Kiedyś rozmowy o planowanym rodzicielstwie zwykle zaczynały się od emocji. „Czy jestem gotowa?”, „Czy to już odpowiedni moment?”, „Czy chcę zostać mamą?”. Dziś coraz częściej pojawia się jeszcze inne pytanie, znacznie mniej romantyczne: „Czy mnie na to stać?”. Dla wielu osób możliwość spokojnego wychowywania kilkorga dzieci bez ciągłego stresu finansowego zaczyna być przywilejem.
„Mam trójkę dzieci i od kilku lat praktycznie nie pamiętam, czym jest spokojne planowanie wydatków” – zwierza się 45-letnia Aśka. „Już na początku roku szkolnego nasze oszczędności topnieją w błyskawicznym tempie. Plecaki, buty, książki, zajęcia dodatkowe… Kocham swoje dzieci najbardziej na świecie, ale wychowywanie ich stało się finansowym wyzwaniem”.
Jeszcze do niedawna temat finansów związanych z rodzicielstwem pozostawał niemal tabu. Dziś coraz więcej osób mówi o nim otwarcie – nie z egoizmu czy braku miłości do dzieci, lecz z obawy przed utratą poczucia stabilności i bezpieczeństwa.
Niektórzy przyznają, że decyzja o dziecku (szczególnie kolejnym, drugim lub trzecim) zaczyna się od finansowej kalkulacji. Sumujemy w Excelu raty kredytu, koszt żłobka albo niani, zakupu większego mieszkania, utrzymania dotychczasowego stylu życia. Macierzyństwo coraz częściej przestaje być wyłącznie emocjonalną decyzją, a staje się projektem logistyczno-ekonomicznym.
Obliczono, że w Stanach Zjednoczonych wychowanie jednego dziecka do 18. roku życia kosztuje średnio niemal 300 tysięcy dolarów, a w niektórych stanach sama roczna opieka nad niemowlęciem pochłania około 26 tysięcy dolarów – więcej niż czesne na studiach czy kredyt hipoteczny wielu rodzin. Coraz więcej Amerykanek otwarcie przyznaje więc, że urodzenie dziecka wiązałoby się z utratą poczucia finansowego bezpieczeństwa i koniecznością rezygnacji ze stylu życia, do którego przywykły.
Europa wydaje się pod tym względem bardziej przyjazna. We Francji, Niemczech czy krajach skandynawskich państwo mocniej uczestniczy w kosztach wychowania dzieci – dopłaca do żłobków, oferuje dłuższe urlopy rodzicielskie i bardziej dostępny system opieki. Dzięki temu rodzicielstwo rzadziej oznacza finansową rewolucję. Ale nawet tam presja „dobrego rodzicielstwa” stale rośnie. Dzieci mają otrzymać najlepszy możliwy start.
A jak sytuacja wygląda w Polsce? Według danych Centrum im. Adama Smitha wychowanie dziecka do 18. roku życia kosztuje dziś około 358 tys. zł (1650 zł miesięcznie). Dwójki – niemal 600 tys. zł. W dużych miastach prywatny żłobek potrafi kosztować od 1500 do nawet 2500 zł miesięcznie. Do tego dochodzą kredyty, codzienne wydatki, edukacja, opieka zdrowotna i... coraz większe oczekiwania wobec rodziców. Z jednej strony istnieją programy wsparcia rodzin i dopłaty do opieki nad dziećmi. Z drugiej - rosnące koszty codziennego życia sprawiają, że wiele kobiet odkłada decyzję o dziecku.
W mediach społecznościowych rodzicielstwo wygląda jak perfekcyjnie wyreżyserowany reklamowy film. Uśmiechnięte dzieci w markowych ubrankach uczestniczące w zajęciach sensorycznych już od pierwszych miesięcy życia. Designerskie akcesoria, pokoje dziecięce wyglądające jak z katalogu, rodzinne wakacje w luksusowych hotelach. I szczęśliwe mamy, które między pilatesem a matchą z przyjaciółkami bez problemu godzą obowiązki z przyjemnościami.
Problem w tym, że za tym estetycznym obrazkiem stoi ogromna presja. Nie tylko finansowa, ale też psychiczna. Współczesny rodzic ma być obecny, emocjonalnie dostępny, spełniony zawodowo i zabezpieczony finansowo. Po to, żeby zapewnić dziecku jak najlepszy start: dobre przedszkole, rozwijające zajęcia, zdrową żywność, podróże i czas wysokiej jakości. W teorii to wybory. W praktyce – coraz częściej społeczne oczekiwania.
„Prywatne lekcje z angielskiego, korepetycje z matematyki, dodatkowe treningi - wszystko kosztuje setki złotych miesięcznie. Chcę dać dzieciom dobry start i możliwości, których sama nie miałam, ale czasem czuję, że pracuję tylko po to, żeby opłacać kolejne zajęcia” – opowiada 40 letnia Agnieszka.
Być może to, jak je definiujemy, jest największą zmianą – a przy tym źródłem wysokich kosztów. Większość osób z naszego pokolenia dorastało w znacznie prostszych warunkach. Dzieci dzieliły pokoje z rodzeństwem, chodziły do publicznych szkół i spędzały popołudnia na podwórku albo u dziadków. A mimo to wiele osób wspomina swoje dzieciństwo jako szczęśliwe.
Dziś jednak aspirujemy do bycia perfekcyjnymi rodzicami. A jeśli nie jesteśmy w stanie zapewnić dziecku wszystkiego – od emocjonalnej uważności po finansowy komfort – bardzo łatwo pojawia się poczucie winy. Psychologowie od lat podkreślają jednak, że dzieci najbardziej potrzebują nie perfekcji, ale stabilności, uwagi i poczucia bezpieczeństwa. Nie idealnego dzieciństwa z Instagrama, ale rodziców, którzy nie żyją w permanentnym lęku. I być może właśnie to staje się dziś największym luksusem.