Rozmowy

Napisała książkę o tym, jak kochać własną matkę. Nam mówi, czy zawsze warto

Napisała książkę o tym, jak kochać własną matkę. Nam mówi, czy zawsze warto
Fot. Getty Images

To szczególnie ważna, ale i konfliktowa relacja. Matka i córka. Dwie bliskie sobie kobiety, które mogą się różnić, a czasem nie znosić. W dzieciństwie jesteśmy od matki zależne. Później czasem długo odczuwamy żal, oskarżamy. To nie służy żadnej ze stron, nawet jeśli pretensje są uzasadnione. Jak je wygasić? I na ile można uzdrowić relację z trudną przeszłością? Urszula Struzikowska-Marynicz, psycholożka, napisała książkę "Jak kochać własną matkę", więc wie.

Twój STYL: Znajome kobiety narzekają na matki: jedna była kontrolująca, druga oziębła emocjonalnie, trzecia krytyczna i niewspierająca. Te osoby miały też ojców, żaden nie był ideałem, ale o nich milczą. Dlaczego tak jest?

Urszula Struzikowska-Marynicz: W naszej kulturze rozpowszechniło się zjawisko mother blaming, czyli obwiniania matek. Wiąże się z ignorowaniem prostej prawdy, że za wychowywanie odpowiedzialni są oboje rodzice. Tyle że ojcowie często na różne sposoby znikają z życia dziecka, czasem dosłownie. Albo usuwają się w cień. I to jest akceptowane. W konsekwencji zadania związane z rodzicielstwem spadają głównie na matki. To zjawisko zakorzenione jest w biologii – kobiety noszą ciąże, rodzą, przechodzą połóg, karmią. Mamy więc utrwalony obraz, w którym parą do dziecka jest matka. W konsekwencji oczekujemy od ich więcej i to je rozliczamy. Odzwierciedlamy to też w słowach. Gdy ojciec się wyprowadza, mówimy, że „odszedł”. Gdy robi to kobieta, to „porzuca” rodzinę.

Pani pracuje z kobietami, które mają do matek żal. O jakich problemach mówią?

Córki obwiniają matki o to, że miłość nie była tylko miłością i ochroną jak z idealnego obrazka, ale towarzyszyły jej też ludzkie błędy, zaniedbania i matczyne, ale i nasze, po prostu ludzkie ułomności. Opowiadają mi o niezaspokojonej potrzebie akceptacji, bezpieczeństwa i wsparcia. Niektóre nie czuły się kochane, tylko kontrolowane. Często ta refleksja pojawia się w życiowym kryzysie, czasem po latach. Dorośli mają dziś większą świadomość psychologiczną i nagle doznają olśnienia: mama była kontrolująca, ograniczała mnie, krępowała spontaniczność, miała nierealistyczne wymagania, tłumiła moją radość, niszczyła poczucie wartości. I nadal to robi. Albo: ona się mną nie interesowała, nawet mnie nie lubiła, nie jestem jej potrzebna. Typowe jest to, że dojrzałe kobiety patrzą na matki z perspektywy dziewczynek. Nie postrzegają ich tak, jak dorosły widzi inną dorosłą osobę. Przychodzą ze skargą na mamę. Staram się zmienić tę perspektywę. Mówię np.: „Słyszę, że twoja mama jest kontrolująca. I nie przychodzisz do mnie, żeby ją zmienić, bo tego nie uda się zrobić. Chcesz pracować nad tym, by czuć się w życiu swobodnie, funkcjonować bez wstydu i poczucia winy”. Bywa, że takie postawienie sprawy wywołuje szok.

Bo nie sam związek z matką stanowi tu problem?

Relacja z nią wpływa na to, jak wyglądają nasze późniejsze związki w dorosłym życiu. Wzorzec kontaktu z ważną osobą, do jakiego przywykliśmy w dzieciństwie, utrwala się w nas, nawet gdy tego nie chcemy. Z czasem zamienia się w zautomatyzowane reakcje, które włączają się nam mimowolnie. Chodzi o to, co psychologowie nazywają stylem przywiązania. Wytwarza się on głównie w związku z matką. Zależy od tego, czy rozpoznawała potrzeby dziecka, czy reagowała na płacz, próbowała zaradzić niepokojom niemowlaka. Jeśli tak, dziecko uczy się, że jest ważne i zasługuje na uwagę. Tworzy bezpieczny styl przywiązania. Będzie to matryca jego późniejszych bliskich relacji. Ale jeśli człowiekowi nie uda się wytworzyć bezpiecznego stylu przywiązania, wchodzi w związki z innymi na zasadzie: chcę, ale się boję.

Ujęły mnie słowa z pani książki: „Kochać matkę czy córkę można przede wszystkim i mimo wszystko, przyjmując ją taką, jaka jest, wraz z jej zaletami, wadami, zachowaniem. Nie kocha się za coś ani po coś. By kochać matkę czy córkę, należy szukać siły i powodu uczucia nie w tej drugiej osobie, ale w sobie”. Zastanawiam się tylko, czy miłość bezwarunkowa wobec matki jest możliwa, gdy dziecko nie czuło się kochane w taki sposób?

W miłości bezwarunkowej kocham nie za to, co dostaję, ale dlatego, że ta osoba jest dla mnie ważna. Wielu ludzi takiej miłości od matek nie dostało. Często otrzymujemy uczucie pod jakimiś warunkami: jak będziesz grzeczna, jak zrobisz coś tak, jak ja każę, jak będziesz taka jak ja... Wychowywane w ten sposób córki często podobnie w dorosłym życiu traktują matki: co ona może mi dać, żebym ją kochała? Działkę? Komplementy? Pomoc przy dzieciach? Oczekiwania mogą być różne. Ich wspólną cechą jest sztywność i niepodatność na zmiany. Część kobiet marzy o przyjaźni z matką. To obraz podtrzymywany przez kulturę masową. Chcą się zwierzać, chodzić na kawkę, pożyczać sobie ciuchy. A mama nie chce. Można wtedy myśleć: co jest ze mną nie tak? Co jest z nią nie tak? Utykamy w żalu i karmimy iluzje, które uniemożliwiają naturalny rozwój relacji. Usztywnione oczekiwania potrafią być źródłem frustracji i bólu. Szansą byłoby pytanie: a co ty, mamo, chciałabyś ze mną robić? Jak mogłybyśmy razem pobyć? Mimo że ona kiedyś nie umiała nas tak zapytać.

Wciąż nie mam pewności, czy miłości bezwarunkowej można się nauczyć, gdy się jej nie dostało.

To możliwe, choć trudne – jeśli mówimy o matkach, które nie stworzyły bezpiecznego stylu przywiązania, ale starały się być i dawać poczucie bezpieczeństwa, nawet nieudolnie. Bardziej skomplikowana jest sytuacja dzieci, których matki stosowały przemoc, zaniedbywały, krzywdziły. W tym wypadku podtrzymywanie w sobie iluzji, że „mama na pewno mnie kochała na swój sposób”, i obdarzanie jej bezwarunkową miłością nie jest dobrą drogą. To samooszukiwanie się. Lepiej zmierzyć się z prawdą i ją zaakceptować, powiedzieć: „Nie wszyscy będą mnie w życiu kochali. Czasem nie dostanę miłości od osoby, na której mi zależy, jak mama. Ale to nie jest opowieść o mnie. To świadczy o tym, że ona nie była zdolna do miłości, dała, ile sama otrzymała”. Dlaczego? To osobna sprawa. Sytuacja, w której rodzic nie kocha dziecka, nie jest naturalna. Można zastanowić się, co w historii tej matki sprawiło, że nie umiała kochać. Co stoi za brakiem miłości? Może jakieś duże, nigdy nieuleczone zranienie? Odkrycie, że za brak miłości nie odpowiadam ja, moje wady, tylko osobista historia matki, bywa źródłem psychicznego uwolnienia i wielkiej siły.

 

W psychologii istnieje pojęcie pożytków z choroby – inni się nami opiekują, mamy usprawiedliwienie, by nie brać odpowiedzialności. Czy podsycanie w sobie żalu do matki również daje jakieś „benefity”?

Tak. Obwinianie innych daje nam poczucie komfortu w obrazie siebie jako tej, która stoi w pozycji moralnej wyższości – ponad błędami matki i jej trudnościami. Jednak taki komfort jest bardzo drogi. Odbywa się kosztem własnego poczucia sprawczości i autonomii, a także grozi utknięciem w poczuciu emocjonalnej zależności od tego, czy matka się zmieni, czy przeprosi. Ta „wina” i domaganie się „uznania prawdy” konfliktują nas. Łączy nas wtedy z drugą osobą nie miłość, ale wspólne rany i ból. Gdy córka ma osiem lat i poczucie, że matka jej nie akceptuje, nie poświęca wystarczająco dużo uwagi, nic z tym nie może zrobić. Jeśli z tą samą skargą występuje czterdziestolatka, warto, by zadała sobie pytanie, co dają jej ciągłe pretensje. Może czuje się w dorosłym życiu niezauważana i nieakceptowana? Jest jednak dorosła i ma narzędzia, by tę sytuację zmienić. Nie musi stać w kącie, na marginesie wydarzeń i szukać winnych tej sytuacji. Może się zastanowić, czego brakuje jej w życiu, i zrobić coś, by to sobie zapewnić. Jeśli nie wie jak, warto rozważyć psychoterapię. Obarczając matkę dziecięcymi żądaniami i pretensjami o życiowe problemy, uciekamy przed dojrzałością. I odpowiedzialnością za własne życie. Próbujemy ją na kogoś zrzucić.

Wiktor Osiatyński mawiał, że człowiek powinien rano wstać, spojrzeć w lustro, zrobić przedziałek i się od siebie od… Może i od naszych matek jako dojrzałe osoby powinniśmy się już odczepić?

Zachęcam do tego, by dać matkom spokój. Wprowadzić trochę luzu do tej relacji. Z próbami uświadomienia matce jej „winy” i wyrządzonych nam w procesie wychowania krzywd jest jak z przerzucaniem gorącego ziemniaka. Matka nie będzie chciała go przyjąć – nikt nie chce być winnym dożywotnio i wciąż kogoś przepraszać. Może faktycznie zbyt kontrolowała, nadmiernie krytykowała, nie dostrzegała, tłamsiła albo przeciwnie – nie interesowała się i ignorowała. Warto jednak zapytać: co ma mnie, dorosłą, łączyć z tą drugą kobietą, która jest moją mamą? Ciągłe wspominanie „przewinień” sprzed dekad? Zabieganie o to, by druga strona się pokajała? Próby dopasowania jej na siłę do mojego ideału? Czy może szczera, czasem trudna rozmowa o tym, jaka jestem dziś i czego potrzebuję. I jaka ona jest dziś i czego potrzebuje. Przy założeniu, że matka może, ale nie musi wyjść naszym potrzebom naprzeciw. Po osiągnięciu dorosłości to my ponosimy odpowiedzialność za ich zaspokajanie. Dobra wiadomość jest jednak taka, że i my nie jesteśmy zobowiązane zaspokajać potrzeb emocjonalnych matki. Nie musimy być trofeum, z którego ma być dumna. Nie mamy obowiązku jeździć z nią na wakacje, jeśli nam to nie odpowiada.

Gdybym chciała uzdrowić relacje z mamą, od czego powinnam zacząć?

Warto przenieść ciężar odpowiedzialności i sprawczości z matki na to, za co odpowiadam ja – córka w swojej dorosłości. Dziś mogę o wiele więcej, niż mogłam kiedyś, gdy byłam od matki rzeczywiście zależna. Mogę zobaczyć, że nawet z jej wadami, błędami i zaniedbaniami ja... jestem. Mimo wszystko i niezależnie od tego, co było. To nam, córkom, nierzadko umyka. Może czasem dobrze byłoby też zacząć od pytania: co by było, gdyby ona dziś wpadła pod samochód i zginęła? Czy nadal czekałabym na przeprosiny albo dowód bezwarunkowej miłości? No nie! Zapewne uznałabym, że skoro matka nie żyje, muszę przejść proces żałoby i przeżyć stratę, bo nieusłyszenie przeprosin czy słów „kocham cię najmocniej na świecie”, których się nie doczekaliśmy, jest stratą. Ten prowokacyjny eksperyment myślowy ma uświadomić nam, że odcięcie pępowiny jest możliwe na każdym etapie życia. Wymaga jedynie decyzji, że odpuszczamy. Możemy podjąć ją teraz, gdy siedzimy z mamą przy stole i pijemy herbatę. Czas wyznaczyć granice swojego życia. Odprawić żal. Uwolnić się od poczucia krzywdy. Nigdy nie jest na to za późno.

Urszula Struzikowska-Marynicz: psychoterapeutka, psycholożka, autorka książek. Pracuje między innymi z kobietami, które chcą przyjrzeć się trudnej relacji z matką.

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 05/2026