Wywiad

Margaret: "Wciąż wątpię w siebie i porządek wokół"

Fot. MATEUSZ STANKIEWICZ/FEED ME LAB

Margaret w rozmowie z Agnieszką Litorowicz-Siegert dla Twojego Stylu opowiada o związku z Piotrem Kozieradzkim, wspólnym budowaniu domu i stawianiu granic. 

Twój STYL: Jesteś związana z Piotrem Kozieradzkim, którego fani reggae znają jako KaCeZet-a. Razem pracowaliście, razem zaszyliście się w lesie, co miało być terapią na złe stany. I to nie na jeden weekend.

Margaret: Pomógł nam covid. Uznaliśmy: zróbmy to teraz. I tak wszystko stanęło w miejscu. Wcześniej sądziłam, że jestem dziewczyną z wielkiego miasta. Wyjechałam w młodości z małego Ińska i miałam „przechył” warszawski, uważałam, że to stolica mnie dokarmia, daje siłę. Zanim zamieszkaliśmy w lasie, wzięliśmy z Piotrem ślub. Wyjątkowy, bo ceremonia odbyła się w peruwiańskiej dżungli, według szamańskiego obrzędu Shipibo. Po powrocie do Polski od razu zaczęliśmy szukać działki pod lasem.

Schronienie na odludziu, bez prądu, rozrywek, wygód – jak się w tym odleźliście?

To był survival. Dziś myślę: szaleństwo. Latem spaliśmy w ogromnym namiocie – rodzaju tipi, wstawiliśmy tam łóżko. Zimą mieliśmy domek holenderski, zamarzająca woda i takie sprawy. Nie powtórzyłabym tego, ale zostały fantastyczne wspomnienia. Namiot, w którym spędziliśmy dwa miesiące, rozbiliśmy w miejscu, gdzie szlak miały sarny. Zanim się skapnęły, że tam jesteśmy, dochodziło do sytuacji: śpimy i nagle: bum! – coś obija się o ścianę. Psy zaczynają szczekać, wychodzimy – sarna stoi i patrzy zdziwiona. Na działce stoi już normalny dom. Zbudowaliśmy go razem.

Budowanie domu to podobno sprawdzian dla pary. Z wami tak było?

Oczywiście! Tyle rzeczy trzeba mieć pod kontrolą, tyle jest wpadek do zaliczenia. Sprawa kluczowa, czy działa się razem, czy w którymś momencie, pod napięciem, zwraca się przeciwko sobie. Dom na szczęście powstał, ozdabiam go cały czas, do przesady. Śmieję się, że jako nastolatka gadałam z przyjaciółmi o ciuchach, a teraz – o wystroju wnętrz.

Idziecie dalej, kupiliście dom w Hiszpanii. Zacytuję więc fragment tekstu, który kiedyś niepokoił twoich fanów: „Wyjeżdżam, nie ten pejzaż, nie ma dla mnie miejsca”.

Nie, bywanie w Hiszpanii wynika wyłącznie z tęsknoty za słońcem – choć Hiszpania też stała się już moim domem. Polską jestem zachwycona, uważam, że tu jest świetnie. W Hiszpanii z dumą chwalę się, że jestem z Polski. Ale odkąd tam jeżdżę, nie mam zimowego spadku nastroju. Odremontowaliśmy stary dom, który nazwaliśmy Casa De La Rudera. Nikt normalny by go nie kupił, wyglądał tragicznie. Ale uznałam: tu przybijemy deskę, tam powiesimy zasłonkę – jakoś to uklepiemy. Pojechaliśmy po farbę, wzięliśmy pędzle w dłoń i jazda. Co toporne, zakryłam zasłonkami.

Podejrzewam, że płyta Mind będzie o porządkowaniu umysłu, szukaniu spokoju. Możesz powiedzieć, że teraz jesteś osobą harmonijną, zrównoważoną?

O nie! Wciąż wątpię w siebie i porządek wokół, zadaję mnóstwo pytań. Na Mind jest utwór Najwyżej zmoknę, który opowiada taką historię: stoisz naprzeciwko człowieka, z którym się nie zgadzasz, i musisz zdecydować, czy będziesz miła, żeby był spokój, czy wypowiesz swoje zdanie i może się zrobić nieprzyjemnie. Przeżywam takie momenty, jak wiele kobiet, które wychowywano do bycia miłą. Uczę się decydować: postawię granicę czy odpuszczę, bo sprawa nie jest ważna. Sprawdzam, co ze mną robi ten wybór, jak bardzo mnie stresuje. Stawianie granic zużywa mnie, nie śpię po nocach. Ale co tam, „najwyżej zmoknę”, jak w piosence. Nadchodząca epka Mind to trudne rozmowy, np. te ze starymi. (śmiech) Utwór List do starych jest milenialsową odpowiedzią na piosenkę Cudownych rodziców mam – nie muzycznie, ale mentalnie. Opowiada o zmianach pokoleniowych obgadywanych na terapiach i coraz większej izolacji emocjonalnej wśród najbliższych. W ogóle dla mnie ten projekt, płyta Tripolar, jest o próbie złapania wszystkich mnie, które są we mnie. To jakaś forma porządku w chaosie.

Fragment wywiadu.

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 06/2026