Rozmowy

Zmarnowałam tyle lat. Jak przestać angażować się w związki bez perspektyw

Zmarnowałam tyle lat. Jak przestać angażować się w związki bez perspektyw
Rachel Weisz, John Slattery w serialu Netflixa "Vladimir"
Fot. materiały prasowe

Czasem relacja przestaje się rozwijać, jesteśmy ze sobą jak para znajomych albo lokatorów. Dlaczego tak się dzieje i jak tego uniknąć? O przechodzone związki pytamy psychoterapeutkę Katarzynę Kucewicz.

PANI: Mam znajomą, która pracowała przez dziewięć lat w Londynie, wróciła i mówi: „Zmarnowałam tyle lat, przechodziłam je z facetem, który mówił, że mnie kocha, a nawet nie odprowadził na lotnisko”.

KATARZYNA KUCEWICZ: Przypuszczam, że w relacji pani koleżanki już wcześniej zdarzały się sytuacje uzmysławiające, że choć byli razem, to tak naprawdę każde żyło osobno. Kiedy z moimi pacjentami próbujemy zdefiniować takie związki, nazywane często nomen omen „przechodzonymi”, to zauważamy dużo zdarzeń prowadzących wprost do pytania: co ja robię z tą osobą, z którą ani się już dobrze nie dogaduję, ani się dobrze nie bawię, ani nie mam bliskości? Jesteśmy jak para znajomych czy para lokatorów. Często słyszę takie słowa w gabinecie. Człowiek się przyzwyczaja i tak się urządza, że nawet nie dostrzega, kiedy lata mijają. A potem się okazuje, że spędził kawał życia w towarzystwie kogoś, kto właściwie jest obcy.

Dlaczego obcy? Nie nawiązała się więź? Przegapiono jakiś moment na decyzję?

Więź była, ale ją utracono. Na początku spędzaliśmy razem czas, ekscytowały nas podobne rzeczy, mieliśmy łączność, a potem... Zna pani taką sytuację, że rozmawiamy z kimś przez telefon, gadamy i nie zauważamy momentu zerwania połączenia? Ktoś się rozłączył. Słyszę od par: „Przeprowadzka, remont, niby zamieszkaliśmy razem, ale tak się jakoś złożyło, że każde z nas śpi w innym pokoju. Tak jest wygodniej, no ale oddaliliśmy się od siebie. Ona awansowała, rzadziej się widujemy, niby jest dobrze, niby jesteśmy razem, ale seksu mało, mało bliskości, nie robimy planów. Coś chyba poszło nie tak”.

A co poszło nie tak? Myślałam, że przechodzony związek to ten, który trwa długo, ale ku niczemu nie zmierza. Kiedyś tym celem mógł być ślub, dzieci, dziś niekoniecznie.

Miałam pacjentki, które mówiły: „Nie chcę być ciągle jego dziewczyną, chcę być żoną. Chcę żebyśmy mieli dziecko, wspólny kredyt, wspólny dom”. W tych związkach jedna osoba chce popychać związek naprzód, a druga stoi i jeszcze się zastanawia. Oczywiście nazwa „związek przechodzony” nie jest pojęciem psychologicznym, lecz umownym, potocznym. Ale przyjmujemy, że to jest taka relacja, która nie porusza się do przodu, czyli nie ma w niej naturalnego progresu bliskości. Więź się zerwała. Para zatrzymuje się na jakimś etapie, który często odpowiada tylko jednej stronie. Pamiętam, że jeden z moich pacjentów powiedział, że czuje się cały czas jak na okresie próbnym w pracy, jak na stażu. Nie wie, czy zostanie zatrudniony, czy druga osoba myśli o nim długoterminowo, czy może go jutro wymieni.

Przypomina mi się piosenka Dawida Podsiadły „Nie ma fal”: „Dziś nie wiem, weź mnie znajdź jutro, dziś nie ma fal”. To o takich związkach?

Nie zmuszaj mnie do decyzji, jeszcze nie wiem, nie ograniczaj mojej wolności, zastanowię się później, może innego dnia poczuję na to chęć. Czasem myślę, że mamy dziś cichą dyktaturę Scarlett O’Hary: „Pomyślę o tym jutro”. Część osób, która stroni od jawnych deklaracji czy decyzji, to są ci, którzy obawiają się, że zmiana statusu związku mogłaby im coś odebrać, czegoś pozbawić. Na przykład poczucia, że sami o sobie stanowią, że układają sobie życie na własnych zasadach, że mogą się wycofać, kiedy zechcą, nie iść na kompromisy.

To nie jest lęk przed dokonaniem wyboru?

Lęk przed zmianą, czasem lęk przed dokonaniem złego wyboru. Deklaracja „jesteśmy w związku” to jest pewna odpowiedzialność. Robienie planów na przyszłość, ślub – tym bardziej. Nie mogę wycofać się rakiem, zniknąć, tak się nie robi w stałym związku. Ale jeśli się nie zdeklarowaliśmy, nie zdefiniowaliśmy do końca naszego bycia razem, to wszystko wolno, bo niczego ci nie obiecywałe(a)m. Tak wiele osób mówi. Nie podpisywałem cyrografu, więc czego ode mnie chcesz? To oczywiście może być bardzo raniące dla drugiej strony, jeśli miała zupełnie inne oczekiwania, jeśli mimo braku jasnych deklaracji traktowała relację serio. Ale słyszę też często od moich pacjentek takie pytanie: „Jak to jest, że ze mną był na etapie randkowania przez pięć lat, rozstaliśmy się, minął rok i on bierze ślub? Ze mną pięć lat było dla niego za krótko, a z inną wystarczyło 12 miesięcy? Co robiłam źle? Dlaczego ze mną bał się zmiany?

I jaka jest odpowiedź?

Skomplikowana. Możemy się przyjrzeć postawom, które często sprawiają, że druga strona nie chce pogłębiać związku. Jedna z możliwości jest taka, że nie jawimy się jako osoba, która rozumie, która jest podporą, nie pojawia się zalążek przyjaźni. Nie ma zainteresowania, rozmowy, wymiany, zwyczajnego lubienia się nawzajem jako ludzie. Kolejną przyczyną jest roszczeniowość, wielkie wymagania, które budzą w drugiej stronie poczucie: nie wiem, czy mnie na to stać, czy dam radę i czy chcę spełniać te wszystkie oczekiwania, szczególnie jeśli towarzyszy im egocentryzm rozumiany jako skupienie na sobie, a partner czuje się niesłuchany. To budzi wątpliwości, przyhamowuje. Jest jeszcze niepewność. Jeśli mamy skłonność do flirtowania, budzenia zazdrości, nie jawimy się jako osoba rodzinna, jako bezpieczna przystań. Partner ma poczucie, że nie może zaufać do końca i przestaje myśleć o relacji perspektywicznie. Z drugiej strony wiemy, że osoby, które najszybciej realizują swoje związkowe cele to ci, których towarzystwo daje poczucie dużego komfortu. Czujemy się z nimi bezpiecznie, nie musimy się nadmiernie starać, nakładać maski, udawać, robić dobrej miny. Możemy zwyczajnie być sobą.

 

Czasem to my jesteśmy tą osobą, która nie chce się angażować.

Która się boi, że ten wybór nas określi na wiele lat. Z mojego doświadczenia jako terapeuty wynika, że ten lęk jest często związany z nieświadomą, bardzo sztywną definicją stałego związku czy małżeństwa, jaką mamy w głowie. Związek to kierat, to kompromisy, już nie można tego, już trzeba tamto. Spotkałam kobiety, które były przekonane, że po ślubie będą musiały ograniczyć kontakty z koleżankami, zrezygnować z samodzielnych wyjazdów – nie dlatego, że takie były żądania partnera, one same tak myślały o stałym związku. Model wbity w głowę utrudnia nam mówienie o swoich potrzebach, przeszkadza w patrzeniu na związek jako na relację dwojga ludzi, którą się samemu formuje, w której się uzgadnia różne możliwości. Wciąż spotykam mężczyzn, którzy z tyłu głowy mają myśl, że będą musieli sami utrzymać całą rodzinę, zarobić na wszystko i boją się, że nie dadzą rady.

Prof. Bernadetta Janusz w książce „Trać i żyj. Co nam dają straty” pisze, że my dzisiaj (szczególnie młodsze pokolenie) usiłujemy żyć tak, żeby nie doznać straty. Nie stracić wolności, tego, co już zdobyliśmy...

…ale też nie stracić związku, który już mamy, choćby to była relacja, w której nie ma bliskości, w której nie ma zaangażowania. Nie chcę przeżywać rozstania, nie chcę łez, nie chcę być ich sprawcą, nie chcę samotności, więc godzę się na bycie w czymś, co mi nie służy. Ja też mam wrażenie, że mamy dziś duży problem ze stratą, ze zrozumieniem, że jest nieunikniona, a nawet pożądana, jeśli chcemy się rozwijać. Może jest tak dlatego, że od kiedy psychologia weszła do mainstreamu, dużo się mówi o szczęściu, a mało o żałobie jako naturalnej części życia. Nie mówi się o stratach publicznie, traktuje trochę jak porażkę; żyjemy w poczuciu, że to coś, czego trzeba unikać. W psychologii jest takie pojęcie „JA przeinwestowane”. Nie mogę być człowiekiem, który postępuje niewłaściwie, który popełnia błędy, który doznaje porażek. Budujemy swoje JA na podstawie tego, jak wypadamy na tle innych, jak nas oceniają. Strata staje się wtedy negatywnym elementem naszej tożsamości, bo powiedzą, że jestem przegrywem. Nie mogę być tą, której nie wyszło.

Jakby można było być człowiekiem, któremu się wszystko udaje?

Właśnie. A prawda jest taka, że dopóki będziemy się oglądać na to, co inni powiedzą, nie odnajdziemy psychicznego dobrostanu. Do niego podąża się, słuchając siebie, idąc za własnymi potrzebami. Czasami warto nie tyle iść na psychoterapię, co po prostu usiąść przy herbacie i pomyśleć: czy to, jak teraz żyję, to jest to, o co mi chodziło 10 lat temu? Czy żyję tak, jak chcę? Jeśli odpowiedź brzmi NIE, to pomyślmy, jakie mogą być pierwsze zmiany. Nie wielkie przemeblowania życia, tylko pierwsze kroki, żeby zmienić aktualny stan. Z kim mogę porozmawiać o tym, jak jestem traktowana w związku? O co zapytać, poprosić, jeśli partner ogania się od nas jak od muchy i jest w naszym związku, a jakby go nie było? Jeśli czujemy się spowalniane, trzymane jak na smyczy? Możemy poradzić się kogoś z zewnątrz, ale to rozmowa z partnerem będzie najważniejsza. Powiedzmy, jak się czujemy, czego potrzebujemy, i wysłuchajmy jego argumentów.

Jest bardzo prawdopodobne, że już je słyszałyśmy i to nie raz.

Ale posłuchajmy raz jeszcze i uświadommy sobie, że musimy podjąć decyzję: zostać czy odejść. W takich sytuacjach proszę moich pacjentów, żeby zrobili tabelkę i napisali w niej: co będzie za trzy lata, jeśli nic nie zmienisz, i co będzie za trzy lata, jeśli coś zmienisz. Wbrew pozorom bardziej niż perspektywa zmian motywuje ich przerażenie, gdy uświadamiają sobie, że za trzy lata będą w tym samym miejscu, będzie tak samo fatalnie albo i gorzej. Mówią: „Już nie chcę marnować ani dnia dłużej”.

 

No a lęk przed stratą? Jak sobie z nim poradzić?

Tak jak z każdym lękiem. Trzeba się z nim spotkać i spojrzeć mu w oczy. Strach to po prostu emocja, przykra, trudna, nie lubimy jej. Jest nieprzyjemnie, ale musimy robić swoje. To nie jest tak, że lęk nas zabije, zniszczy. On jest w naszej głowie, nie jest realnym zagrożeniem. Nic nam się nie stanie. Warto o tym pamiętać i ufać sobie, wspierać samą siebie. Lęk nie będzie ci podskakiwał, nie pozwalaj na to. Ej, nie jesteś dobrze traktowana, zadbaj o siebie, bo tak nie może być. Stań po swojej stronie, nie pozwól, by tak wobec ciebie postępowano. Wstawiaj się za sobą, dziewczyno. Mówmy do siebie wspierające słowa i pamiętajmy, że lęk to przemijająca emocja. Czasami pomaga nam uzmysłowienie, że boimy się swoich wyobrażeń: zostanę sama jak palec, już mnie nikt nie zaprosi na randkę, już nigdy nie będę miała seksu, już mnie nikt nie zachce. Straszymy się same, a lęk karmi się tymi wyobrażeniami, kompletnie wydumanymi, bo prawie wszystkie kobiety, którym towarzyszyłam w takich rozstaniach dość szybko wchodziły w następne związki. I nagle się okazywało, że nie było się czego bać.

Czy związki przechodzone można w ogóle uratować?

Czasem, jeśli utrata więzi nie trwała długo, wynikała z problemów w komunikacji. Wtedy, gdy para usiądzie ze sobą, szczerze pogada – czy możemy wyjść z tego impasu, w którym się znaleźliśmy, czy mamy podobną wizję związku, podobne cele – i usłyszy się wzajemnie, może się im udać. Myślę, że w ogóle w parach powinien być taki trend, zwyczaj, żeby aktualizować to, co o sobie wiemy, żeby rozmawiać o tym, jak zmieniają się nasze potrzeby, co chcielibyśmy zmienić, gdzie i jak chcemy iść dalej. Jak para ogrodników, która się naradza, jak ogarnąć szklarnię. My czasem myślimy, że związek jest jak kwiatuszek w doniczce, a to jest przedsięwzięcie – trzeba planować grządki, ustawiać rośliny do światła, razem usuwać chwasty i te nasady, które zostały zdewastowane przez nasze błędy. To wymaga pracy zespołowej. Chyba że w tej szklarni siedzimy same i podlewamy w kąciku, a partner mówi: „O co ci chodzi, mnie jest dobrze tak, jak jest”. Taki brak otwartości na słuchanie, ucinanie rozmowy zostawi nas w próżni. Bez gotowości dwóch stron to się nie uda.

Katarzyna Kucewicz - psycholożka, psychoterapeutka, prowadzi psychoterapie osób dorosłych i par, podcasterka, autorka tekstów psychologicznych i książek, m.in. „Waga z głowy”, „Kobiety, które czują za bardzo”.

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 04/2026