Partnerzy

Klaudia Szafrańska-Pawłowska i Józef Pawłowski: "Miłość to wybór"

Klaudia Szafrańska-Pawłowska i Józef Pawłowski: Miłość to wybór
Klaudia Szafrańska-Pawłowska i Józef Pawłowski
Fot. Maciej Nowak

Zamieszkali razem dopiero po ślubie, ale nie przeszkodziło im to dobrze się poznać. Dziś powiedzieć o nich, że się dopełniają, to mało – dzięki małżeństwu Klaudia Szafrańska-Pawłowska i Józef Pawłowski są „bardziej sobą”.

Kim jest Klaudia Szafrańska-Pawłowska 

Klaudia Szafrańska-Pawłowska – wokalistka, kompozytorka, współzałożycielka duetu Xxanaxx, z którym stworzyła jeden z najbardziej charakterystycznych brzmieniowo projektów polskiej elektroniki ostatniej dekady. Znana z hipnotycznego głosu, wyrazistej scenicznej obecności i umiejętności łączenia intymności z energią. Poza duetem współpracowała z wieloma producentami i artystami, rozwijając solową drogę i budując własny styl oparty na emocji, rytmie i precyzji słowa.

Kim jest Józef Pawłowski

Józef Pawłowski – aktor filmowy, serialowy i teatralny. Absolwent Akademii Teatralnej w Warszawie. Szerokiej publiczności dał się poznać rolą Stefana w „Mieście 44”. Występował m.in. w „Czasie honoru”, „Wojennych dziewczynach”, „Profilerce”, „Belfrze” czy w filmie „Jack Strong” i „Piłsudski”. Łączy role historyczne, dramatyczne i komediowe, a na scenie pracuje z charakterystyczną dla siebie koncentracją i spokojem.

KLAUDIA SZAFRAŃSKA-PAWŁOWSKA O ZWIĄZKU Z JÓZEFEM

Na początku była zwykła wiadomość. Obejrzałam „Miasto 44” i długo nie mogłam dojść do siebie — coś we mnie zostało, poruszyło się, domagało słowa. Napisałam mu więc, że zrobił coś ważnego. Bez podtekstów, bez oczekiwań. Odpisał jednym słowem: „Dziękuję”. I tyle. Mogło się na tym skończyć. Dopiero później okazało się, że mamy wspólną znajomą. To ona była kolejnym punktem zaczepienia - mogłam więc pociągnąć dalej temat, że spotkałam ostatnio jego znajomą z tego filmu, która również okazała się świetną osobą. Więc napisałam. Też krótko, też nieśmiało. I dopiero wtedy rozmowa ruszyła. Najpierw zupełnie niewinnie, z dystansem. Potem coraz dłużej, coraz bardziej po coś. Nawet nie wiem, kiedy zrozumiałam, że to nie jest już przypadkowe wymienianie zdań, tylko relacja, która ma kierunek. Po prostu pewnego dnia poczułam, że dobrze mi z nim w tej przestrzeni słowa.

Klaudia Szafrańska-Pawłowska: „Byłam spokojna o siebie przy nim”

Zaskakująco szybko wiedziałam, że chcę z nim być. Byłam spokojna o jego uczucia i spokojna o siebie przy nim. Ceniłam to, że nie uciekał od trudnych rzeczy. Że można było płakać, mówić, można było się zapaść, a on nie znikał. Nie deklarował wielkich słów o tym, jakim to on będzie kiedyś partnerem czy ojcem. On po prostu działał tak, że czułam się bezpiecznie.

Przed ślubem trzy lata mieszkaliśmy osobno — z powodu wiary. Na początku kompletnie tego nie rozumiałam. Wydawało mi się to nienaturalne, zwłaszcza w świecie, w którym wszyscy mieszkają razem przed ślubem. Ale on mówił, że nie chce być „trochę w ciąży”, że jeśli pewne wartości są dla niego fundamentem, nie może nagle ich rozmiękczyć. Wkurzało mnie to czasem, ale po długich rozmowach zrozumiałam, że to nie jest konserwatyzm dla zasady, tylko uczciwość wobec siebie. I wobec mnie. Zobaczyłam, że to nam dało coś naprawdę dobrego: czysty, równy start. Moment, w którym po ślubie naprawdę zaczynaliśmy wspólne życie, nie kontynuowaliśmy czegoś rozpoczętego wcześniej.

Klaudia Szafrańska-Pawłowska: „W naszej codzienności jest sens”

Czasem wychodziło, że myślimy kompletnie inaczej. Ale dzięki temu nauczyliśmy się mówić i zobaczyłam, jak bardzo milczenie potrafi być groźne. Oczywiście, że się kłócimy. Nie ma związku bez ranienia się od czasu do czasu. Najczęściej o głupoty, bo o to najprościej. Ale nauczyliśmy się „reparacji” — mojego ulubionego słowa. Ja zwykle szybciej się wyciszam, szybciej wracam do punktu zero. On potrzebuje więcej czasu, bo emocje dłużej w nim krążą. Ale zawsze wracamy. Zawsze. I to nas wzmacnia.

Ślub pamiętam do dziś niemal w szczegółach, ale najbardziej pamiętam moment po wszystkim. Kiedy wróciliśmy, zamknęliśmy drzwi i byliśmy już tylko my — mąż i żona. To uczucie, że zaczynam nowe życie, było silniejsze niż cała ceremonia. Zwłaszcza że tego samego dnia wprowadziłam się do niego. Wreszcie razem, po trzech latach osobno.

Porody były kolejnym doświadczeniem, które nas ukształtowało. Przy pierwszym było sporo ciekawości, ale też niepewności. Przy drugim — byłam świadoma, zdeterminowana. On był obok. Potrafił żartować w chwilach, gdy trzeba było mnie odciążyć, i być absolutnie poważny, kiedy potrzebowałam jego obecności jako oparcia. Widziałam w jego oczach, jak przeżywa moją siłę, mój ból, moją walkę. To było jedno z tych doświadczeń, które cementują związek bardziej niż jakiekolwiek słowa. Dziś mamy dwie córki. I chcemy więcej dzieci. Nie dlatego, że tak wypada. Po prostu w naszej codzienności jest sens, którego nie da się wytłumaczyć komuś, kto tego nie czuje. Największa zmiana wydarzyła się jednak we mnie.

Klaudia Szafrańska-Pawłowska: „Nigdy mnie nie oceniał. Nigdy nie spojrzał z góry”

Przed związkiem z Józkiem długo żyłam z przeświadczeniem, że moja opinia jest mniej ważna. Że lepiej nic nie mówić, żeby nikogo nie urazić. Że inni wiedzą lepiej. Często słyszałam, że na niczym się nie znam, więc zaczęłam wierzyć, że to prawda. Przy nim nauczyłam się mówić, mieć swoje zdanie i przyznawać, że czegoś nie wiem — bez wstydu, bez lęku. On nigdy mnie nie oceniał. Nigdy nie spojrzał z góry. Tłumaczył spokojnie, normalnie. I w pewnym momencie poczułam, że naprawdę jestem partnerką, nie dodatkiem. Teraz wiem, czego potrzebuję. Wiem, co myślę. Wiem, że mam prawo to wypowiedzieć. Jestem sobą — pełniej niż kiedykolwiek. Mam dom, w którym czuję się bezpiecznie. Męża, który mnie widzi i traktuje serio. Dwie córki, które codziennie uczą mnie miłości w działaniu. I siebie — taką, którą dopiero przy nim odważyłam się odkryć.

JÓZEF PAWŁOWSKI O ZWIĄZKU Z KLAUDIĄ

Wychowano mnie w przekonaniu, że miłość jest decyzją. Nie zachwytem, nie fajerwerkiem, nie emocją, która raz jest, raz znika, tylko czymś, co trzeba codziennie wybrać. „Miłość to wybór” — tak mówił mój ojciec chrzestny. I dopiero jako dorosły zrozumiałem, jak bardzo to zdanie mnie ukształtowało. To był fundament, na którym zbudowałem wszystko, co dziś uważam za dorosłość: odpowiedzialność, konsekwencję, świadomość tego, że słowo waży dopiero wtedy, kiedy potwierdzasz je zachowaniem. Dlatego moment, w którym poczułem, że z Klaudią tworzę coś prawdziwego, był skromny i cichy. Nie miał nic wspólnego z filmową dramaturgią, bardziej z tym charakterystycznym wewnętrznym kliknięciem, które mówi: „Tu możesz zdjąć pancerz”. Ona zobaczyła mnie w stanach, których nikt poza najbliższymi nie widział: w słabości, w lęku, w chwilach, gdy aktor zostaje sam ze sobą — bez roli, bez maski, bez ekranowej odwagi. I w tych momentach patrzyła na mnie bez oceny, ale też bez naiwnego zachwytu. To była uważność bez złudzeń, a jednocześnie — bez chłodu. Najrzadsze połączenie.

Józef Pawłowski: „To jest nasza drużyna”

Pracując w tym zawodzie, nie da się wyczyścić siebie z narcyzmu. Scena tego wymaga: potrzeby bycia widzianym, bycia słyszanym, bycia docenionym. To jest wpisane w zawód, choć rzadko się o tym uczciwie mówi. A potem wracam do domu, w którym czekają dwie córki, bałagan po śniadaniu i realne życie, które przywraca proporcje w pięć minut. I to jest wybawienie. Bo prywatne życie jest dla mnie jedynym miejscem, w którym mogę zrzucić ambicje, zbroje, projekcje. Tu nie jestem „kimś z ekranu”. Tu jestem człowiekiem, który myje butelkę, zmienia pieluchę, trzyma dziecko na biodrze i rozwiązuje po drodze trzy konflikty o klocki. To jest mój prawdziwy rytm, dzięki któremu nie odlatuję.

Teraz wiem, że część domowych obowiązków spadnie na mnie, bo Klaudia pracuje intensywnie nad płytą — znowu Xxanaxx, nowy materiał, nowe poszukiwania. I wiem, że ten czas twórczy jest dla niej jak powietrze. Dlatego przejmuję więcej obowiązków, więcej domu, więcej dzieci. Nie dlatego, że „pomagam”. Nie znoszę tego słowa. To jest nasza drużyna, w której każdy w danym momencie bierze więcej albo mniej. Tyle. Ja pracuję głównie w nocy. To mój jedyny niekradziony czas. Kiedy jedziemy na wakacje, dzieci śpią w jednym pokoju, a ja zamykam się w łazience z tekstem. Słyszę przez ścianę ich oddechy, a jednocześnie powtarzam kwestie, notuję, rysuję sobie wewnętrzny plan postaci. Klaudia śmieje się, że to „Paweł z łazienki”, ale tak po prostu wygląda praktyka tego zawodu, jeśli nie chcesz, żeby praca wyrwała ci życie rodzinne z rąk.

Józef Pawłowski: „Dobrze trafiłem”

Trzy lata temu przyszła fala, która mnie przetestowała. Przemęczenie, ciśnienie, presja, praca, nieustanne przełączanie na tryb „radzę sobie” — aż coś pękło. I wtedy dopiero zobaczyłem, czym jest relacja, która ma sens. Nie taka, w której druga osoba nosi cię na rękach. Tylko taka, w której ktoś potrafi słuchać twojej słabości, a jednocześnie powiedzieć: „Nie leż w tym za długo”. Klaudia ma w sobie właśnie to połączenie: akceptację i wymaganie. Umie stworzyć przestrzeń, ale umie też popchnąć. To było jedno z doświadczeń, które mnie ostatecznie przekonało: „Dobrze trafiłem”.

Wrażliwości w związku nie unikniesz. Ludzie wierzą, że wystarczy chcieć „nie ranić”, a wszystko będzie gładko. A przecież bliskość polega na czymś odwrotnym — na zgodzie, że będziemy się czasem kaleczyć. Bo mamy różne temperamenty, różne prędkości, różne zranienia. Ja emocje trzymam długo. Potrzebuję czasu, żeby ostygnąć. Klaudia wraca do równowagi szybciej. Ale dla mnie kluczowe jest to, że potrafimy do siebie wrócić. Nie w formie patetycznego pojednania, tylko zwykłej rozmowy. Dialog jest dla mnie ważniejszy niż jakakolwiek technika „naprawiania”.

Józef Pawłowski: „Klaudia nauczyła mnie czułości”

Z domu wyniosłem poczucie odpowiedzialności, nie w wersji spiżowej, tylko praktycznej: jeśli coś zaczynasz — dokańczasz. Jeśli składasz deklarację — żyjesz tak, żeby jej nie unieważnić. To, że nie dzielę życia na „męskie” i „niemęskie”, też jest stamtąd. Podział obowiązków? Dla mnie to nigdy nie była kategoria ideologiczna. Jeśli zaprosiłem człowieka na świat, to przewijam. Jeśli rozleję, to sprzątam. Jeśli rzucę papierek, to go podnoszę. To kwestia przyzwoitości, nie płci. Klaudia nauczyła mnie czułości. I tego, że w męskości jest miejsce na miękkość, nie na pokaz, tylko w praktyce: w tym, jak trzymasz dziecko, w tym, jak słuchasz, w tym, jak potrafisz powiedzieć: „Nie wiem, pomóż mi”. Zawdzięczam jej rodzinę. I to, że jestem dziś bardziej sobą, a mniej projektem samego siebie. Zawodowo mogę być różny — lepszy, gorszy, widoczny, niewidoczny. Ale w domu jestem człowiekiem, do którego wracają dwie małe dziewczynki i kobieta, która zna mnie „od spodu”. To jest mój punkt odniesienia. Mój rozbieg i mój powrót.