Metropolitan i Carnegie Hall, La Scala i Opera Wiedeńska, Gran Teatre del Liceu w Barcelonie i Teatro Real w Madrycie. To lista wielkich scen, na których śpiewa Tomasz Konieczny, światowej sławy bas-baryton. Krytycy uznają go za jednego z najlepszych wykonawców partii wagnerowskich. I za fenomen artystyczny, bo zanim zdał do szkoły muzycznej, ukończył aktorstwo. Przed karierą śpiewaka grał u Andrzeja Wajdy i reżyserował w teatrze. Barwna postać? Mało powiedziane!
Artystyczny fenomen! Śpiewał w 21 różnych realizacjach Walkirii na scenach całego świata i za każdym razem jego Wotan (postać germańskiego boga, uznawana za jedną z najtrudniejszych ról operowych – red.) był inny. Krytycy piszą o wokalnych, ale też aktorskich umiejętnościach Tomasza Koniecznego. Jego charyzmie scenicznej i monumentalnym głosie. Do zawodu trafił w nietypowy sposób, ale dziś opera to jego niepodzielna pasja. Koncertując, spędza w podróżach 300 dni w roku. Jakby tego było mało, wymyślił Baltic Opera Festival, który od czterech lat organizuje w Gdańsku i Sopocie, „żeby przez kilka dni na polskim Wybrzeżu biło serce operowego świata”. Kolorowy ptak, pasjonat, mistrz. Trudno uwierzyć, że kiedyś… wstydził się swojego głosu.
Twój STYL: Czym dla pana jest głos?
Tomasz Konieczny: Siergiej Wołkoński uważał, że głos jest wyrazicielem ducha. Uwalniając go, człowiek jest w stanie przekazać niewypowiedziane – duszę, emocje, prawdziwe „ja”. Podzielam ten pogląd. Ludzki głos potrafi wzruszyć, ale niesie też bogactwo informacji. Może być zamszowy, jedwabny, miękki, twardy. Zawód śpiewaka operowego uważam za błogosławiony właśnie dlatego, że pozwala tak wiele dowiedzieć się o drugim człowieku – jego charakterze, uczuciach, tęsknotach i ambicjach. Nie ma drugiego gatunku sztuki, który na scenie tak obnażałby człowieka...
Krytycy muzyczni piszą o panu „światowej sławy bas-baryton”. A podobno w młodości wstydził się pan swojego głosu.
Doprecyzuję. Wstydziłem się jego wolumenu, który był i jest ogromny. Sprawiał, że byłem głośniejszy od innych. Taki głos trudno kontrolować. Gdy w akademii muzycznej śpiewałem z kolegami utwory Mozarta, mój głos niósł się najmocniej. Wtedy słyszałem: „Ciszej, ciszej!”. Dziś wiem, że to był błąd. Gdy na siłę próbujemy okiełznać konia wyścigowego z temperamentem, staje się narowisty.
Dlaczego jako pierwszy zawód wybrał pan aktorstwo?
Jako nastolatek chciałem zostać reżyserem teatralnym. Byłem jednak za młody, by przyjęto mnie na te studia. Postawiłem więc na aktorstwo w szkole filmowej w rodzinnej Łodzi. A że jestem pracusiem, gdy coś zaczynam, staram się to robić konsekwentnie. O dziwo szczupły, ładny chłopak z diastemą (widoczna przerwa miedzy przednimi zębami – red.), której też się wstydziłem, wzbudził zainteresowanie reżyserów. Na drugim roku przyszła propozycja od Andrzeja Wajdy – dostałem rolę w Pierścionku z orłem w koronie. Potem zainteresowała się mną Krystyna Janda i inni reżyserzy.
Grał pan w filmach, były też seriale.
Ale gdzieś z tyłu głowy tliła się myśl o śpiewaniu. Postanowiłem, że spróbuję sił i podejdę do egzaminów w akademii muzycznej. Dostałem się za pierwszym razem. Studiowałem śpiew, pracując jako aktor. To nie była droga usłana różami, na akademii podejście pedagogiczne do fenomenu mojego głosu było konserwatywne, co nie ułatwiało mi życia.
Ambitnie szukał pan swojej drogi. W 1996 roku w Teatrze Adekwatnym w Warszawie wyreżyserował pan Cyda Cor- neille’a, a rok później debiutował pan na scenie operowej, i to od razu w tytułowej roli w Weselu Figara Mozarta w Teatrze Wielkim w Poznaniu.
Podjąłem decyzję, że wyjadę na stypendium do Drezna na studia wokalne. Sześć miesięcy, podczas których… chciałem przekonać siebie, że jednak śpiewakiem operowym chyba nie będę. I tu zaskoczenie. Trzy miesiące później otrzymałem propozycję zaśpiewania ogromnej partii Kecala w Sprzedanej narzeczonej Bedřicha Smetany w Operze Lipskiej. Miałem 25 lat. Gdy dziś o tym myślę, łapię się za głowę, bo to jedna z większych partii operowych, jakie napisano. Spektakularny początek dał mi prawo myśleć, że może jednak jest dla mnie miejsce w tym zawodzie.
To była szybka droga na szczyt. Aktorstwo w tym pomogło?
Bardzo. Pamiętam, jak przyjechałem na próby Figara do Poznania. To był skok na głęboką wodę z nieświadomością tego, co robię. Znałem wszystkie arie, ale nie recytatywy, czyli długie partie melorecytacji. Jako aktor uczyłem się takich rzeczy na bieżąco i naiwnie myślałem, że tu też szybko pójdzie. Zaliczyłem zimny prysznic. Okazało się, że w operze to tak nie działa. W ekstremalnych warunkach nauczyłem się, czym jest dyscyplina i profesjonalizm. Były też inne kwestie – w filmówce uczono mnie subtelnych narzędzi aktorskich: spojrzenie, mimika. W operze, gdzie występujemy czasem nawet dla pięciu tysięcy osób, nikt by tych niuansów nie dostrzegł! Przez pierwsze lata musiałem wypracować nową paletę środków wyrazu. Teraz nie wyobrażam sobie życia bez sceny operowej, szerokiego gestu, wyrazistości, „teatralności”. Aktorstwo operowe ma dla mnie więcej walorów niż filmowe czy sceniczne. Przez ten rozmach jesteśmy w stanie dogłębniej wzruszyć widza.
Aby coś wybitnie zagrać i zaśpiewać, trzeba to najpierw poczuć. Co wyjątkowego znalazł pan dla siebie w dramatach Wagnera?
Wagner był „zwierzęciem teatralnym”. Gdyby go zapytać, odpowiedziałby, że muzyka służy tylko i wyłącznie wyrażeniu idei dramaturgicznych. Dla mnie to jeden z największych humanistów w historii sztuki, który precyzyjnie opisywał ludzką naturę. Fascynuje mnie logika emocjonalna jego dramatów. U niego liczy się słowo. Bohaterowie dużo ze sobą rozmawiają – nie ma tak zwanej arii popisowej, czyli numeru, gdzie śpiewak stoi i śpiewa, a potem otrzymuje brawa. U Wagnera jest wymiana myśli, dialog. Mimo że pisał o mitologii i posługiwał się alegoriami, postaci w Pierścieniu Nibelunga, Walkirii, Parsifalu są z krwi i kości. To ludzkie archetypy, w których możemy się odnaleźć po 150 latach.
Wagnera zajmował ludzki los, konflikt wolnej woli z fatum. O swojej karierze powiedziałby pan: przypadek czy przeznaczenie?
Nie wierzę w przypadki. Uważam, że mamy wolną wolę. Możemy o sobie decydować i kreować własną rzeczywistość. Myślenie: co by było, gdyby… jest mi obce. Nie planowałem zostać śpiewakiem operowym, a nim jestem, i to jednym z bardziej uznanych. Czasami koledzy mówią: „Ten to miał farta! W odpowiednim momencie znalazł się we właściwym miejscu!”. Może tak. Ja wierzę, że los jest wypadkową naszych decyzji, nawet najmniejszych. Wyjechałem do Niemiec, mając na koncie role w kilku filmach i spektaklach, ale i ze świadomością, że nie znam słowa po niemiecku, więc nikt mnie tam nie zatrudni. Chciałem podszkolić się wokalnie. Nie planowałem, że będzie to początek międzynarodowej kariery. Ale nie byłem też bezwolnym liściem na wietrze. Podjąłem konkretne decyzje i nie żałuję żadnej.
Barcelona, Berlin, Madryt, Paryż, Wiedeń, Nowy Jork, Monachium – to dziś mapa pana życia. Różne języki, miasta, kontynenty. Gdzie czuje się pan najlepiej?
Był czas, gdy najbezpieczniej czułem się w Wiedniu. To moja artystyczna ojczyzna. Ioan Holender, wieloletni dyrektor Opery Wiedeńskiej, zaryzykował dużo, angażując mnie – nieznanego wówczas artystę – do Pierścienia Nibelunga. Z dyrygentem Franzem Welserem-Möstem zrobili to po jednym przesłuchaniu i próbie roboczej. Dyrektor Holender wypowiedział wówczas pamiętne słowa: „The star was born” (narodziła się gwiazda). Żartowałem z tego, ale… był to kamień milowy w mojej karierze. Z czasem pojawiły się nowe miejsca. W tym roku dwa miesiące spędziłem w Barcelonie, kolejne dwa w Nowym Jorku. Dla śpiewaka operowego Metropolitan Opera to jedno z najlepszych miejsc na świecie. Wielkim odkryciem był dla mnie Gran Teatre del Liceu w Barcelonie, gdzie występowałem pierwszy raz. Dla mnie przebija Teatro Real w Madrycie, gdzie występowałem wielokrotnie.
Ma pan czas, by w tych miastach beztrosko włóczyć się po uliczkach, zaułkach, parkach, oglądać zabytki?
Oczywiście! Jestem fanem chodzenia. Często robię po dziesięć kilometrów dziennie. Są też miasta, w których uwielbiam jeździć na rowerze, jak Wiedeń czy Paryż. W Nowym Jorku podczas ostatniego pobytu przeszedłem Brooklyn Bridge chyba z osiem razy, słuchając muzyki, audiobooków albo rozmawiając przez telefon. Uwielbiam też muzea. MoMA w Nowym Jorku to mój punkt obowiązkowy. Jako wielbiciel Picassa zaglądam często do jego muzeum w Barcelonie i Paryżu. Malarstwo i rzeźba są dla mnie inspiracją w pracy scenicznej.
A gdzie jest pana dom?
Z rodziną mieszkamy w Ratingen pod Düsseldorfem. Nadal mam malutkie mieszkanie w Wiedniu, do którego chętnie wracam. Jako artysta wędruję z miejsca na miejsce, z teatru do teatru. Nie przepadam za hotelami, więc szukam mieszkań do wynajęcia. Uwielbiam gotować. Dla siebie, rodziny, gości, więc wożę ze sobą przyrządy kuchenne, w tym ulubione noże. Zabieram też w podróże po świecie rower. Jestem typem człowieka, którego wciąż nosi. Nie wyobrażam sobie pracy w jednym miejscu. Odkąd zostałem freelancerem, żyję w drodze. A w lipcu wybieram się do Sopotu i już zapraszam wszystkich na przedstawienia!
Przed nami czwarta odsłona Baltic Opera Festival. Wystąpi pan z nową wagnerowską premierą. Dlaczego człowiek, w którego kalendarzu nie ma wolnych dni, wymyślił i zorganizował takie wydarzenie?
Pomysł narodził się w pandemii, gdy nawet ci z kolegów, którzy początkowo deklarowali, że wreszcie odpoczną, popadali w depresję. Z dnia na dzień odwołano wszystkie wydarzenia. Ludzie zostali bez środków do życia. Wtedy w mojej głowie narodziła się myśl, by znaleźć obiekt pod gołym niebem, który byłby odpowiedni do wystawiania oper. Przypomniałem sobie o cudownej Operze Leśnej w Sopocie i zacząłem działać. Sekundują mi wspaniali ludzie, choć cały czas towarzyszy mi poczucie donkiszoterii. Liczy się jednak, że mogę zaprosić wszystkich na czwartą odsłonę Baltic Opera Festival do Gdańska i Sopotu (2–7 lipca). W tym roku osią festiwalu będzie Walkiria Ryszarda Wagnera, arcydzieło prezentowane w 150. rocznicę scenicznej premiery Pierścienia Nibelunga. Zapraszam też na polską prapremierę sceniczną Polskiego wesela Józefa Beera, produkcji przygotowywanej przez Operę Wrocławską. Motto tegorocznej edycji to „Mity, gusła i zabobony. Opowieści, które budują wspólnotę”. Zapowiada się wielkie wydarzenie!