Trudno się z nią umówić – tyle ma spektakli, prób, wyjazdów na plan filmowy i innych spraw zaplanowanych. Gdy telefonuję, zawsze słyszę coś, co podnosi na duchu. „Staram się szanować każdy dzień, nie zawieść siebie. Zawsze można zrobić coś dobrego” – mówi Maja Komorowska, wybitna polska aktorka. I niezwykły człowiek.
Miała od początku kariery aktorskiej szczęście do spotkań z wybitnymi reżyserami. Współpracowała z Jerzym Grotowskim, Erwinem Axerem, Krystianem Lupą, Andrzejem Wajdą i Krzysztofem Zanussim. Jej artystyczna dobra passa trwa od kilkudziesięciu lat. Wciąż jest aktywna, rozchwytywana i wyróżniana. Niedawno dostała ważną nagrodę na 17. Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Boska Komedia za rolę w sztuce Elisabeth Costello (reż. Krzysztof Warlikowski, Nowy Teatr w Warszawie). Pojawia się w ostatniej scenie spektaklu, a wynosi go na wyżyny, bo jej twarz, głos, obecność zapadają w pamięć widzów na zawsze. W Teatrze Polonia można ją oglądać w Żarze (reż. Jan Englert), a w Dramatycznym występuje w roli Winnie w Szczęśliwych dniach Becketta (reż. Antoni Libera). Przez półtorej godziny wygłasza monolog – pochwałę życia „mimo wszystko”, który jeden z krytyków uznał za „aktorskie arcydzieło”. Wkrótce zobaczymy ją też w nowej ekranizacji Lalki (reż. Maciej Kawalski). A nie jest to pełna lista aktualnych dokonań Mai Komorowskiej. Czy odpoczywa? Tak, w towarzystwie syna, synowej, wnuków i prawnuków. Kiedy ma wolny moment. Co nie zdarza się często…
Twój STYL: W spektaklu poetyckim Po co ten spacerek w reżyserii Agnieszki Glińskiej (scenariusz Marii Topczewskiej) mówi pani: „Każdego dnia możemy coś poprawić”. Pani poprawiać nic chyba nie musi. Raczej zadziwia pani tym, ile robi. Co panią tak napędza do działania?
Maja Komorowska: Przede wszystkim, gdyby prawdą było pani zdanie o mnie, że nie mam czego poprawiać, pewnie nie miałabym też czego tworzyć, działać, być w życiu intensywnie. Jeśli człowiek myśli, ma wrażliwość, czuje, to zawsze jest w nim potrzeba zrobienia wielu rzeczy lepiej. Zawsze mamy kogo przeprosić, komu coś dać, komu być wdzięcznym. Tak, rzeczywiście, ostatni czas był pracowity i intensywny. Pracowałam jednocześnie nad Apolonią – dostałam rolę po śp. Ewie Dałkowskiej, nad Nini w Żarze, nad prezesową Zasławską w Lalce. No i jeszcze konieczne było powtarzanie ogromnego tekstu Winnie ze Szczęśliwych dni Samuela Becketta. 30 listopada 2025 roku minęło 30 lat tego spektaklu, który gram z Adamem Ferencym w niezapomnianej scenografii nieżyjącej już Ewy Starowieyskiej. Trzeba było też znaleźć czas na wyjazdy z Elizabeth Costello ze wspaniałym zespołem Teatru Nowego, w którym jestem zaangażowana od września ubiegłego roku. Paryż, Ateny, Awinion, Barcelona, Stuttgart, Liège, Wrocław, Gdańsk, Lublin, Kraków…
Sporo wyzwań. Skąd w pani energia, by temu wszystkiemu sprostać?
Czasem sama się jej dziwię, ale kiedy próbuję zrozumieć tę potrzebę, ten niemal przymus działania, posuwania się naprzód, poprawiania tego, co można zrobić lepiej, myślę, że miało na to wpływ moje bardzo wczesne zetknięcie się z cierpieniem Rodziców, w ogóle z trudnymi warunkami życia. To spowodowało, że wcześnie zaczęłam doceniać każdy dzień. Starałam się nie zawieść zaufania Rodziców, moich bliskich, ale też i samej siebie. To był pierwszy etap. Potem, już w dorosłości, to, co przeżyłam, między innymi napad w windzie i jego konsekwencje, umieranie bliskich, wzmocniło moje staranie się o to, by nie zmarnować żadnego dnia.
Wielu ludzi z wiekiem popada w rozgoryczenie. Mówią, że życie rozczarowuje, przytłacza. Pani często podkreśla – w książce Pejzaż znalazłam to sformułowanie, że „życiem warto się oczarowywać”. I że można to robić w każdych okolicznościach, w każdym wieku.
Miłosz napisał, że oczarowanie w bardzo młodym wieku jest sakramentem, doświadczeniem, którego pamięć działa przez całe nasze życie. Ciało jest pamięcią – Grotowski miał rację. Wierzę, że wszystko jest w nas zakodowane i to, jak żyjemy, jest jakby odwoływaniem się do najwcześniejszych przeżyć. Mnie między innymi przyroda – ogród, kwiaty, drzewa, zapachy – do dziś pomaga reagować na świat i na to, co mnie spotyka. Poczucie bycia kochaną. Poczucie bezpieczeństwa jest chyba najważniejszym światłem, które może nas rozjaśniać – do końca życia. Tak samo ważne jest to, żeby być świadomym, jaki mamy cel. Viktor Frankl, austriacki psychiatra, przetrwał obóz koncentracyjny, ponieważ każdego dnia stawiał przed sobą jakiś mały cel. Mimo śmierci żony i matki umiał go znaleźć. Po wojnie prowadził terapię poprzez uświadamianie innym, jak ważne jest to, żeby zrozumieć, po co żyjemy każdego dnia. Pisał, że „człowiekowi można odebrać wszystko, prócz jednego: ostatniej ze swobód – wyboru postawy w danych okolicznościach, wyboru własnej drogi”. Stąd może płynąć niewyczerpana siła życia.
Taka postawa często ma swoje korzenie w domu rodzinnym, w postaciach rodziców. Kto w pani dzieciństwie, które przypadło na czas wojny, dawał przykład, że coś dobrego można znaleźć w każdych okolicznościach i mimo wszystko?
Tak, było wtedy trudno, ciężko. Było mnóstwo cierpienia. I mimo to – a może nawet tym bardziej – to, jak żyliśmy, o czym rozmawialiśmy, jak pielęgnowaliśmy święta – kolędy, robienie łańcuchów na choinkę, szykowanie prezentów – oczarowało mnie. Jak widać – na zawsze. Kto dawał przykład? Rodzice przede wszystkim, rodzina. Potem przyjaciele. Był taki sylwester wojenny, który opisałam w książce 31 dni maja. Mama w długiej sukni, z niesprzedanym jeszcze medalionem, tańczy walca angielskiego z Tatusiem, ubranym najpiękniej jak było to wtedy możliwe. Spod sukni wyglądały obandażowane stopy w za dużych butach. Tańczyłam z bratem bliźniakiem, Piotrem, a potem z Tatusiem. Mama mówiła: nie wolno podskakiwać, trzeba płynąć, płynąć. Koniec tańca. Tatuś pocałował mnie w rękę. Byłam szczęśliwa. Wszystko to odbiło się później w moich poszukiwaniach w teatrze, w sztuce. Mam w sobie wiele takich obrazów, które przetrwały. Choćby to, jak fruwałam na żyrandolu w spektaklu Stara kobieta wysiaduje w reżyserii Jerzego Jarockiego. „Wszystko jest do kochania, gamoniu…”, wykrzykiwałam w jej litanii miłości. Takich oczarowań było wiele. Te obrazy są we mnie. Żyją.
Ważne wspomnienie z młodości, które do dziś dodaje pani sił, inspiruje?
Cała nasza rozmowa dotyczy tego, jak człowiek sobie daje radę z życiem. Na pewno są jasne wspomnienia, które mogą być pocieszeniem w trudnych momentach. I dają wiarę, że coś od nas zależy, że coś możemy z siebie dać. Mam w oczach salę na chirurgii dziecięcej przy Litewskiej. Dzieci przed operacjami serca i po nich, przeprowadzanych przez prof. Jana Kossakowskiego. Pracowałam tam pomiędzy maturą a studiami jako niewykwalifikowana pomoc pielęgniarska. Był taki czas, że myślałam o studiach na medycynie. W szpitalu myłam dzieci, karmiłam je. Przygotowywałam do operacji. Któregoś dnia przyniosłam z teatru lalkowego przy Elektoralnej Jaśka – lalkę jawajkę. Zobaczyłam niezwykłą radość dzieci, kiedy nią poruszałam i rozmawiałam z nimi jako Jasiek. Zapominały na chwilę o chorobie. Czekały na Jaśka każdego dnia. To dało mi poczucie, że można zawsze zrobić coś konkretnego, co komuś pomoże.
Pani najtrudniejszą próbą było...
…radzenie sobie z cierpieniem Bliskich i potem Ich śmiercią. To zaczęło się bardzo wcześnie. Miałam sześć i pół roku i byłam bezradna wobec bólu mojej ciężko chorej Matki. A jednocześnie pamiętam, że to doświadczenie było przepełnione obustronną miłością. Drugą próbą był napad w windzie – skrajność wobec tego, co przeżyłam w dzieciństwie. Wtedy zetknęłam się, pierwszy raz w życiu, ze złem. I pierwszy raz stanęłam też przed zagrożeniem mojego życia. W tych krótkich chwilach przebiegło mi przed oczami wszystko, co zrobiłam nie tak, jak bym chciała – co zrobiłam złego. I tylko myśl, że jeśli z tego wyjdę, to będę porządkować życie… I staram się porządkować. Nie zawsze się to udaje, ale staram się. Staram się – lubię to słowo.
Jako Winnie w spektaklu Szczęśliwe dni zaczyna pani przedstawienie od kwestii…
...„I znowu cudowny dzień…”
No właśnie. Jaki musi być pani dzień, żeby uznała go pani za szczęśliwy?
Może tak jak Winnie trzeba mimo wszystko robić to, co możliwe, i uznać to za dobry dzień? Nie odkładać niczego na później. Dzielność Winnie zaraża: nie poddać się, ucieszyć się mimo wszystko, nie zapomnieć, co nas wiedzie. Pamiętać o tym, co nas cieszyło kiedyś. I nie stracić zachwytu urodą świata. W nas jest przemijanie, a w przyrodzie trwa wieczność, harmonia. Przypominają mi się dwa wiersze – Miłosza i Szymborskiej. On w wierszu Dar mówi: „Dzień taki szczęśliwy,/ Mgła opadła wcześnie,/ pracowałem w ogrodzie…”. Ona w Starym profesorze pyta go, czy bywa szczęśliwy. „Pracuję” – odpowiada jej. Bardzo mi to bliskie. To, że mogę jeszcze pracować w moim wieku, jest wielkim darem, szczęściem… Dzień ważny, dobrze przeżyty to taki, w którym nie zrobiło się niczego złego, ale też udało się zrobić coś, co jest dobre i wymierne. Pokonać siebie. Mam potrzebę konkretu. Muszę się czegoś uchwycić, jak mówi Winnie. To pomaga dać sobie radę z bezradnością. Uspokaja.
A co dziś panią oczarowuje?
To, że człowiek żyje długo, wzmaga potrzebę podzielenia się tym, co go porusza. Na przykład świadomość, że jestem ostatnią żyjącą osobą z Teatru 13 Rzędów Jerzego Grotowskiego, przejmuje mnie. Prywatne ostatnie oczarowanie to narodziny Lulu i Maszy, moich prawnuczek. To także dorosłe już życie moich wnuków. Ich samodzielność i dzielność. Zachwyca mnie też to, jak żyje mój syn i jego żona.