwielbiałam tam spać. Tata miał zbiór książek w ciemnozielonej, introligatorskiej oprawie, z tytułami wytłoczonymi złotymi literami. Na grzbiecie widniał monogram ojca, a w środku stempel „z księgozbioru Stanisława Bielskiego”. Na półkach był cały Kraszewski, cały Sienkiewicz. Przeczytałam wszystko. Byłam ambitną dziewczynką. Przemożnie chciałam być inna. Chodziłam na balet, basen, lekcje gry na pianinie. W liceum zaczęłam grać w siatkówkę. Moja polonistka, osobliwa i leciwa profesor Irena Plocer, mówiła: „Ty, Bielska, jesteś człowiekiem renesansu”.
O czym pani wtedy marzyła?
Chciałam być dziennikarką. Ta właśnie polonistka uważała, że mam dar piśmienniczy. Wysłała mnie na olimpiadę polonistyczną. W finale dostałam temat: „»Śpiew z pożogi« jako metafora losów pokolenia”. Jako zagorzała, egzaltowana wtedy patriotka zaczytywałam się w wierszach Baczyńskiego, Gajcego, opowiadaniach Borowskiego, byłam więc w swoim żywiole. Do dziś mam dyplom z podpisem prof. Kazimierza Wyki. Nie marzyłam, żeby być aktorką. Długo nie wiedziałam, co to znaczy. Mojemu tacie wydawało się chyba, że ma aktorski talent. Chemik ze specjalnością papier i celuloza uwielbiał recytować „Alarm” Słonimskiego: „UWAGA! Uwaga! Przeszedł! Koma trzy! Ktoś biegnie po schodach. Trzasnęły gdzieś drzwi. Ze zgiełku i wrzawy dźwięk jeden wybucha i rośnie…”. Tak nas budził w niedzielne poranki. To w liceum odkryłam, że przekaz ze sceny i odbiór na widowni to atrakcyjna forma komunikacji. Pisałam teksty na szkolne akademie, reżyserowałam je, grałam w nich. Chodziłam do żeńskiej klasy, więc występowały same aktorki.
Interesowała się pani chłopakami?
Nie bardzo. Nie miałam o sobie zbyt wysokiego mniemania. Uważałam, że nie zasługuję na uwagę, bo jestem nieatrakcyjna. W podstawówce miałam adoratora, który w dzieciństwie odmroził sobie policzki. Gdy się ekscytował, robiły się fioletowe. Podczas klasowej wycieczki usiadł w autokarze obok mnie i natychmiast sfioletowiał. Na polonistyce miałam adoratora, który sięgał mi do ramion. Deprymowało mnie, że mam tak niskiego amanta. Generalnie nie poświęcałam chłopakom wiele uwagi, czas dzieliłam między naukę a treningi. Jednocześnie byłam takim kierownikiem rodziny. Organizowałam rodzinne spotkania, załatwiałam różne sprawy, udzielałam rad, po które zwracali się najbliżsi. Nie wiem, dlaczego do mnie. Może z powodu mojego optymizmu? Wierzyłam, że wszystko da się rozwiązać. Do dziś ludzie powierzają mi swoje sekrety i tajemnice, wiedzą, że nie trzeba mnie prosić o dochowanie dyskrecji. Pamiętam, że gdy się nie dostałam do łódzkiej filmówki na wydział aktorski, krótko rozpaczałam. Jako laureatka olimpiady miałam przecież wstęp wolny na polonistykę i spędziłam tam ciekawe dwa lata.
Ale Kraków czekał na panią!
Po dwóch latach znużył mnie siedzący tryb życia. Pomyślałam, że spróbuję zdać do PWST w Krakowie. Odpadłam w pierwszej turze i kiedy siedziałam zapłakana na korytarzu, czekając na kolegę z Łodzi, na schodach pojawił się dziekan i zapytał: „Bielska gdzieś tu jest?”. Jestem. „Proszę stawić się jutro o ósmej rano na komisję”. Gdyby nie było mnie już wtedy na tym korytarzu, wszystko potoczyłoby się inaczej.
Mogła pani zostać profesorem polonistyki na uniwersytecie albo zawodową siatkarką, która wygrała olimpiadę...
Kiedy dostałam się na studia w Krakowie, musiałam pożegnać się z siatkówką. Nie dało się jej pogodzić z aktorstwem. Treningi były na poziomie zawodowym, to już nie była zabawa, tylko harówka. Przeprowadzka do Krakowa była skokiem na głęboką wodę. Kraków znałam przelotnie, głównie Rynek. Gdy wysiadłam z walizkami z samochodu wujka, zobaczyłam tajemnicze i obce mi miasto. Dziś mówię, że jestem krakowianką z Łodzi.
Zasypiając, snuła pani marzenia o rolach, karierze?
Nie miałam takich marzeń. Zawsze byłam zakompleksiona, uważałam, że jestem zbyt „duża”. Usztywniałam się przed kamerą, wstydziłam. Myślałam: to chyba nie jest dla mnie. Nie lubię na siebie patrzeć. Dzisiaj wszystko zagrałabym inaczej. Dopiero teatr i, nieskromnie mówiąc, kilka sukcesów w teatrze troszkę mnie uspokoiły. Myślę, że jedyne, co udało mi się w życiu zrobić, to właśnie tych kilka czy kilkanaście ról w teatrze. No i oczywiście wychować fajnego syna. Teraz mi się przypomniało jak Robert Lewandowski udzielał wywiadu. Kiedy dziennikarz zapytał: „Czego wam zabrakło, żeby wygrać?”, dostał ataku śmiechu. W końcu odpowiedział: „Umiejętności?”.
Nie mogę polemizować z pani odczuciami, ale się z nimi nie zgadzam. Esther Vilar, autorki sztuki „Królowa i Szekspir”, napisała do pani w liście, że „w wielu teatrach na świecie widziała na scenie Królową Elżbietę, ale takiej jak Iwona Bielska nigdy!”.
No tak, ale kiedy to było?! Nie mam na koncie spektakularnych wyczynów, nie dostałam Oscara. Ludzie mają więcej sukcesów.
Powtórzę za krytykami: „Iwona Bielska z każdego epizodu potrafi zrobić perłę”. Ciekawi mnie, która rola kosztowała panią najwięcej psychicznie i fizycznie?
Chyba „Na srebrnym globie” ze względu na osobowość reżysera. Miałam 24 lata, moje wejście w zawód przypominało psychodramę. Andrzej Żuławski był trudnym twórcą. Nieprzeciętnie inteligentny i fanatyczny w wymaganiach. Część zdjęć mieliśmy w Mongolii w pięćdziesięciostopniowym upale w gumowych kombinezonach lotniczych, zamki parzyły nam ciało, a do szyi mieliśmy przyklejone kamerki, żeby widz mógł oglądać świat oczami bohaterów. Na butapren, bo inaczej się odklejały! Kiedy zdejmowaliśmy je po całym dniu, odrywały się razem ze skórą i zostawała krwawa rana. Na zdjęciach we Wrocławiu, w listopadzie, leżałam w błocie z lodem, co skończyło się zapaleniem płuc. No ale wtedy nie było dyskusji, że coś jest niebezpieczne czy zagrażające zdrowiu. Andrzej wymagał całkowitego poświęcenia. My też poświęciliśmy się tej pracy w całości. To była przygoda życia. Na planie było i wzniośle, i śmiesznie.
Zdjęcia zostały przerwane, bo władzy nie spodobała się wymowa filmu. Żuławski skończył film 11 lat później. Dziś uchodzi za kultowy. Co pani pomyślała, kiedy po latach zobaczyła się na ekranie?
Szczerze? Ale proszę się nie śmiać… Nigdy nie zobaczyłam całego filmu. Widziałam tylko fragmenty, które Andrzej puścił przy okazji postsynchronów. Wydawało mi się, że gram jak dupa i postanowiłam tego nie oglądać. Wciąż nie mam odwagi.
Jest pani niereformowalna! Mąż, Mikołaj Grabowski, o waszym spotkaniu mówił: „Dzieło opatrzności”. To już 42 lata na scenie i w domu. Było warto?
O rany! Nie zadaję sobie pytań, na które odpowiedź nie może już niczego zmienić. Czy było warto? Cieszę się, że nam się udało. Może tajemnica tkwi w tym, że nie widujemy się codziennie? A może po prostu w tym, że ciągle się lubimy? Zrobiliśmy razem wiele przedstawień. Jestem dość pokornym typem i mam do Mikołaja bezgraniczne zaufanie. Jak on powie, że jest dobrze, to mogę mieć nadzieję, że naprawdę jest dobrze. Mikołaj daje mi poczucie bezpieczeństwa. Zresztą nasze artystyczne polemiki nigdy nie przenosiły się do życia rodzinnego. To nie będzie oryginalne, ale najważniejsza jest rodzina i zdrowie. Panicznie boję się choróbsk. Patrzę na Mikołaja i boję się, że zacznie się starzeć. A jednocześnie mam wielką nadzieję, że będzie z nim tak, jak z moją ciocią Bożenką, która przyjeżdża z Łodzi opiekować się naszym psem, gdy oboje wyjeżdżamy. Ciocia ma 92 lata. Zapytała w zeszłym roku: „Wiesz, kochanie, zastanawiam się, co to będzie, jak ja się zacznę starzeć?”.
Poczucie humoru w pani rodzinie jest zakodowane genetycznie.
Bez poczucia humoru trudno byłoby wytrzymać. Powiedziałam: „Bożenko, ty się nie zaczniesz starzeć”. Ciocia bardzo kocha naszego Niuńka, który starzeje się w przeciwieństwie do niej. Rozstania z Niuńkiem też się boję. W ogóle sobie tego nie wyobrażam. Mikołaj znalazł bezdomną Bellę w lesie, przywiózł do domu i na drugi dzień pojechał z nią do weterynarza. Był 10 kwietnia 2010 roku, godzina 8.30. Lekarz przystawił USG do brzucha suczki i powiedział, że niedługo urodzi. Tydzień później na świecie pojawił się Niuniek. Datę jego urodzin zawsze pamiętamy.
Syna Michała urodziła pani w wieku 32 lat. Była pani gotowa na macierzyństwo?
Myślę, że tak. Gdy okazało się, że zostanę mamą, byłam bardzo szczęśliwa. Mam wrażenie, że wszystko w moim życiu działo się naturalnie, przesuwało się jak taśma filmowa. Nie mam pretensji do losu, że powinnam być gdzieś indziej, robić coś więcej. Nigdy nie miałam przemożnego parcia na granie, więc kiedy urodziłam Michała, uznałam, że to jest czas dla syna. Macierzyństwo było dla mnie źródłem radości, nie frustracji. Zawsze mieliśmy z synem kumpelskie relacje, jesteśmy bardzo zżyci. Mimo że jest on już dorosły, nie wychodzę z roli matki. Nie jestem matką toksyczną, ale myślę o nim jak o małym synku. Ostatnio kupił motor i oznajmił, że od teraz będzie jeździł motorem, bo to jest wspaniałe. Penetruje tereny niedostępne dla samochodu, potem pokazuje zdjęcia, opowiada. Zawsze powtarzam: „Jedź spokojnie, nie pędź”. I słyszę: „Mamooooo…”. Mikołaj wsiadł z nim na ten motor, ja jeszcze nie.
Zaprasza panią?
Ciągle. Ale na razie dziękuję.
Miała pani w głowie gotowy scenariusz życia zawodowego jedynaka?
Chciałam tylko, żeby był szczęśliwy. Sama byłam szczęśliwa, gdy dokonał wyboru, że zostanie operatorem filmowym. Znalazł swój cel. Uparł się, by tego dokonać. Kiedy nie dostał się na wydział operatorski w Polsce, postanowił zdawać na Akademię Filmowo-Telewizyjną w Berlinie. Kibicowaliśmy mu z mężem, ale nie bardzo wierzyliśmy, że się dostanie, ponieważ słabo znał niemiecki. W dniu, w którym miały przyjść wyniki, zamknęłam się z książką i udawałam, że czytam, a mąż chodził po salonie jak lew. Od rana pocieszał Michała: „Jeśli się nie dostaniesz, zawsze możesz zdawać na wydział aktorski. Masz talent”. Rzeczywiście jako dziecko grał w kilku przedstawieniach telewizyjnych. Po kilku godzinach dostał wyniki, przyszedł i powiedział: „Mam dla was bardzo smutną wiadomość. Nie będę zdawał na wydział aktorski”.
Zabolało panią, że jedzie tak daleko?
Nie. Bardzo się cieszyłam, że zamieszka w europejskiej stolicy, w otwartym, wielokulturowym mieście. Autostradą to tylko pięć godzin. Uwielbialiśmy z Mikołajem te podróże do Berlina. Raz nawet wzięliśmy dwa psy, które z nerwów zjadły tapicerkę, bo nigdy nie jeździły tak daleko samochodem. Wysiadłam cała podrapana, więcej ich nie męczyliśmy. Po studiach Michał dostał w Berlinie pierwszą propozycję pracy, drugą, trzecią… No i został. W głębi duszy nie chciałam, żeby wracał. Przestałam lubić to, co się dzieje w moim kraju, i cieszę się, że Michał nie bierze w tym udziału. On zresztą nie ma politycznych zapędów, mnie polityka bardzo interesuje. Żyję polityką, ale też widzę, że coraz bardziej mnie to dobija i spala. Wielu moich znajomych już nie włącza telewizora, mówią, że wybierają emigrację wewnętrzną. Nie mogę pogodzić się z tym, że są politycy, którzy myślą wyłącznie o sobie. To jest najprzykrzejsze. Głupota i skrajny egoizm to mieszanka nieuleczalna. Staram się więc o tym nie myśleć: czytam, oglądam filmy, chodzę z Niuńkiem na spacer, z zapałem uczę się hiszpańskiego.
Żałuje pani czegoś w życiu?
Zawsze mi się wydawało, że dostaję tyle, na ile zasługuję. Nie noszę w sobie żalu do przeszłości. Rany, jeśli były, szybko się zaleczyły. Wiele rzeczy zapominam. Ale teraz, kiedy pani pyta, uświadamiam sobie, że może trochę żałuję, że nie byłam przebojowa, że stosowałam wobec siebie zbyt drastyczne kryteria.
Myśli pani o przemijaniu?
Myślę. Samego przemijania boję się mniej niż utraty zdolności w ciele albo na umyśle. Niestety, wszystko się psuje na starość. Myślę też o śmierci i muszę szczerze wyznać, że mam bardzo różne dni, jeśli chodzi o konotację tego zjawiska: od panicznego strachu do obojętności w duchu mojego męża. Mikołaj, gdy zdradziłam się przed nim z tym lękiem, powiedział: „Iwuśka, ale jak można bać się tego, co jest nieuniknione”.
Pomogło?
Na chwilę. Chyba najbardziej boję się tego, że nie będę widziała, co się dzieje dalej z moim synem, co się dzieje z moim krajem. Co się dzieje ze światem. Nic nie będę widziała. Na koniec zostanie tajemnica.
Ma pani tęsknoty za jakąś rolą?
Mam jedną tęsknotę. Zagrać dużą, skomplikowaną psychologicznie i trudną rolę. Wymagającą poświęceń. Wymagającą wysiłku fizycznego. Pod tym względem moje zagraniczne koleżanki mają lepiej. Pisze się dla nich role szefowych agencji wywiadowczych, matek przestępczej rodziny, królowych. Nie śmiem się z nimi porównywać, ale chciałabym zmierzyć się z takim wyzwaniem. W spektaklu „Wiele demonów” według Pilcha zagrałam taką postać: trochę zwariowaną, trochę złą, trochę tajemniczą. Bardzo dobrze mi się to grało. Dostałam nawet za tę rolę Złotą Maskę. No, ale pani Beato, teatr przemija. Kino zostaje. Dlatego chciałabym zagrać w filmie coś wartościowego, żebym mogła sobie powiedzieć i usłyszeć od innych: „Oooo! To jest rola!”.