Relacje

Więź z narcyzem często nie zostaje zerwana mimo rozstania. Jak odzyskać siebie?

Więź z narcyzem często nie zostaje zerwana mimo rozstania. Jak odzyskać siebie?
Fot. GettyImages

Nie wszystkie relacje kończą się w momencie, gdy ludzie się rozstają. Czasem jedna ze stron długo jeszcze żyje cieniu tej drugiej i ich utraconej miłości. Dlaczego więź z narcyzem tak trudno zerwać, wyjaśnia psychoterapeutka Marlena Ewa Kazoń 

Formalnie rozstanie mogło wydarzyć się nawet rok wcześniej. A jednak psychicznie dla jednego z partnerów relacja wciąż trwa. W myślach. W ciele. W odruchach. W napięciu, które pojawia się przy dźwięku telefonu. W tęsknocie, której się wstydzi. W poczuciu winy, że nadal wraca pamięcią do kogoś, kto odebrał mu spokój i poczucie wartości. W relacjach narcystycznych najtrudniejsze jest właśnie to, że człowiek może wiedzieć, że jest raniony, a mimo to nadal czuć przywiązanie. Może dostrzegać, że stopniowo traci siebie, a jednak nie umieć odpuścić więzi. Te uczucia nie gasną nawet przy rozstaniu. 

To była miłość, czy emocjonalne uzależnienie? 

To pytanie, pojawiające się najczęściej w rozmowach z terapeutą, nie dotyczy tylko stosunku tej osoby do partnera, ale także do niej samej. Do jej wstydu, niezrozumienia i bezradności wobec faktu, że coś, co tak mocno ją bolało i boli, nadal ma w sobie wielką siłę przyciągania. W terapii najtrudniejsze nie jest wcale rozpoznanie, że ta relacja była raniąca, tylko przyjęcie do wiadomości, że to, co przez lata nas raniło i wyniszczało, nazywaliśmy miłością – mówi psychoterapeutka Marlena Ewa Kazoń. – Jedna z pacjentek przyszła do mnie nie dlatego, że nie mogła zakończyć relacji. Już dawno to zrobiła. Problem polegał na tym, że nie mogła zakończyć jej w sobie. Po kilku miesiącach od rozstania wciąż „żyła z partnerem”: analizowała jego stare SMS-y, dziwne spojrzenia, wspólne wyjazdy, kłótnie i powroty. Próbowała na siłę zrozumieć, które chwile były prawdziwe, a które tylko miały ją „uwieść”. I wierzyła, że jeśli znajdzie wyjaśnienie, jej cierpienie wreszcie się zakończy. 

Rana, która musi się zagoić

Relacje z osobami narcystycznymi najczęściej zaczynają się intensywnie. Wykraczają poza granice bliskości. Silne zauroczenie? Raczej emocjonalne nasycenie. Ktoś wydaje się nami zachwycony, poruszony tym, co mówimy, jakby widział w nas głębię, której inni nie widzą i w lot rozpoznawał, że jesteśmy spragnione bycia wybraną, ważną, kochaną. I dlatego długo nie widzimy, że nas rani i niszczy. Zastanawiamy się raczej: „Co się stało z jego miłością? Dlaczego już nie zachowuje się tak idealnie, jak na początku?” albo „Jak mogę odzyskać naszą relację?”. Co ciekawe: w takim związku człowiek nie jest jedynie przywiązany do ukochanej osoby, ale także do obietnicy, którą mu złożyła. Do poczucia bycia wybranym. Do nadziei, że już nie będzie musiał "zasługiwać na miłość", bo przecież ją ma. I właśnie dlatego przez długi czas po rozstaniu próbuje odzyskać to „idealne” życie. I nie widzi, że ich relacja już dawno temu zaczęła się zmieniać: pojawiał się chłód, napięcie, zmienność, jego wycofanie po jej szczerości, milczenie albo komentarze, po których trudno się podnieść. Nie zawsze dochodzi do jawnego poniżania. Częściej pojawia się subtelne przesuwanie granic, umniejszanie, unikanie odpowiedzialności. Kochająca osoba nie jest w stanie tego zrozumieć. Analizuje ton głosu partnera i milczenie, uczy się rozpoznawać jego humory, dostraja się do nich. Jego napięcie staje się ważniejsze niż jej ból. I wtedy zaczyna myśleć o sobie bardzo surowo. Że jest zbyt emocjonalna i wrażliwa.

Kolejny krok? Przestajemy ufać sobie.

Osoba zraniona nie wie już, czy coś naprawdę ją rani, a może po prostu przesadza. Zamiast „Czy to mnie krzywdzi?” pyta siebie: „Czy ja w ogóle mam prawo czuć, że to mnie krzywdzi?”. W relacjach z narcyzem bardzo często działa mechanizm trauma bond — sytuacja, w której ta sama osoba staje się jednocześnie źródłem rany i źródłem ulgi. Najpierw pojawia się chłód, napięcie, odrzucenie, dezorientacja. Potem przychodzi powrót, czułość, bliskość, skrucha, obietnica, że „już będzie inaczej”. Ciało reaguje wtedy bardzo silnie – ulgą i nadzieją. I właśnie dlatego tak trudno odejść. Nie dlatego, że człowiek nie widzi faktów – po prostu jego system przywiązania nauczył się szukać ukojenia dokładnie tam, gdzie powstaje rana. To nie jest tylko decyzja głowy, to nasz głęboki cykl: ból, nadzieja, ulga, przywiązanie. Jednym z najważniejszych momentów zdrowienia jest zrozumienie, że tęsknota nie zawsze oznacza miłość. Czasem tęsknimy nie za człowiekiem, tylko za ulgą po napięciu. Obietnicą z początku. Iluzją, że tym razem będzie inaczej. Uczuciem, że jesteśmy wybrane. To trudne do przyjęcia, bo wymaga uznania, że coś, co było piękne, wcale nie musiało być zdrowe. Że silna chemia nie jest tym samym co bezpieczna więź. A intensywność nie oznacza wcale dojrzałej miłości.

Opłakujemy nie partnera, tylko iluzję?

Tak, opłakujemy stratę nadziei, jaką dawał nam związek. I własną wersję siebie z początku znajomości. Marzenie, że jeśli będziemy kochać dojrzalej, cierpliwiej, mądrzej, druga strona w końcu przestanie nas ranić. To bolesny etap, ale niezwykle uzdrawiający. Bo właśnie wtedy zaczyna rodzić się prawda: że największym aktem miłości nie było to, że zostałyśmy pomimo cierpienia, tylko to, że przestałyśmy zdradzać same siebie, by na siłę utrzymać więź. Prawdziwe zdrowienie po relacji z narcyzem nie zaczyna się od tego, że przestajemy za nim tęsknić, tylko gdy nauczymy się odróżniać intensywność od miłości. Gdy zaczynamy widzieć, że to, co było pociągające, nie było bezpieczne i odzyskujemy zaufanie do własnych emocji, ciała, intuicji. Kiedy wracamy do pytania, które po takich relacjach bywa rewolucyjne: czy przy tej osobie ja mogłam być sobą i czuć się bezpiecznie? Bo ostatecznie to właśnie pytanie prowadzi nas do spokoju i wyzdrowienia. Nie „czy on mnie kochał?”, ale „czy ja przy nim nie traciłam siebie?”.