Ponad 20 lat razem. Mają podobny gust, ale różne temperamenty. Nie szkodzi! „Nie trzyma nas ze sobą to, że wszystko się zgadza, tylko to, że wciąż chcemy do siebie wracać”, mówi o małżeństwie z aktorem Sebastianem Pawlakiem dziennikarka Anna Frątczak.
Anna Frątczak - absolwentka polonistyki na UAM, ze specjalizacjami teatrologiczną i filmoznawczą. Pracowała m.in. w Onecie, Wydawnictwie Bauer, pisała do „Elle”, „Kosmosu dla dziewczynek”, „My Company”, „Przekroju”, „Pisma”. Była redaktorką naczelną pierwszego anglojęzycznego tygodnika informacyjnego „The Krakow Post”. Dziś pracuje w dziale komunikacji i promocji TR Warszawa i jest redaktorką naczelną pisma „Impact Magazine”, dodatku do „Newsweeka”.
Sebastian Pawlak - aktor teatralny i filmowy, od lat związany z TR Warszawa. Występował w spektaklach Grzegorza Jarzyny, Kornéla Mundruczó, Michała Borczucha i Weroniki Szczawińskiej. Wcześniej pracował z Krystianem Lupą, Mają Kleczewską i Pawłem Miśkiewiczem w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Na ekranie pojawił się m.in. w serialach: „1670” i „Ołowiane dzieci” . Zajmuje się też malarstwem, jego obrazy były niedawno prezentowane w Galerii Puławska 43/7 w Warszawie.
Czasem myślę, że moje życie to seria przeprowadzek. Wiele razy pakowałam walizki i zaczynałam wszystko od nowa. Tak wyglądało kilka kluczowych decyzji w moim życiu. I bardzo często ich powodem był Sebastian. Ktoś powiedziałby, że jechałam za nim, za miłością. I sporo byłoby w tym racji. Ale to zawsze było też „za sobą”. Bo nowe miejsca to często nowe możliwości.
Pierwszy raz zobaczyłam Sebastiana na scenie w Kaliszu, w spektaklu „Kaligula” w reżyserii Roberta Czechowskiego. Pamiętam dokładnie to uczucie - że miał w sobie taką intensywność, że trudno było przestać patrzeć. Ale byłam wtedy w związku. Potem długo nie działo się nic. Aż do momentu, kiedy spotkaliśmy się przypadkiem u znajomych i powiedziałam mu, że rozstałam się ze swoim partnerem. I to był ten moment. Wróciłam z Poznania do Kalisza, zamieszkałam z Sebastianem w domu aktora, w takiej jakby komunie. Zaczęłam pracę w lokalnej gazecie. To było nasze pierwsze wspólne życie. Niebawem przyszła kolejna poważna decyzja. Kraków. Teatr Stary. Dla Sebastiana propozycja nie do odrzucenia. Dla mnie - kompletny brak gruntu pod nogami. A jednak pojechałam z nim. Nikogo tam nie znałam. Pamiętam chłód krakowskiego mieszkania, zimne piece kaflowe, wieczory, kiedy wracał bardzo późno z prób, a ja siedziałam zmarznięta, coś tam pisałam i próbowałam sobie to nowe życie poukładać. Właśnie tam zaczęło się coś mojego. Trafiłam do „Gazety Wyborczej”, potem poznałam Marshalla, Amerykanina, który chciał w Krakowie założyć gazetę. I nagle zostałam redaktorką naczelną „The Krakow Post”, pierwszego anglojęzycznego tygodnika dla obcokrajowców. To było miejsce, w którym naprawdę zaczęłam budować siebie - redakcję, zespół, własną pozycję. Poznałam fantastycznych ludzi. To miasto powoli zaczynało być moje.
Zaręczyny były w Wigilię, w Kaliszu, w moim rodzinnym domu. Siedzieliśmy całą rodziną przy stole i nagle Sebastian wstał, podszedł do mnie i uklęknął. To było całkowicie niespodziewane. Rozległo się zbiorowe „wow” i wszyscy patrzyli tylko na nas. Te zaręczyny były ważne, dawały mi umocowanie w związku. Poczucie, że kolejna przeprowadzka, tym razem do Warszawy, ma poważniejszy status. Do stolicy jechałam już z innym doświadczeniem, z poczuciem, że wiem, kim jestem i co potrafię. Zaczęłam pisać do „Elle”, a potem… już poszło.
Kiedy pojawiła się Aurelia, zmieniło się całe moje życie. Pamiętam nasze przerażenie, gdy podczas porodu jej serce zaczęło bić słabiej. Natychmiastowa akcja, narkoza, cesarka. Obudziłam się i nie wiedziałam, czy nasza córka żyje. Potem było nieopisane szczęście, kiedy już leżała obok mnie. Od tamtej chwili wszystko ma inną wagę. Imię dla niej wymyślił Sebastian, moja mama ma na imię Aurelia i odkąd ją poznał, bardzo mu się podobało, mamie niekoniecznie. Ale spodobał jej się Sebastian, chociaż początki były trudne: „Aktor? On się tobą szybko znudzi”. Ale ja czułam, że można mu zaufać. I nigdy mnie nie zawiódł. Chyba dlatego jesteśmy razem już ponad 20 lat.
Dziś moje życie jest intensywne, ale też bardzo konkretne. Pracuję w TR Warszawa, zajmuję się komunikacją i mediami, ale jestem także redaktorką naczelną „Impact Magazine”, pisma, które promuje kongres Impact i ukazuje się m.in. jako dodatek do „Newsweeka”. Często pracuję do późna, bo to jest też moja przestrzeń skupienia. Sebastian ma inny rytm. Wstaje wcześnie, robi śniadanie, wyprawia Aurelię do szkoły, a potem znika w teatrze albo na planie filmowym. Różnimy się. Ja jestem szybka, emocjonalna, czasem wybuchowa. On jest bardziej uporządkowany, ale też uparty, nie odpuszcza rozmowy. Potrafi za mną chodzić i mówić: „Dokończmy to”. Kiedyś doprowadzało mnie to do szału. Dziś wiem, że to jest jego sposób dbania o nas. Kłócimy się. O drobiazgi, o zmęczenie, o spóźnienia. Ale nie umiemy zostawić rzeczy niedopowiedzianych.
Czasem myślę, że mogłam pójść inną drogą. Jeszcze przed ślubem byliśmy kilka tygodni w Nowym Jorku i przez chwilę rozważałam, żeby zostać. Spróbować czegoś zupełnie nowego. To był jeden z tych momentów, kiedy życie mogło się potoczyć inaczej. Ale wróciłam. I to była moja decyzja. Dziś myślę, że to w ogóle nie jest historia o tym, że zostałam albo wyjechałam. To jest historia o wyborach, które podejmuje się wiele razy, a nie raz na zawsze. O tym, że można iść za kimś i jednocześnie iść za sobą. I że to wcale się nie wyklucza. Bo jeśli coś nas trzyma razem po tylu latach, to nie to, że wszystko się zgadza. Tylko to, że wciąż chcemy do siebie wracać.
SEBASTIAN PAWLAK O ZWIĄZKU Z ANNĄ
Lubię, kiedy wszystko ma swój rytm. Wstaję na czas, wychodzę na czas, staram się być przygotowany. To daje mi spokój. Dlatego w naszym domu jednym z tematów jest spóźnianie się Ani, zwłaszcza kiedy gdzieś wyjeżdżamy. Ja stoję już przy drzwiach z walizkami, wszystko spakowane, sprawdzone, a Ania jeszcze coś dokłada do torby, jeszcze sprawdza, czy wziąć płaszcz, czy kurtkę. Kiedyś bardzo mnie to denerwowało. Poganiałem ją, mówiłem: „Ania, chodź, spóźnimy się”. Ale z czasem zrozumiałem, że to niczego nie przyspiesza. Dzisiaj po prostu czekam. Nikt przecież nie jest doskonały. Ja bywam nadopiekuńczy. Potrafię zapytać: „Ania, wzięłaś szalik? Masz telefon?”. Ona wtedy patrzy na mnie i mówi spokojnie: „Sebek, nie bądź upierdliwy”. I ma rację. Dobrze, że potrafi mnie zatrzymać. Mówi wprost, kiedy przesadzam. A czasem przesadzam na przykład w porządkowaniu. Lubię, kiedy rzeczy są na swoim miejscu, wtedy łatwiej oddychać. W domu to ja bardziej dbam o porządek. Kiedy rano idę z sypialni do kuchni, po drodze zabieram kilka rzeczy, odkładam je na miejsce i od razu robi się spokojniej. Wstaję wcześnie, o 6.20. Nie dlatego, że jestem rannym ptaszkiem. Po prostu mamy córkę, 12-letnią Aurelię, którą trzeba wyprawić do szkoły. Robię śniadanie, kanapki, ogarniam poranek. Przygotowuję też kawę dla Ani i przynoszę jej do łóżka. Lubię takie drobne rytuały.
Anię poznałem podczas Kaliskich Spotkań Teatralnych. Pamiętam spojrzenie. Taki moment, kiedy nagle między ludźmi pojawia się ta iskra. Tylko że wtedy była z kimś innym. Marek był moim kolegą, więc temat był zamknięty. Minął prawie rok, zanim znowu się spotkaliśmy. Byliśmy na urodzinach córki naszych znajomych. Kiedy Ania opuszczała imprezę, wyszedłem się z nią pożegnać i na odchodne rzuciłem: „Pozdrów Marka”. Spojrzała na mnie i powiedziała: „Dzięki, ale my już nie jesteśmy razem”. I wtedy miły dreszcz przeszedł przez moje ciało.
Ania zawsze bardzo mi się podobała. Była piękna, ale przede wszystkim miała w sobie energię. Kiedy opowiadała historie, wokół niej zbierali się ludzie. Ja raczej jestem spokojniejszy, swoje szaleństwo mam na scenie. Może właśnie dlatego się przyciągnęliśmy. Ale tamtego wieczoru nie wziąłem od niej numeru telefonu, bo byłem skrępowany. Na szczęście kilka dni później spotkaliśmy się przypadkiem pod Rossmannem. I wtedy już wziąłem numer. Zaprosiłem ją na premierę mojego spektaklu „Wybrani” w reżyserii Agaty Dudy-Gracz. Na bankiecie mogliśmy porozmawiać. Potem było kolejne spotkanie, w meksykańskiej knajpie, i znowu kolejne… Pół roku później Ania zamieszkała u mnie w domu aktora w Kaliszu. Tak zaczęło się nasze wspólne życie.
Śmiejemy się, że ślub wzięliśmy, żeby dostać kredyt. To taki rodzinny żart, ale w Warszawie, po dwóch latach życia w wynajmowanym mieszkaniu, w końcu kupiliśmy własne. A potem pojawiła się Aurelia. Jej narodzin nigdy nie zapomnę. Podczas porodu w pewnej chwili okazało się, że tętno dziecka spada. Przewieźli Anię na salę operacyjną i zrobili jej cesarkę. Pamiętam, jak chodziłem po korytarzu i zaciskałem kciuki tak mocno, że aż bolały mnie palce. Nagle ktoś zawołał: „Panie Pawlak!”. I Aurelia była już na moich rękach. Patrzyła na mnie jak dorosła osoba, jakby wszystko już rozumiała. Wtedy pomyślałem: to jest ważniejsze niż wszystko, co robię na scenie. To nie była jakaś wielka filozofia, tylko bardzo proste uczucie. Od tamtej pory zmieniły mi się priorytety. Już nie zostawałem po spektaklu, żeby z kolegami go przegadać, tylko biegłem do dziewczyn, po drodze kupując pampersy. Czasem myślę, że gdyby nie rodzina, mógłbym być aktorem, który żyje tylko sztuką i wraca wieczorem do pustego mieszkania. Mój zawód daje ogromne emocje, bardzo go lubię, ale wiem, że prawdziwe życie jest gdzie indziej - w domu, z nimi.
Mamy z Anią wspólne zainteresowania, podobają nam się te same filmy, książki, spektakle, nawet te same ubrania. Nawzajem się inspirujemy. Nie chcę udawać, że jesteśmy idealni. Są momenty, kiedy się mijamy. Kiedy jesteśmy zmęczeni, zapracowani, każde z nas jest w swoim świecie. W takich chwilach łatwo odpuścić rozmowę, pójść spać i zostawić to „na potem”. I to są momenty, w których tak naprawdę decyduje się wszystko. Bo związek nie rozpada się w wielkich dramatach. Rozpada się w takich małych momentach, kiedy przestajesz „wracać”. My się pilnujemy, żeby wracać. Czasem to jest rozmowa, czasem kłótnia, czasem „przepraszam”, które nie przychodzi łatwo. Ale wracamy. I myślę, że to jest jedyna rzecz, która naprawdę działa - trzeba ze sobą rozmawiać i nie zamykać się w swoich racjach, czasem pójść na kompromis. Trzeba o siebie dbać. Kupić kwiaty. Zrobić niespodziankę. Przynieść rano kawę do łóżka. A reszta jakoś się układa.