Projektant mody. Z igłą i nitką zapoznał się jako nastolatek i rzadko się z nimi rozstaje. Nawet w pociągu robi na drutach, przyszywa aksamitki. Przez lata szył suknie i garnitury, ubierały się u niego gwiazdy. Ostatnio zafascynował się filmem. „Projektowanie kostiumów to znacznie więcej niż krawiectwo, to lekcja historii. Godziny spędzone w bibliotekach, muzeach i na pchlich targach” – mówi Tomasz Ossoliński. Bycie twórczym czasem go męczy, ale nigdy nie nudzi. Jaką rolę piękno gra w jego życiu? Czym karmi kreatywność?
Twój STYL: Wielu artystów uważa, że do tworzenia wystarcza dyscyplina, bo twórczość to rzemiosło. Inni, że niezbędne jest eksperymentowanie. Czym dla ciebie jest inspiracja?
Tomasz Ossoliński: Całe życie zawodowe miałem alergię na dwa pytania: „Co jest modne w danym sezonie? Co zainspirowało cię do stworzenia kolekcji?”. Ale idąc Plantami na nasze spotkanie, zastanawiałem się, czym dzisiaj jest dla mnie inspiracja. Kiedy tworzysz, instynktownie szukasz impulsu, podniety, olśnienia… Dla mnie ostatnio stał się tym film. Od kilku lat, oprócz projektowania i indywidualnego krawiectwa, współpracuję z Kasią Lewińską, wybitną projektantką kostiumów. Moim pierwszym projektem zleconym przez Kasię była sukienka dla Mai Ostaszewskiej do Teściów. Ależ byłem podjarany, że Majka gra w sukience, którą uszyłem! Gdy zobaczyłem swoje nazwisko w napisach końcowych, poczułem satysfakcję. Film odniósł sukces. Z kolei na potrzeby Silent Twins Agnieszki Smoczyńskiej uszyłem replikę sukni ślubnej księżnej Diany. Też fajna przygoda. A wracając do pytania o...
…inspirację.
I pozostając przy filmie, który stał się moją pasją, to prócz szukania bodźców w malarstwie, fotografiach, rzeźbach, najcenniejszą inspiracją jest dla mnie rozmowa, dialog. Pamiętam, jak polecieliśmy z Kasią Lewińską do Nowego Jorku na przymiarkę kostiumów w domu Diane Kruger. Przymiarka zeszła na drugi plan. Za to przez cztery dni przemierzaliśmy na piechotę Nowy Jork: od Wall Street po Central Park. Żartowaliśmy, że mnie boli lewe biodro, a Kasię prawe, bo codziennie robiliśmy po 30 tysięcy kroków i… cały czas rozmawialiśmy.
Motyw drogi i rozmowy jest częstą metaforą w sztuce.
Kasia studiowała projektowanie kostiumów scenicznych w amerykańskim Northwestern University. Opowiadała mi, czego uczyli ją profesorowie. Projektant mody i projektant kostiumów to dwa odrębne światy. Kostium jest nazywany „niemym aktorem” – pomaga opowiadać historię, informuje widza o wieku, statusie społecznym, zawodzie, epoce, a nawet cechach osobowości bohatera. Zmiany stroju mogą odzwierciedlać ewolucję postaci, jej upadek lub przemianę. Tekstury materiałów, fasony, a przede wszystkim kolory potrafią wywołać silne emocje.
Co było dla ciebie pierwszym wyzwaniem?
Serial 1670. Kasia oświadczyła: „Tomek, robimy XVII wiek!”, i na półtora miesiąca zamknąłem się w bibliotekach. Chodziłem na Wawel pooddychać tamtą epoką. Na zamku jest wszystko, trzeba tylko umieć patrzeć. Malarstwo historyczne w okresie baroku odgrywało podobną rolę jak fotografia. W telefonie stworzyłem zakładkę „Pinterest 1670” ze wszystkimi detalami. W Victoria and Albert Museum w Londynie kupiłem książkę z prześwietlonymi rentgenem gorsetami z tej dekady XVII wieku. W pracowni wspólnie z zespołem rozkminialiśmy, jak je uszyć, by trzymały formę. Żeby spódnica dobrze „stała” na ciele aktorki, trzeba ją ręcznie połączyć z gorsetem za pomocą tych samych technik, którymi posługiwano się kilka wieków temu. Gdy pierwszy raz ubieraliśmy Kasię Herman w prototyp takiego gorsetu, myślałem, że mnie zdzieli w ucho. Ledwo mogła się w nim poruszać i oddychać. Kasi Lewińskiej zamarzyło się też, by serialowa Zofia miała duży biały kołnierz. Zgłosiłem się do specjalistek koronczarstwa w Bobowej, które techniką rzemieślniczą, sprowadzoną do Polski przez królową Bonę, czyli koronką klockową, wykonały imponujący kołnierz Zofii. Wykrochmaliliśmy go tradycyjnie w mące ziemniaczanej zmieszanej z wodą. Dziś koronka klockowa przeżywa renesans. Bawi się nią Zosia Chylak i inni projektanci. Ale pierwszy raz pojawiła się w serialu 1670. I takie historie najbardziej mnie kręcą!
Twórcza wymiana inspiruje.
Wierzę w to. Po szkole wylądowałem w Bytomiu, w pracowni krawieckiej, która zatrudniała 60 osób w wieku moich rodziców i dziadków. To oni nauczyli mnie fachu. Miałem do dyspozycji wspaniałych rzemieślników, artystów, moich mistrzów. Świat, który już nie istnieje. Tym bardziej się cieszę, że po 30 latach historia zatoczyła koło – wchodząc w nowe rewiry, czyli film, znów trafiłem na osobę, która została moim mentorem. W drugim sezonie 1670 Kasia zaprojektowała dla bogobojnej Zofii tkaninę w chmury. Kiedy ją zobaczyłem, pomyślałem: „Matko jedyna, co ona wymyśliła!”, jednak na ekranie ten wzór sprawdził się świetnie. Podziwiam Kasię za te śmiałe wybory.
Pracujesz teraz przy filmie, który jest jeszcze większym twórczym wyzwaniem.
Nie mogę zdradzić tytułu, ale powiem, że od maja siedzimy w modzie XIX wieku. To jeden z najtrudniejszych okresów w kostiumie, musi się zgadzać każdy detal: kokardka, falbanka, pliska, dobór tkaniny. Coś ci pokażę (Tomasz wyciąga z torby stary koronkowy kołnierzyk). Kupiłem go dziś rano na Kazimierzu. Jest oryginalny. W tym filmie wszystko jest ręcznie wykańczane. W balowej sukni każda rzecz jest przemyślana: guziczki, sprzączki, klamerki, aksamitki, pliski, kokardki. Przez kilka miesięcy przychodziłem do pracowni o szóstej rano, wychodziłem po dwudziestej drugiej. Pracowaliśmy na dwie zmiany. W czasie wakacji raz wyrwałem się do sklepu z zabawkami, żeby dziecku w rodzinie kupić prezent. Gdy sprzedawczyni wiązała na pudełku wstążkę w kokardkę, aż się wzdrygnąłem. Miałem ich… po kokardę.
„To, co powstrzymuje ludzi od kreatywności, to nie jakość ich pomysłów, ale brak wiary w siebie” – przeczytałam w eseju o sztuce. Zgadzasz się?
Ludzie boją się odpowiedzialności za to, co robią. Zwłaszcza młodzi. Dla mnie praca przy każdym projekcie to ściganie się z samym sobą. Świadomość, że w filmie wszystko zostaje na zawsze i każdy może zobaczyć twoje dzieło, sprawia, że lęk mnie nie opuszcza. Moje krawcowe znalazły dziewiętnastowieczną książkę autorstwa Ksawerego Głodzińskiego objaśniającą zasady kroju z tej konkretnej dekady XIX wieku, którą odtwarzamy w filmie. To była nasza biblia przy projektowaniu kostiumów. Praca z Kasią przy serialu 1670 wydawała mi się wyzwaniem. Myliłem się. W nowym filmie w trzy miesiące wypuściliśmy 450 kostiumów! To dopiero szkoła twórczego przetrwania.
„Zacznij od tego, co znasz, a potem wymyśl to na nowo” – to twoja historia. Jak budowałeś swoją wiarę w siebie? Poczucie własnej wartości jako twórca?
Wojciech Młynarski śpiewał Róbmy swoje. Ja robiłem. Trochę siedziałem w kącie, ale miałem szczęście, że dostrzeżono to, co tworzę. Żartuję, że gdy byłem młody, biedny i początkujący, wymyśliłem gorsety, bo nie wymagały dużych nakładów finansowych. I te gorsety rykoszetem do mnie wróciły w postaci kostiumów filmowych z XVII i XIX wieku. Przypomniałem sobie, że przecież ja to umiem! W procesie twórczym warto iść za pierwszą myślą. Gdy coś wpadnie mi do głowy i czuję dreszcz, to nawet jeśli zaczynam mieć wątpliwości, nie odpuszczam. Nauczyłem się trzymać tej pierwszej emocji. Iść za instynktem. Wśród inspiracji ważna była też dla mnie muzyka. 30 lat temu zobaczyłam Skazę Louisa Malle’a z muzyką Zbigniewa Preisnera. 20 lat temu Godziny z kompozycjami Philipa Glassa. Ta muzyka ciągnie się za mną do dzisiaj. Przy niej powstawały moje kolekcje. Prostota dźwięku mnie uskrzydla. Ale z wiekiem człowiek uczy się czerpać z różnych źródeł.
Rozmawiamy w kawiarni w Bunkrze Sztuki przy Plantach. Kraków jest ważny na twojej zawodowej mapie.
Tu odpoczywam. Gdy w Paryżu wjeżdżam z lotniska do miasta, na widok mansardowych dachów uśmiecham się do siebie. Kocham tę architekturę. Kiedy wysiadam na dworcu w Krakowie, mijam Teatr Słowackiego i wchodzę w uliczki Starego Miasta, od razu się uspokajam. To miasto działa na mnie jak balsam. Im jestem starszy, tym mniej lubię dalekie podróże. Wkurza mnie, że jestem uwięziony w samolocie na sześć godzin. Dwie i pół godziny w pociągu z Warszawy do Krakowa to wszystko, co jestem w stanie wytrzymać. Wtedy robię na drutach albo zasypiam, gdy jestem zmęczony. Ostatnio przyszywałem aksamitki do kostiumu filmowego. Ale zawsze tęsknię za swoim domem w Warszawie.
Jak wygląda? Pytam, bo go nie pokazujesz. „Pokaż mi swój dom, a powiem ci, kim jesteś” – tak mówią.
To moja strefa prywatna. Parter starej willi, za oknem zieleń. Dom zmienia się wraz ze mną. Lubię otaczać się pięknem. Ono mnie wycisza. Jedyną rzeczą, którą kolekcjonuję, są albumy fotograficzne. Leżą wszędzie: w kuchni, pokoju, przy łóżku. Najważniejszy? An Autobiography Richarda Avedona z 1993 r. z autografem mistrza. Zawsze mam go pod ręką. Lubię go otwierać i patrzeć na zdjęcia. 280 fotografii tworzy „kinematograficzną” opowieść o jego życiu. Potrafił genialnie pokazać człowieka. Amerykańską arystokrację i świat haute couture zderzył ze zdjęciami z katakumb w Neapolu. Życie i śmierć. Próżność i przemijanie. Te kontrasty kryją uniwersalne piękno.
Książka, która jest dla ciebie źródłem natchnienia?
Będziesz się ze mnie śmiała... Kupiłem ją wiele lat temu, przeczytałem cztery razy: Greta Garbo. Moja miłość Ellen Mattson. Obok muzyki moim natchnieniem są filmy. Biografia zaczyna się od sceny, w której król Szwecji Gustaw V i królowa Wiktoria odwiedzają w szpitalu królową kina. Garbo była najwybitniejsza. I Bette Davis. Dzisiaj mamy Meryl Streep i Krystynę Jandę, której fanem jestem całe życie. Z młodszego pokolenia cenię Juliette Binoche. Była genialna w Skazie w duecie z Jeremym Ironsem czy w Niebieskim Krzysztofa Kieślowskiego. Po latach ubierałem ją do polskiej reklamy. Często wracam też do Królowej Margot z Isabelle Adjani i Indochin z Catherine Deneuve. Znam te filmy na pamięć. Emocje, które biją z ekranu, próbuję wywołać też u moich odbiorców.
Który z twoich zmysłów jest najbardziej rozwinięty?
Wzrok. Choć ostatnio psuje mi się od nieustannego szycia… Ktoś powiedział: „Wystarczy otworzyć oczy, by natrafić na piękny drobiazg”. Czasami warto też wyjechać, choćby na jeden dzień, żeby zmienić perspektywę. Dwa lata temu pierwszy raz byłem w Egipcie. Nie lubię tamtej części świata, nie czuję się tam bezpiecznie. Ale przecież trzeba zobaczyć Dolinę Królów, piramidy w Gizie i strzegącego ich Wielkiego Sfinksa, Muzeum Egipskie w Kairze… Monumentalna skala zabytków, piękno i precyzja wykonania sprawiły, że stałem oniemiały. Patrzyłem na te cuda i nie mogłem uwierzyć, że kilka tysięcy lat temu ludzie stworzyli je bez pomocy maszyn! Potęga cywilizacji. Absolut. Siła piękna.
Czujesz ją czasem, tworząc swoje projekty?
Pod koniec pracy przy ostatnim filmie prowadziliśmy jednocześnie dziewięć linii produkcyjnych: buty, dodatki, kapelusze, rękawiczki... Wszyscy harowaliśmy na granicy wytrzymałości ze świadomością, że jeśli coś się wyłoży, czeka nas katastrofa. Wydawało mi się, że zespół ma dość, a oni... dopytywali, co jeszcze będziemy robić! Wiesz dlaczego? Bo tworzyliśmy piękne rzeczy. Dasz dzieciom kredki, to ci narysują kolorowy świat. Dorośli też kochają „kredki”.