Jej kariera w Ameryce to fajerwerk. Od studiów w nowojorskiej Tisch School of the Art, jednej z najbardziej prestiżowych uczelni artystycznych świata, do współpracy z wybitnymi twórcami i oscarowej nominacji minęło zaledwie 15 lat! Małgosia Turzańska zawsze postrzegała świat przez kolory, faktury. Zabawy w robienie z niczego baśniowych kreacji z czasem zamieniła w profesję kostiumografki. Dziś jednej z najbardziej cenionych w świecie filmu.
Twój STYL: Gdzie dorastała twoja wyobraźnia?
Małgosia Turzańska: Pierwsze skojarzenie? Wioska Białe w Gorcach i drewniana chata rodziców mojej przyjaciółki Małgosi, gdzie z rodziną jeździliśmy na wakacje. Jestem zaskoczona, że to miejsce przyszło mi na myśl jako pierwsze. Gdy o nim mówię, widzę tam siebie rysującą przy kuchennym stole. Wracają kolory, zapachy, faktury, kolekcje kamyków... Już wtedy miałam odruch, by rysować wszystko, co mnie intryguje. Przez rysowanie oswajam rzeczywistość. To pomaga w pracy kostiumografki filmowej.
Skąd pomysł na ten zawód? Gdy zaczynałaś, nawet nie było w Polsce takiego wydziału.
Sporo rzeczy złożyło się na ten wybór, w tym… przewrotność pokoleniowa. Mama i tata byli inżynierami, a ja byłam zawsze odwrotna: rysowniczo-literacko-obrazowa. Ale matematyczni rodzice byli też otwarci na sztukę. Zabierali mnie i brata do muzeów, galerii. To była ważna część mojego dorastania. Poza tym mama wciąż coś szyła, robiła na drutach, farbowała ciuchy w pralce Frani, przerabiała pieluchy na spódnice. W mojej głowie to było doświadczenie tworzenia czegoś z niczego. Kolejny element w tej układance to chłopak, z którym chodziłam w liceum. Zajmował się filmem. Pożyczał kamerę i wciąż coś kręcił. Dzięki niemu dotarło do mnie, że nie tylko aktorzy są potrzebni przy filmach. Ale pierwszy raz pomyślałam, że mogłabym zawodowo tworzyć kostiumy, gdy obejrzałam Ja Pedra Almodóvara. Miałam 16 lat, uciekłam ze szkoły przed testem z chemii i pamiętam, jak w sali krakowskiego kina w głowie wybuchła mi myśl: pięknie byłoby robić takie rzeczy!
Wtedy zapadła decyzja?
Życie nie jest tak proste. Sporo jeszcze meandrowałam, poszłam na etnografię, zrezygnowałam. Później na historię sztuki, której nie dokończyłam. Po dwóch latach przeniosłam się do Pragi na wydział scenografii i kostiumu. Gdy byłam na trzecim roku, kolega z wydziału aktorskiego, Václav Jiráček, dostał główną rolę w filmie Janosik. Prawdziwa historia w reżyserii Agnieszki Holland i Kasi Adamik. Wspomniał im, że jest w szkole dziewczyna z Polski, która mówi po angielsku i czesku. I tak zostałam asystentką Agnieszki i Kasi. Byłam fatalna, ciągle coś zawalałam, zapominałam. Interesowały mnie głównie kostiumy, a nie taka była moja rola. Ale to było przełomowe doświadczenie. Zobaczyłam, jak robi się film w plenerach, i zakochałam się w tej pracy: podróżowaliśmy przez górskie wioseczki. Razem jedliśmy, śmialiśmy się, rozmawialiśmy o wszystkim i… powstawał film. To było jak twórcze wakacje! W tej pracy znalazłam wszystko, co mnie kręci. I już wiedziałam, że to jest to!
Skąd pomysł, by spróbować szczęścia w Stanach?
Mój pierwszy mąż, Anglik poznany w Pradze, robił wtedy filmy animowane i dostał propozycję przeniesienia się do Nowego Jorku. Od razu zaplanowałam, że spróbuję dostać się do Tisch School of the Arts (jedna z wybitniejszych uczelni artystycznych świata – red.). Wiedziałam, że mają tam wydział kostiumowy.
Niełatwo się tam dostać. Czym, poza portfolio, przekonałaś komisję?
Byłam w fazie noszenia autorskich broszek. Na egzamin do Tisch School zrobiłam dużą broszkę-lusterko, żeby ludzie z komisji zobaczyli we mnie kawałek siebie. Taki był koncept i… chyba zadziałał. Dostałam się i zdobyłam stypendium, co było ważne, bo szkoła do tanich nie należy. Ale mój wydział zajmował się głównie kostiumem teatralnym, a ja wiedziałam już, że ciągnie mnie do filmu, więc byłam częstym gościem na wydziale filmowym. Dobijałam się tam o współpracę z kolegami filmowcami. W etiudach, spotach reklamowych, krótkich metrażach. Interesowało mnie każde doświadczenie, płatne, niepłatne – nie zwracałam uwagi. Budowałam portfolio, eksperymentując. Mieliśmy tam świetną pracownię, gdzie można było szyć, farbować, postarzać ciuchy. Spędzałam w niej całe noce. Kocham tę szkołę za to, że dawała takie możliwości. Historia zatoczyła koło, bo bywam tam teraz zapraszana na gościnne wykłady.
Po szkole posypały się zlecenia czy był zimny prysznic?
Były ciężkie momenty, nie ukrywam, zwłaszcza po rozwodzie. Nagle musiałam sama ogarnąć całą przyziemną rzeczywistość, a dopiero zaczynałam pracę jako kostiumografka. Najdziwniejszą rzeczą, jaką robiłam, by zarobić na życie, była praca asystentki niewiarygodnie bogatej kobiety. Była smutnym ucieleśnieniem przysłowia, że pieniądze szczęścia nie dają. Tygodniami nie opuszczała łóżka i miała tyle pretensji o wszystko, że często wychodziłam od niej roztrzęsiona, płacząc. Do dziś mam w głowie obrazy z tego domu. Kiedyś wykorzystam je jako inspirację, jeśli trafię na film z podobną postacią. Ale nie marnowałam czasu, moje portfolio rosło. Łapałam drobne zlecenia i nieustająco się rozkręcałam.
Zrobiłaś coś nietypowego, by zostać zauważoną? Zdobyć coś, na czym ci zależało?
Było takie zdarzenie. Przeczytałam gdzieś, że Sandy Powell, brytyjska kostiumografka, dziś legendarna, zaczęła współpracę z reżyserem Derekiem Jarmanem od tego, że napisała do niego list, tłumacząc, dlaczego „absolutnie” powinni razem pracować. Zachwyciła się jego filmami i mu to wyznała. Spodobało mi się to bezpardonowe podejście. Gdy w 2011 roku na festiwalu w Sundance zafascynował mnie film Pioneer Davida Lowery’ego, też napisałam do niego płomienny list. Odpisał, wymieniliśmy jeszcze parę e-maili. Coś musiało go w tej korespondencji do mnie przekonać, bo zatrudnił mnie w swojej pełnometrażowej fabule Wydarzyło się w Teksasie. Zaufał debiutantce! Pamiętam, że tuż przed podpisaniem umowy jeszcze do mnie dzwonił: „Małgosia, ale…ty umiesz to zrobić, prawda? Powiedz, że tak…”. Potwierdziłam, choć trema była. To był mój pierwszy film, w którym dostałam ciężarówkę kostiumową z prawdziwego zdarzenia. Uznaję to za punkt przełomowy. Z Davidem do dziś się przyjaźnimy. W 2021 roku zrobiłam kostiumy do jego filmu fantasy Zielony rycerz.
Mówisz: „Nie pracuję przy filmach, których nie chciałabym oglądać”. Umiejętność odmawiania pomogła ci dotrzeć tam, gdzie dziś jesteś?
Nie zawsze to było możliwe. I zdaję sobie sprawę, że to ogromny przywilej. I że nie każdy może w taki sposób pracować. Krokiem milowym w karierze na pewno był mój udział w pierwszym sezonie serialu Stranger Things. Pomógł szczęśliwy traf. Na imprezie urodzinowej spotkałam znajomego scenografa. Wspomniał, że bracia Dufferowie zaczynają kręcić intrygujący serial i szukają kogoś od kostiumów. Zapytał, czy podrzucić im moje nazwisko. Kilka dni później miałam już spotkanie na Zoomie z Dufferami. Flow było tak świetne, że… zdziwiłam się, gdy ten projekt dostał ktoś inny. Wybrali osobę z większym doświadczeniem w produkcjach serialowych. Ale po kilku tygodniach zadzwoniła do mnie przyjaciółka, która projektowała fryzury w Stranger Things, z pytaniem, czy mam o to żal. Powiedziałam, że nie. Chwilę później zadzwonił producent serialu z propozycją współpracy. I tak, od trzeciego odcinka, robiłam pierwszy sezon Stranger Things. To był zawodowy skok w nadprzestrzeń. Serial odniósł światowy sukces, a mnie jako kostiumografkę wyniósł na wyższą półkę.
Nie da się tego nie zauważyć. Od tej pory pracowałaś przy głośnych filmach. Dwa kandydują w tym roku do Oscara: Sny o pociągach i Hamnet, za którego masz nominację w kategorii „najlepszy kostium”.
To była przygoda! Oba filmy powstawały jeden po drugim, a wymagały ode mnie przeniesienia się do dwóch odległych epok. Sny o pociągach to surowy świat amerykańskich pionierów, którzy budowali kolej na początku XX wieku. Hamnet to elżbietańska Anglia. Musiałam zanurzyć się głęboko w czasy Szekspira.
Sposób, w jaki dołączyłaś do ekipy Hamneta, to też historia z ciekawym prologiem.
Tak, fajnie pokazuje, jak krętymi ścieżkami potrafią zjawiać się właściwe projekty we właściwym czasie. Z Chloë Zhao (reżyserka Hamneta – red.) miałam pracować już w 2015 roku. Kręciła debiutancki Songs My Brother Taught Me. Mój pierwszy mąż miał w nim być operatorem. Gdy rozeszła się informacja, że się rozstajemy, producentka powiadomiła, że rezygnują ze mnie. Obawiali się, że nasz rozwód wpłynie na atmosferę na planie. Operator był ważniejszy, musiałam to przełknąć. Gdy 10 lat później usłyszałam, że Chloë bierze się do adaptacji Hamneta, zadzwoniłam do tej samej producentki, która przypomniała Chloë o mnie. I tak się zaczęło!
Kolejny raz dostałaś to, czego chciałaś, bo… po to sięgnęłaś.
Dzięki tej strategii niczego się nie traci, a można zyskać. Ale nie zawsze mi się udaje. W dniu ogłoszenia mojej nominacji do Oscara leciałam z Warszawy do Londynu i liczyłam, że to pomoże mi załatwić upgrade do biznes klasy. Nic z tego. Oscary nie zrobiły wrażenia na załodze. Dobry zimny prysznic! Ale pierwsze konsekwencje nominacji już odczuwam. Mój grafik jest zapełniony zadaniami związanymi z Oscarami. A w Londynie zaproszono mnie na spotkanie… z królową Kamilą.
Oglądając Hamneta, miałam wrażenie, że nie tylko ubierasz filmowe postacie, ale i opowiadasz ich emocjonalną historię. Gdy główna bohaterka kipi energią, zdobywa to, czego pragnie, kolory jej sukni akcentują pasję, witalność. Kiedy przeżywa tragedię, barwy przygasają. Ze strojami Szekspira jest podobnie.
Chcę, by kostiumy miały coś do powiedzenia. W pewien sposób… robię nimi swój film. Mają oddać metamorfozę postaci. Elementy mody elżbietańskiej wykorzystałam, by podkreślić stany emocjonalne bohaterów. U Willa zaczerpnięte z epoki rozcięcia pojawiają się na jego kostiumach w miarę, jak on staje się przeorany osobistą tragedią. Inny detal – metalowa wykałaczka w kształcie pazura, którą ma na szyi ojciec Szekspira – oddaje brutalną naturę tego człowieka i to, jak emocjonalnie rozdrapywał syna.
Iloma sukniami opowiedziałaś historię Agnes, żony Szekspira?
Niech policzę… dziesięcioma. Początkowo podkreślają jej żywiołowość, temperament, wewnętrzną wolność – są krwistoczerwone, przechodzą w rdzawą pomarańczę, rudości. Po utracie syna szarzeją, zmierzają do fioletów, szarości, zimnych brązów. Ale później znów zaczyna w niej krążyć krew…
Robiłaś kostiumy do filmów fantasy, twoje elżbietańskie stroje też mają w sobie coś baśniowego. Zdarzają ci się sny o kostiumach?
Tak, czasem przewrotne. Mieszkam niedaleko Nowego Jorku w 160-letnim domu. Gdy przymierzałam się, by go kupić, miałam sen o tym, że mieszka w nim duch. Zobaczyłam go. Był w żakieciku i spódniczce z taniego sieciowego sklepu. I ja w tym śnie się oburzyłam: jak to, inni mają w domach wiktoriańskie duchy w powłóczystych szatach z epoki, a ja, kostiumografka, mam takiego ubranego byle jak?! Uśmiałam się po przebudzeniu, że jestem kostiumografką nawet w podświadomości.
A zdarza się, że… czasem nią nie jesteś i naprawdę nie pracujesz?
Nieczęsto, ale tak. Jeśli wtedy nie podróżuję, nie oglądam filmów czy nie zwiedzam muzeów, robię meble albo tekstylne rzeźby w domowej pracowni. Kocham też glinę i lepię. No i w 160-letnim domu ciągle coś trzeba naprawiać, malować, dobudowywać, więc zawsze coś robię. I to mnie karmi.