artykuł sponsorowany

Pacjentki nie chcą już wyglądać młodziej. Chcą wyglądać dobrze, zdrowo i… jak one same

Pacjentki nie chcą już wyglądać młodziej. Chcą wyglądać dobrze, zdrowo i… jak one same
Fot. Materiały prasowe

Jeszcze kilka lat temu medycyna estetyczna była dla wielu synonimem spektakularnych metamorfoz. Dziś coraz częściej staje się elementem świadomego stylu życia – podobnie jak trening, zdrowa dieta czy dobra psychoterapia. Pacjentki są bardziej wymagające, ale też bardziej świadome. O tym, jak zmienia się rynek i czego dziś naprawdę oczekują kobiety, rozmawiamy z dr Ewą Rybicką.

– Mam wrażenie, że dziś największym luksusem staje się naturalność.

– I właśnie to jest jedna z największych zmian, jakie obserwuję w całej swojej karierze. Jeszcze 10 lat temu pacjentki często przychodziły z konkretnym zdjęciem – idolki, celebrytki, kogoś z okładki – i oczekiwaniem mocnej metamorfozy. Dziś coraz częściej słyszę: „Chcę wyglądać świeżo”, „Chcę wyglądać dobrze na co dzień, nie tylko po zabiegu”.

To ogromna zmiana mentalna. Kobiety nie chcą już efektu „zrobionej twarzy”. Chcą wyglądać zdrowo, harmonijnie i wiarygodnie. Dla mnie, jako lekarki, która od początku budowała markę wokół hasła „zdrowe spojrzenie na piękno”, jest to potwierdzenie słuszności tej drogi.

– Czyli estetyka „quiet luxury” weszła także do medycyny estetycznej?

– Zdecydowanie. I bardzo się z tego cieszę. Dzisiaj najbardziej luksusowy efekt to taki, którego… nie widać. Chodzi o to, żeby ktoś powiedział: „Świetnie wyglądasz, wypoczęta, promiena”, a nie: „Widzę, że coś zrobiłaś z twarzą”. To jest dla mnie definicja sukcesu terapeutycznego.

Ta filozofia jest zgodna z tym, co w Estetica Nova robimy od początku. Primum non nocere – po pierwsze nie szkodzić. Nigdy nie byłam zwolenniczką efektów na pokaz. Piękno ma być autentyczne, a zabieg ma je wydobywać, nie zastępować.

– Jak zmieniła się sama pacjentka, która trafia dziś do kliniki medycyny estetycznej?

– Jest znacznie bardziej świadoma niż jeszcze pięć lat temu. Przychodzi po researchu – poczytała, obejrzała, zapytała koleżanki. Zna pojęcia takie jak stymulatory tkankowe, biorewitalizacja czy radiofrekwencja. Pyta o czas rekonwalescencji, możliwe efekty uboczne i alternatywy. To jest dla mnie, jako lekarki, idealna sytuacja – mam partnera w rozmowie, nie tylko biernego odbiorcę.

Jednocześnie ta świadomość bywa pułapką. Internet daje dostęp do wiedzy, ale też do niebezpiecznych półprawd. Dlatego tak ważna jest rola lekarza jako edukatora – żeby nie tylko wykonywać zabieg, ale tłumaczyć, doradzać i czasem hamować nadmierne oczekiwania.

– Czy w związku z tym zmienił się też zakres zabiegów, po które sięgają pacjentki?

– Tak, i to wyraźnie. Obserwuję ogromny wzrost zainteresowania zabiegami stymulującymi – takimi, które uruchamiają naturalne procesy regeneracyjne skóry. Stymulatory tkankowe, biorewitalizacja oraz terapie laserowe z krótkim czasem wyłączenia z codziennego życia to dziś centrum mojej pracy.

Klasyczne wypełniacze oczywiście pozostają ważnym narzędziem, ale podejście do ich stosowania całkowicie się zmieniło. Dawniej mówiliśmy o zwiększaniu objętości. Dziś mówimy o odbudowaniu struktury twarzy, korekcji wolumetrii i przywróceniu proporcji. To precyzyjna, subtelna praca – bardziej rzeźbiarska niż malarska.

Jednym z moich ulubionych narzędzi do tego celu są wypełniacze na bazie hydroksyapatytu wapnia. Dają piękny efekt wykonturowanej, naturalnej twarzy, są bezpieczne, sprawdzone i działają u mężczyzn równie dobrze jak u kobiet.

– Coraz więcej mówi się o holistycznym podejściu do urody. Czy pani pacjentki myślą już o medycynie estetycznej jako elemencie stylu życia?

– Takie podejście daje zupełnie inne, znacznie lepsze efekty. Jeśli skórę utrzymujemy w dobrej kondycji na bieżąco – nawilżamy, stymulujemy i chronimy – mamy do dyspozycji znacznie subtelniejsze i bezpieczniejsze zabiegi. Nie musimy „nadrabiać” zaległości agresywnymi metodami.

– Ostatnio coraz głośniej mówi się o medycynie długowieczności – longevity. Czy to trend, który wchodzi także do gabinetu medycyny estetycznej?

– Zdecydowanie. I uważam, że to jedna z najważniejszych zmian paradygmatu, jaką obserwuję od lat. Longevity to nie jest temat prasy branżowej – to zmiana sposobu myślenia o ciele i skórze. Pacjentki coraz częściej przychodzą nie z pytaniem „Co poprawić?”, ale „Jak zadbać, żeby skóra długo pozostała w dobrej kondycji?”. To właśnie podejście longevity.

W praktyce oznacza to przesunięcie akcentu z korekcji na prewencję. Zamiast reagować na zmiany, które już się pojawiły, zaczynamy działać wcześniej – stymulować produkcję kolagenu, wspierać bariery ochronne skóry i pracować nad jej jakością, a nie tylko wyglądem. Łączę to z rozmową o nawykach – suplementacji, jakości snu i zarządzaniu stresem. Bo skóra jest barometrem całego organizmu i żaden zabieg nie zastąpi dobrze wykorzystanego czasu na regenerację.

– Mężczyźni w gabinecie medycyny estetycznej – nadal temat tabu czy już normalna praktyka?

Normalna praktyka, choć nadal ze specyficznym bagażem. Mężczyźni coraz śmielej wchodzą do świata medycyny estetycznej, ale przychodzą po swoje. Interesuje ich regeneracja, poprawa kondycji skóry czy korekcja konkretnych problemów, takich jak blizny potrądzikowe, nadpotliwość lub nadmierne napięcie mięśni mimicznych.

Co ciekawe, mężczyźni są bardziej podatni na argumenty technologiczne. Łatwiej przekonać ich do terapii laserowych niż do iniekcji, ponieważ technologia kojarzy się z precyzją i skutecznością. Iniekcja nadal bywa barierą psychologiczną. Tymczasem zabiegi biorewitalizacyjne, które nadają skórze nawilżenie i blask, dają u mężczyzn naprawdę znakomite efekty.

– Jakie zabiegi pani ceni najbardziej i co poleca pacjentkom stawiającym pierwsze kroki?

Osobom rozpoczynającym przygodę z medycyną estetyczną zawsze polecam zacząć od biorewitalizacji. Mezoterapia kwasem hialuronowym z kompleksem aminokwasów i antyoksydantów to dla mnie „wisienka na torcie” – zabieg, który daje natychmiastowy efekt zdrowej, świetlistej skóry, jest bezpieczny i bardzo dobrze tolerowany.

Pacjentkom z bardziej zaawansowanymi potrzebami, takimi jak opadanie tkanek czy utrata konturów twarzy, polecam nici liftingujące. Wiele osób kojarzy je z czymś agresywnym, a tymczasem jest to jedna z bezpieczniejszych procedur dla tkanek.

I oczywiście infuzja tlenowa – mój ulubiony zabieg bankietowy. Skóra po nim jest nawilżona, promienna, a makijaż utrzymuje się na niej znakomicie. To idealny zabieg przed ważnym wyjściem.

– Na koniec – co pani zdaniem będzie najważniejszym trendem w najbliższych latach?

Personalizacja. To słowo, które słyszę wszędzie, ale w medycynie estetycznej nabiera ono naprawdę głębokiego sensu. Nie ma jednego protokołu dla wszystkich. Skóra czterdziestolatki, która przez lata intensywnie korzystała ze słońca, wymaga zupełnie innego podejścia niż skóra kobiety w tym samym wieku, która od zawsze dbała o ochronę przeciwsłoneczną.

Dlatego coraz bardziej odchodzę od myślenia o „modnych zabiegach” na rzecz myślenia o indywidualnej mapie potrzeb pacjentki. Zanim zaproponuję konkretną terapię, staram się zrozumieć całość – styl życia, poziom stresu, jakość snu i dietę. Bo skóra jest barometrem całego organizmu. I żaden zabieg nie zastąpi dobrego snu ani uzupełnienia niedoboru magnezu.

1
Dr Ewa Rybicka jest lekarzem medycyny estetycznej oraz założycielką i właścicielką kliniki Estetica Nova w Warszawie. Jest wykładowcą i uczestniczką kongresów medycyny estetycznej w Polsce i za granicą. Specjalizuje się w naturalnych metodach odmładzania, stymulatorach tkankowych oraz zaawansowanych technologiach laserowych. Jest autorką filozofii „zdrowe spojrzenie na piękno”.
fot. materiały prasowe