Relacje

On jest dla mnie za dobry. Jak spełnianie wszystkich życzeń partnera psuje relację?

On jest dla mnie za dobry. Jak spełnianie wszystkich życzeń partnera psuje relację?
Fot. GettyImages

Czy może być coś złego w uszczęśliwianiu drugiej połówki? Tak, jeżeli robimy to kompulsywnie albo kosztem utraty siebie: własnych potrzeb, granic i emocji. „People pleaser” to osoba zawsze miła, w każdej chwili gotowa wesprzeć partnera (jak i wszystkich wokół siebie) dobrym słowem, czynem, gestem. Tyle że pod jej uśmiechem kryje się głęboki smutek. Jaka jest granica pomiędzy byciem pomocnym i uprzejmym a people pleasingiem? Wyjaśnia psychoterapeutka Marlena Ewa Kazoń.

– W gabinecie bardzo często spotykam ludzi, którzy całe życie byli „za dobrzy”. Takich, o których wszyscy mają jak najlepsze zdanie: spokojny, pomocny, bezproblemowy, zawsze można na niego liczyć. Ci pacjenci siedzą naprzeciwko mnie i wyznają cicho: „Nie wiem, kim tak naprawdę jestem”– mówi psychoterapeutka Marlena Ewa Kazoń

Przypadek 1

- Pamiętam pacjentkę, która przyszła na terapię z ogromnym poczuciem winy. Mówiła o swoim partnerze właściwie w samych superlatywach: że jest troskliwy, że nigdy jej nie odmówił, że zawsze stara się ją uspokoić, że nigdy się nie kłócą. A potem nieoczekiwanie zaczęła płakać i w emocjach wyznała mi: „Ja chyba przestałam czuć, że jestem z żywym człowiekiem”. I natychmiast się wycofała, jakby powiedziała coś strasznego. „Wiem, jak to brzmi. Przecież kobiety marzą o takich mężczyznach.” Jej partner siedział obok i przez dłuższą chwilę milczał. Nie bronił się. Nie był zły. Raczej wyglądał na przestraszonego. W końcu powiedział: „Ja naprawdę robię wszystko, żeby ona była szczęśliwa”. I to była prawda. On naprawdę robił wszystko. Rezygnował z własnych planów, tłumił złość, zgadzał się na rzeczy, których nie chciał, unikał konfliktów za wszelką cenę. Kiedy pytałam go, czego potrzebuje, odpowiadał: „Nieważne”. Jakby jego potrzeby były czymś niebezpiecznym albo niewygodnym dla innych ludzi. Dopiero po kilku miesiącach terapii opowiedział o swoim domu rodzinnym. O matce, która bardzo źle znosiła sprzeciw i emocje. O ojcu, który znikał emocjonalnie. O atmosferze, w której trzeba było wyczuwać nastroje dorosłych, żeby uniknąć napięcia. Jako dziecko nauczył się, że bezpieczeństwo daje bycie spokojnym i wygodnym. Że miłość można utrzymać tylko wtedy, gdy nikomu nie sprawia się problemów. I właśnie z takim mechanizmem wszedł później w dorosłą relację. Jego partnerka długo myślała, że spotkała idealnego mężczyznę, ale po pewnym czasie zaczęła czuć ogromną samotność. Mówiła: „Ja nie wiem, co on naprawdę czuje. Gdzie są jego granice? Czy on czegoś chce, czy tylko się dostosowuje?”. Na to pytanie trudno znaleźć odpowiedź. I równie trudno ją zrozumieć. 

People pleasing bardzo często wygląda jak miłość. Z perspektywy psychicznej jednak jest głównie lękiem przed odrzuceniem drugiej strony. Człowiek nie pokazuje siebie prawdziwego, ponieważ boi się, że przestanie być kochany.

Przypadek 2

Pamiętam też pacjenta, który przyszedł z objawami wypalenia i depresji. Miał dobrą pracę, rodzinę, stabilne życie. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało dobrze. Dopiero podczas jednej z sesji powiedział: „Mam wrażenie, że całe życie gram jakąś rolę”. Okazało się, że praktycznie wszystkie ważne decyzje podejmował pod oczekiwania innych ludzi. Wybrał zawód, który imponował ojcu. Został w relacji, bo nie chciał nikogo zranić. Nawet sposób, w jaki mówił, był ostrożny i kontrolowany. Kiedy zapytałam go: „A czego pan chce?”, długo milczał. Potem powiedział coś bardzo poruszającego: „Ja chyba nigdy nie miałem przestrzeni, by się nad tym zastanowić".

To właśnie robi wieloletnie dostosowywanie się. Człowiek staje się ekspertem od cudzych emocji i potrzeb, ale traci kontakt ze swoimi. Potrafi szybko i bezbłędnie wyczuć napięcie partnera, humor szefa albo rozczarowanie rodzica, ale nie potrafi odpowiedzieć na proste pytanie: „Co ja czuję?”, "Kim jestem?" albo „Czego naprawdę chcę?”.

Wysoka cena, jaką płacą ludzie "zawsze mili"

Najbardziej bolesne jest to, że osoby nadmiernie dostosowujące się często są bardzo lubiane. Świat nagradza ludzi, którzy nie sprawiają problemów. Tylko że wewnętrznie ci ludzie bardzo często żyją w chronicznym napięciu. W lęku, że jeśli pokażą złość, granice albo swoje prawdziwe potrzeby, zostaną odrzuceni. Dlatego zdrowienie nie polega na staniu się egoistycznym. Polega na odzyskiwaniu siebie. Na uczeniu się, że można być kochanym również wtedy, gdy ma się własne zdanie, mówi się „nie” i przestaje nieustannie zasługiwać na miłość. Bo dojrzała bliskość nie rodzi się z perfekcyjnego dopasowania do drugiej osoby. Ona rodzi się wtedy, kiedy mamy odwagę pokazać jej siebie prawdziwego. Czasami największym krokiem w terapii nie jest nauczenie się kochania innych ludzi, tylko właśnie tego, że nie trzeba porzucać samego siebie, żeby zasłużyć na miłość. Osoby, które przez lata żyły w systemie „people pleasing”, bardzo często nie wiedzą nawet, jak brzmi ich prawdziwy głos. Są zmęczone nieustającym (często wieloletnim) wyczuwaniem emocji innych, przewidywaniem reakcji, pilnowaniem atmosfery i staraniem się być „wystarczającym” dla wszystkich wokół. I dopiero po czasie zaczynają rozumieć, że relacja, która wymaga ciągłego zdradzania siebie, nie daje prawdziwego bezpieczeństwa, tylko chwilowe zmniejszenie lęku przed odrzuceniem. Zdrowienie zaczyna się bardzo cicho. Często od jednego zdania wypowiedzianego z drżeniem:

  • „Tego nie chcę”,
  • „To mnie boli”,
  • „Mam inne zdanie”,
  • „Potrzebuję czegoś więcej”.

Dopiero, kiedy wypowiemy swoje potrzeby na głos, zaczniemy budować naprawdę dojrzałą relację — nie opartą na dopasowaniu i zasługiwaniu, ale na autentycznej obecności. Bo prawdziwa bliskość nie powstaje wtedy, gdy jesteśmy idealni, wygodni i zawsze spokojni. Ona zaczyna się tam, gdzie człowiek przestaje ukrywać siebie ze strachu, że jeśli pokaże prawdę o sobie, przestanie być kochany.