Anka i Wilhelm Sasnalowie są razem od liceum, ale nie opowiadają nam historii o łatwej miłości ani o partnerstwie bez rys. Mówią raczej o trwaniu. To dwie opowieści z jednego życia – różne w tonie, wspólne w sensie.
Anka Sasnal – reżyserka, scenarzystka, producentka. Autorka filmów, które nie idą na skróty i nie szukają łatwych odpowiedzi. Pracuje w kinie autorskim, często na styku dokumentu i fabuły. Współtworzyła filmy m.in. „Z daleka widok jest piękny”, „Słońce, to słońce mnie oślepiło” czy „Huba” – pokazywane i nagradzane na międzynarodowych festiwalach. Jej kino jest oszczędne w środkach, uważne w obserwacji i bezkompromisowe w myśleniu.
Wilhelm Sasnal – malarz, rysownik, autor komiksów i filmów. Jeden z najważniejszych polskich artystów współczesnych, obecny w zbiorach najważniejszych muzeów i galerii świata – od Tate Modern po Centre Pompidou. Jego obrazy są rozpoznawalne natychmiast: pozornie proste, zawsze gęste od znaczeń, czerpiące z fotografii, historii sztuki, polityki, popkultury i obserwacji. Autor kultowych komiksów („Życie codzienne w Polsce w latach 1999–2001”), współtwórca filmów fabularnych i dokumentalnych.
Nie wierzę w wielkie początki. Wierzę w czas. W to, że relacja nie wydarza się nagle, tylko powoli się układa. To są codzienne negocjacje – rozmowy, wspólne decyzje, czasem wspólny cel, ale też możliwość pokojowego lub nie rozejścia się negocjujących stron. Byle nie na długo. Jesteśmy razem od 34 lat i bardzo rzadko rozstajemy się na dłużej niż jeden, dwa dni. W jakimś sensie wychowywaliśmy się razem. Uczyliśmy się świata równolegle, bez gotowych instrukcji, bez poczucia, że ktoś nam ten świat tłumaczy. Nasze zainteresowania nie były identyczne, ale wyrastały z podobnej wrażliwości. To była edukacja domowa w najgłębszym sensie – uczenie się patrzenia, rozróżniania, nazywania rzeczy po imieniu.
Miałam 17 lat, kiedy się poznaliśmy. To był piąty września 1991 roku. Wilhelm jechał na rowerze. Zatrzymał się. Zapytał, czy możemy się przejść. To było bardzo ciche pytanie. Bez pewności siebie. Raczej propozycja niż deklaracja. I to było dla mnie ważne. Że nie było w tym nachalności. Koleżanka, z którą byłam, szybko zrozumiała, że powinna się pożegnać. Zostaliśmy sami. Poszliśmy kawałek razem. Pamiętam, że zaproponował kino. A ja pomyślałam, że nie mogę się umówić do kina z chłopakiem, którego poznałam godzinę wcześniej na ulicy. To nie była gra ani kokieteria. To był instynkt. Odmówiłam. Dziś wiem, że wtedy oboje bardzo ryzykowaliśmy. On – proponując. Ja – odmawiając. Przez jakiś czas mijaliśmy się w autobusie. Wiedziałam, którym jeździ, o której. I czasem wsiadałam właśnie do tego. Dwa tygodnie dziwnej gry w przybliżanie i oddalanie, jak w bajce o żurawiu i czapli. Ty chciałeś, ja nie chciałam. Ja chciałam, ty już nie. To było dokładnie takie. Aż w końcu umówiliśmy się na randkę. Poszliśmy na działki. Był wrzesień. Jabłka, śliwki, gruszki. Kradliśmy owoce. Kilka dni później pojechaliśmy na wagary do Krakowa. Do Muzeum Narodowego. Więc nasze początki były i niewinne, i trochę chuligańskie zarazem - jak nasze późniejsze życie. Ale najważniejsze było to, że od razu mieliśmy sobie dużo do powiedzenia. O książkach, o tym, co nas porusza, drażni, ciekawi. To opowiadanie trwa do dziś. I przez te wszystkie lata piątego września idziemy na randkę, na spacer. I ani raz się nie zdarzyło, żebyśmy to sobie odpuścili.
Nasze życie nie zawsze było łatwe. Były momenty niepewności, rozczarowania ale światem, nie sobą. Kiedy urodził się Kacper, musieliśmy wyprowadzić się z Krakowa, wrócić do Tarnowa. Dla mnie to był trudny czas. Wili całe dnie spędzał w pracowni, a ja wciąż z dzieckiem. Samotność, zmęczenie, poczucie, że można się rozpłynąć w cudzym życiu, nawet jeśli jest to życie kogoś, kogo się kocha. Uratowała mnie decyzja, żeby wrócić do pracy. 10 lat później, kiedy urodziła się Rita, wszystko było już inne. Wili był obecny. Czasem to on przejmował codzienność. I to było dla mnie ważne doświadczenie – zobaczyć, że role mogą się przesuwać, że nic nie jest dane raz na zawsze.
Pracujemy blisko siebie. W jednej pracowni, ale na różnych piętrach. Praca miesza się z życiem, a życie z pracą, choć nie w sposób chaotyczny, raczej organiczny. Wili ma bardzo wyraźny rytm pracy. Od dziesiątej do siedemnastej jest w pracowni, dzień w dzień, od lat. Oczywiście możemy do siebie zajrzeć. To jest przyjemne. Trudniejsza jest praca przy filmach, które robimy razem. Film jest zupełnie innym porządkiem niż malarstwo. Jest zespołowy, oparty na decyzjach, hierarchii, napięciu. I bardzo szybko okazało się, że to pole potrafi być dla nas naprawdę niebezpieczne. Bywało, że kłóciliśmy się na planie. Przy ekipie. O decyzje, o moment zakończenia zdjęć, o to, czy coś jest już gotowe, czy jeszcze nie. Po jednej z kłótni przez dwa tygodnie w ogóle się do siebie nie odzywaliśmy. Dwa tygodnie milczenia, a jednocześnie wspólnej pracy. Rozmawialiśmy przez posłańców: „powiedz Ance”, „powiedz Wilhelmowi”. To był moment graniczny. Zrozumieliśmy, że jeśli chcemy być razem w życiu, nie zawsze możemy być razem w pracy. Albo tylko jedno z nas może być „kierownikiem” planu.
Dziś coraz częściej myślę o czasie. O jego nowej jakości. O melancholii, która nie jest smutkiem, tylko świadomością domykania i otwierania jednocześnie. O starości myślę bez lęku. Nasze życie jest uporządkowane, ale nie jest monotonne. Mamy wspólne życiowe archiwum – książek, obrazów i wciąż wiele spraw do omówienia. Nie wiem, na czym dokładnie polega sekret długiego bycia razem. Może chodzi o uważność, którą nazwać też można czułością, ale też wspólne intelektualne wyzwania. O rozmowę. O gotowość do zmiany. I o podtrzymywanie napięcia, zainteresowania sobą nawzajem i światem.
Nie było jednego początku. Raczej długie patrzenie z oddali. Przez trzy lata obserwowałem Ankę, zanim się do niej odezwałem, i to patrzenie wystarczało, żeby świat miał wyraźniejszy kontur.
Myślę, że od początku łączyło nas opowiadanie świata. Świat jest komentowany, czasem ostro, czasem z humorem, ale nigdy obojętnie. Anka mówi dużo. Czasem za dużo. Mówi ciągle. Opowiada mi też swoje sny, choć przecież sny to halucynacje, są nieprzekazywalne. Ale słucham. Bo wierzę, że relacja polega także na gotowości do słuchania tego, co nie do końca zrozumiałe. I że jej mówienie jest znakiem, że wszystko jest na swoim miejscu. Bo jej głos jest jak puls relacji. Ona mnie też chroni, i mówię to zupełnie serio. Przejmuje na siebie nadmiar informacji, filtruje świat, wie, co mi powiedzieć, a czego nie. Wiadomości płynące z mediów potrafią mnie zalać, zepsuć cały dzień. Dlatego unikam tego. Śmieję się, że mam swoje prywatne Radio Anka.
To z tego lęku przed okrucieństwem świata mamy dom w Kalifornii. Kupiliśmy go, gdy wybuchła wojna w Ukrainie. Nagle napięcie stało się wszechobecne. Nie tylko strach związany z tym, co dzieje się tuż za granicą, ale też ciężar polskiej rzeczywistości — jej ostrej polaryzacji, zmęczenia konfliktem, świadomości, że ogromna część społeczeństwa nie reaguje alergicznie na nacjonalistyczny ton, lecz go akceptuje, a czasem wręcz potrzebuje. Chcieliśmy choć na chwilę zdjąć z siebie napięcie. W Kalifornii bywaliśmy już wcześniej. To miejsce ma w sobie coś eksterytorialnego. To była też zmiana estetyczna: inny krajobraz, inna skala, inne tempo, świat, który na chwilę przestaje naciskać. Ale to Polska pozostaje miejscem, do którego wracamy. Często razem podróżujemy, to uatrakcyjnia nam świat. Wtedy samochód staje się zamkniętą kapsułą, w której świat przesuwa się za szybą, a my jesteśmy wobec siebie obecni. Gorzej, kiedy pokłócimy się w trakcie takiej podróży, a to się zdarza, i wówczas napięcie wzrasta, samochód staje się kapsułą gniewu. Ale nauczyliśmy się jednego: że rozmowa jest jedyną drogą powrotu. Do siebie.
Najpiękniejszym prezentem, jaki dostałem od Anki, był audiobook. Jej głos czytający książkę tylko dla mnie. Ale zanim ten prezent do mnie dotarł, pojawił się niepokój i pewne podejrzenia. Anka zawsze odbiera telefon. Więc kiedy nagle przestała odbierać, coś się we mnie uruchomiło. Nie był to lęk, raczej czujność. Taka drobna rysa na obrazie codzienności. Wyjeżdżała do Warszawy, mówiła, że ma sprawy, że nie może rozmawiać, że oddzwoni później. A ja wiedziałem tylko tyle, że to jest nienormalne. Że coś się dzieje poza mną. I tak pojawiła się zazdrość. Nie w sensie konkretnego podejrzenia, raczej jako reakcja na brak dostępu. Na to, że nagle nie mam jej głosu na zawołanie. To uświadomiło mi, jak bardzo ten głos jest dla mnie częścią porządku świata. A potem okazało się, że nagrywała audiobook. Skupiona w studiu czytała „Obcego” Camusa. Książkę, która jest dla nas ważna od zawsze. Zrobiliśmy na jej podstawie film. Kiedy usłyszałem jej głos czytający tę historię, zrozumiałem, że to coś więcej niż prezent.
Był też prezent w drugą stronę. Dla Anki. Rysunek, właściwie kolaż. Zrobiłem go trochę serio, a trochę na żarty, choć z takich żartów zawsze wychodzi najwięcej prawdy. To było podium z jej… nałogami. Trzy stopnie, a wokół lista rzeczy, które ją definiują. Opowiadanie treści książek ludziom, którzy wcale niekoniecznie chcą tego słuchać. Bardzo długie rozmowy przez telefon. Opowiadanie snów oraz czytanie książek, e-papierosy oraz wydawanie poleceń i udzielanie rad. Kiedy to robiłem, śmiałem się sam do siebie - to było bardzo celnie wypunktowane. A jednocześnie pełne czułości. Bo te jej „nałogi” są w gruncie rzeczy tym, co trzyma świat w ryzach. Tym, co go organizuje. Anka powiedziała, że nie ma zamiaru się z żadnego z nich leczyć, a wręcz przeciwnie, zamierza je wszystkie pielęgnować. I ja to rozumiem. Bo to nie są słabości. To są sposoby bycia w świecie. Ten kolaż był dla mnie też formą mówienia: widzę cię, znam cię, przyjmuję cię taką, jaka jesteś. Bez poprawiania. Bez wygładzania.
Może właśnie dlatego maluję obrazy. Żeby czasem powiedzieć coś, czego nie umiem powiedzieć wprost. Anka to potrafi. Wiem, bo ocenia moje obrazy. Bez taryfy ulgowej. Bywa, że to bolesna ocena. Z czasem zrozumiałem jednak, że ona wyłapuje, nazywa rzeczy, co do których ja sam mam wątpliwości. To nie jest troska o mnie. To jest troska o sens. O malarstwo. O historię. I jeśli Anka mówi coś trudnego, to dlatego, że dotyka miejsca, które i tak już było we mnie. Bo zna mnie najlepiej.