Relacje

Reparenting: 3 kroki, by stać się wystarczająco dobrym rodzicem. Dla siebie

Reparenting: 3 kroki, by stać się wystarczająco dobrym rodzicem. Dla siebie
Fot. GettyImages

„Myślałam, że taka/i już jestem – za dużo od siebie wymagam, nie umiem postawić granic, mam nieustające poczucie winy i samokrytyczne spojrzenie”, mówi każdy, kto po raz pierwszy zetknął się z pojęciem reparentingu i zrozumiał, że to nie cechy charakteru utrudniały mu życie, lecz braki z dzieciństwa. Teraz, w dorosłym już życiu, możemy zaopiekować się sobą na nowo, z czułością, za którą tęsknimy. Na czym polega ten powrót do dzieciństwa, mówi psychoterapeutka Marlena Ewa Kazoń. 

– Reparenting często zaczyna się w terapii od momentu, w którym pacjent po raz pierwszy nie odwraca się od siebie. Nie odrzuca swojego zmęczenia, nie zawstydza smutku, nie ucisza lęku. To nie jest spektakularna zmiana – raczej drobne przesunięcie: z pozycji „Muszę sobie poradzić” w stronę „Chcę przy sobie zostać” – wyjaśnia psychoterapeutka Marlena Ewa Kazoń. Jak to wygląda w praktyce?

Reparenting, czyli jak być rodzicem dla samego siebie

To raczej proces uczenia się wystarczająco dobrej obecności. Takiej, w której potrafisz zauważyć swoje emocje, nie zawstydzać ich, reagować na potrzeby, ale też stawiać sobie granice. To jest jednocześnie ciepło i struktura. Czułość i odpowiedzialność. Często w tym procesie pojawia się też ważne ryzyko – że pacjent zacznie traktować reparenting jako kolejne zadanie do wykonania. „Powinnam bardziej o siebie dbać”, „Muszę się nauczyć być dla siebie dobra”. I wtedy bardzo łatwo wrócić do starego schematu tylko w nowej formie. Dlatego w pracy terapeutycznej ważne jest, żeby ten proces nie był oparty na przymusie, tylko na stopniowym odkrywaniu. Z czasem zaczyna zmieniać się coś głębokiego. Nie tyle konkretne zachowania, ile sposób bycia ze sobą. Pojawia się większa zgoda na własne doświadczenie, większa zdolność do regulowania emocji, większe poczucie wewnętrznego oparcia. Człowiek przestaje być wobec siebie surowym sędzią albo nieobecnym obserwatorem. Zaczyna być kimś, kto widzi, rozumie i reaguje.  I być może najważniejsze w tym procesie jest to, że przestajesz być dla siebie miejscem opuszczenia. Nawet jeśli świat na zewnątrz nie zawsze daje to, czego potrzebujesz, w środku zaczyna tworzyć się przestrzeń, w której jesteś zauważony, przyjęty i traktowany poważnie. To nie dzieje się szybko. Ale kiedy zaczyna się dziać, zmienia sposób, w jaki jesteś w relacji – ze sobą i z innymi. Bo kiedy masz w sobie choć trochę tej wewnętrznej opieki, nie musisz już tak desperacko szukać jej na zewnątrz. I nie musisz też tak łatwo rezygnować z siebie, żeby ją utrzymać. Reparenting to w istocie bardzo głęboka zmiana relacji z takiej, w której jesteś dla siebie obcy i wymagający, do takiej, w której stajesz się dla siebie kimś ważnym.

Przypadek Anny

Anna przyszła na terapię z poczuciem, że „wszystko ją przerasta”, choć na zewnątrz funkcjonowała bardzo dobrze. Pracowała, zajmowała się domem, była obecna dla innych. Tylko dla siebie nie zostawało już jej czasu. Kiedy zaczęłyśmy przyglądać się temu, co dzieje się w momentach przeciążenia, pojawił się znany schemat: napięcie, przyspieszenie, ignorowanie sygnałów z ciała, a potem nagłe załamanie i ogromne poczucie winy, że „znowu nie dała rady”. W jej historii była mama, która sama była przeciążona i niedostępna emocjonalnie. Nie było przestrzeni na zatrzymanie, na pytanie „Co czujesz?”. Było za to dużo wymagań i milczące oczekiwanie, że Anna „jakoś sobie poradzi”. I ona rzeczywiście nauczyła się radzić, tylko że kosztem kontaktu ze sobą. W pewnym momencie terapii pojawiło się pytanie: „Co robisz ze sobą, kiedy jest ci bardzo trudno?”. Anna długo milczała. Potem powiedziała: „Nic… idę dalej”. To „nic” okazało się kluczowe. Bo reparenting zaczął się właśnie tam od próby zrobienia czegoś innego niż dotychczas. Najpierw bardzo niepewnie: zatrzymanie się na kilka minut, zauważenie napięcia w ciele, nazwanie emocji. Potem pojawiły się pierwsze zdania kierowane do siebie: „To jest trudne”, „Mogę się zmęczyć”, „Nie muszę teraz wszystkiego ogarniać”. To były proste komunikaty, ale dla Anny były czymś zupełnie nowym. Z czasem zaczęła zauważać, że kiedy reaguje na siebie w ten sposób, napięcie nie narasta tak gwałtownie. Jakby ktoś w końcu zaczął się nią zajmować, dawać jej wsparcie. Tyle że tym kimś była ona sama. 

Przypadek Pawła

U Pawła proces wyglądał inaczej. Przyszedł do mojego gabinetu z poczuciem pustki i powtarzającym się schematem w relacjach: najpierw bardzo się angażował, a potem nagle się wycofywał, jakby coś w nim się zamykało. Mówił, że nie rozumie, dlaczego tak się dzieje. „Na początku wszystko jest dobrze, a potem czuję, że chcę zniknąć”. W jego historii pojawił się obraz domu, w którym bliskość była niestabilna. Raz była dostępność, ciepło, a potem nagłe wycofanie, chłód, brak odpowiedzi. Jako dziecko Paweł nauczył się, że bliskość jest czymś nieprzewidywalnym i potencjalnie bolesnym. W dorosłości jego system reagował bardzo podobnie – kiedy robiło się zbyt blisko, pojawiała się potrzeba ucieczki. W pracy terapeutycznej zaczęliśmy przyglądać się temu momentowi „zamykania się”. Zamiast go interpretować czy zmieniać, najpierw uczyliśmy się go zauważać. Paweł zaczął mówić: „Teraz czuję, że coś się we mnie odsuwa”, „Pojawia się napięcie i chęć wycofania”. To była pierwsza zmiana – obecność wobec własnego doświadczenia. Reparenting w jego przypadku polegał na tym, żeby w tych momentach nie zostawiać siebie samego. Żeby nie uciekać automatycznie, ale spróbować zostać przy tym napięciu i z ciekawością sprawdzić: „Czego się teraz boję?”, „Co próbuję ochronić?”. Z czasem pojawiły się bardziej wspierające komunikaty: „To ma sens, że się boisz”, „To nie jest zagrożenie, to tylko bliskość”, „Mogę spróbować zostać jeszcze chwilę”. To nie sprawiło, że lęk zniknął. Ale zmieniło relację z tym lękiem. Paweł przestał być wobec siebie kimś, kto reaguje automatycznie i bezrefleksyjnie. Zaczął być kimś, kto towarzyszy sobie w trudnym doświadczeniu.

Przypadek Magdy

Jest też historia Magdy, która przyszła do mojego gabinetu z ogromnym poczuciem winy i przekonaniem, że „Zawsze robi coś nie tak”. W każdej relacji szybko brała na siebie odpowiedzialność za emocje innych. Kiedy ktoś był niezadowolony, natychmiast szukała w sobie winy. Kiedy ktoś się oddalał, robiła wszystko, żeby tę relację utrzymać, często nawet kosztem siebie. W jej historii pojawił się obraz dzieciństwa, w którym musiała bardzo uważnie dostrajać się do emocji dorosłych. Nastroje w domu były zmienne, a ona nauczyła się, że jej bezpieczeństwo zależy od tego, jak dobrze „wyczuje” innych. To była forma adaptacji bardzo skuteczna wtedy, ale w dorosłości zaczęła ją kosztować. Reparenting w jej przypadku nie polegał tylko na dawaniu sobie czułości. Polegał również na uczeniu się granic. Na stopniowym rozpoznawaniu: „To nie jest moja odpowiedzialność”, „Mam prawo się nie zgodzić”, „Mogę wybrać siebie, nawet jeśli ktoś będzie niezadowolony”. To było dla niej bardzo trudne, bo wiązało się z lękiem przed odrzuceniem. W terapii często wracałyśmy do tego momentu napięcia, kiedy Magda czuła, że powinna się dostosować. Zaczęła wtedy próbować czegoś nowego: zatrzymać się i zapytać siebie, czego naprawdę chce. Czasem wybierała inaczej niż dotychczas. Czasem jeszcze wracała do starego schematu. Ale z każdą próbą wzmacniała w sobie nową jakość bycie po swojej stronie. 

W tych historiach wspólny jest proces:

  1. Najpierw pojawia się rozpoznanie, że sposób, w jaki ktoś traktuje siebie, nie jest neutralny – że jest powiązany z wcześniejszym doświadczeniem.
  2. Potem przychodzi moment konfrontacji z tym, czego zabrakło. To bywa bolesne, bo odsłania realny brak: brak czułości, brak ochrony, brak obecności.
  3. I dopiero potem zaczyna się właściwa praca – powolne budowanie w sobie takiej relacji, która ten brak zaczyna uzupełniać.