Portret

Małgorzata Niezabitowska: "Miłość, jeżeli jest prawdziwa, przechodzi różne etapy"

Małgorzata Niezabitowska: Miłość, jeżeli jest prawdziwa, przechodzi różne etapy
Fot. AKPA

Większość z nas pamięta ją przede wszystkim jako rzeczniczkę prasową pierwszego niekomunistycznego rządu. Z polityki odeszła lata temu, ale nadal robi rzeczy ważne. A jaka Małgorzata Niezabitowska jest prywatnie? Na rozmowę namówiliśmy ją samą, ale też jej męża, rodzinę i przyjaciół.

Wrzesień 1989 rok. Przepełniona sala. 24 zagraniczne telewizje, 400 dziennikarzy, kamery ustawione ciasno, ostre światła skierowane prosto na nią. Pierwsza konferencja prasowa pierwszego niekomunistycznego rządu w Europie Środkowo-Wschodniej. Przed mikrofonem stanęła śliczna długowłosa blondynka. „Prawdy, prawdy, prawdy tak jak chleba, prawdy, prawdy, prawdy nam potrzeba…” - zacytowała fragment nieoficjalnego hymnu Solidarności, który narodził się w 1981 roku. A potem dodała od siebie: „Od dzisiaj tylko prawda, kłamstwo się skończyło”. I nie był to efektowny gest, lecz deklaracja zmiany epoki. Tak Polacy poznali Małgorzatę Niezabitowską.

Małgorzata Niezabitowska: pierwsza rzeczniczka prasowa wolnego rządu

Kiedy Tadeusz Mazowiecki kompletował rząd, potrzebował kogoś, kto rozumie media i nie ulegnie ani triumfalizmowi, ani presji. Znał ją z „Tygodnika Solidarność”, cenił za niezależność. – To był przełomowy moment i trzeba było brać odpowiedzialność, choć, jak tłumaczył mi premier, wielu się wzdragało. Ja się odważyłam - wspomina Małgorzata. Została pierwszą rzeczniczką prasową wolnego rządu. Brzmi dumnie, ale to było prawdziwe pole minowe. Codziennie konferencje. Tłumaczenie ogromnych zmian na wszystkich polach, w tym bolesnych, lecz niezbędnych reform gospodarczych, uspokajanie emocji w czasie, gdy ludzie tracili pracę, a entuzjazm mieszał się z lękiem.

Pracowaliśmy po 14-16 godzin dziennie, od poniedziałku do poniedziałku - mówi Małgorzata.

Jej córka, Maryna Tomaszewska, która wtedy miała 11 lat, wspomina, że przez 15 miesięcy częściej widziała mamę na ekranie telewizora niż w domu. Sama Małgorzata przyznaje, że miała wrażenie, jakby porzuciła rodzinę. A wszyscy zastanawiali się: kim jest ta dziewczyna?

Małgorzata Niezabitowska: "Wiedziałam, gdzie przynależę, i miałam ku czemu aspirować"

Dorastała w świecie, w którym historia nie była abstrakcją, lecz opowieścią w kręgu bliskich ludzi. Pochodzi z rodziny ziemiańskiej, a w jej życiorysie splatają się obok rodowego nazwiska Koryatowicz-Kurcewiczów, Ryxów, Mysyrowiczów, Leszczyńskich. Byli wśród nich powstańcy, legioniści, żołnierze wojny 1920 roku i Armii Krajowej, ofiary Katynia. Przekaz był jasny. – Nie zawsze udało mi się sprostać tym wysokim standardom - mówi Małgorzata. - Ale wiedziałam, gdzie przynależę, i miałam ku czemu aspirować.

Wczesne dzieciństwo spędziła w domu dziadków Kurcewiczów w Sopocie i w warszawskim mieszkaniu z rodzicami. W poniemieckiej willi, w kresowej gościnnej atmosferze grano na zapałki w brydża i pokera, a dziadek Jerzy czarował historiami ze swojej bujnej przeszłości z czasów carskiej Rosji i bolszewickiej rewolucji. W dwóch przechodnich pokojach na Mokotowie często panował mrok, bo z powodu niezapłaconego rachunku wyłączano prąd. Podczas stalinowskich czystek ojciec Tadeusz został wyrzucony z wojska z wilczym biletem. Na dom zarabiała matka, Barbara, przepisując rękopisy. – Mnie małą nawet bawiły te sceny, gdy tata stał nad mamą ze świecą i czytał tekst, oświetlając jej klawiaturę - wspomina Małgorzata. Było ciężko, ale młodzi rodzice starali się przyjmować niepowodzenia z humorem. Listopad 1957 roku przerwał wszystko. Matka umarła cztery dni przed dziewiątymi urodzinami córki.

Świat się zawalił, z radosnego dziecka stałam się zrozpaczoną dziewczynką - wspomina.

Ocaliła ją babcia Jadwiga Niezabitowska. – Spędziłyśmy razem zaledwie półtora roku, ale dzięki jej ogromnej miłości i mądrości to wystarczyło – tłumaczy Małgorzata. Babcia wiedziała, że jest nieuleczalnie chora. Dyktowała Małgosi zestaw, który miał jej służyć na różnych etapach życia – od wartości fundamentalnych, takich jak uczciwość, honor, odwaga cywilna po zbiór wskazówek praktycznych. – Ten katalog okazał się bezcenny. Do dziś błogosławię babcię i codziennie palę świeczkę przed jej portretem.

 

Małgorzata Niezabitowska: "Umiałam fantazjować, lecz nie kłamać"

Została z ojcem. Tylko we dwoje. Niedzielne wyjazdy do lasu, rozmowy, proste jedzenie, wspólne śpiewanie. Lęk wracał wraz z jego gruźlicą. Groźba domu dziecka była realna. Po protekcji przyjaciela rodziny trafiła do internatu dla dzieci dyplomatów. Wśród uprzywilejowanej młodzieży przez chwilę rozważała, by stworzyć legendę, wysłać ojca do Brazylii, ale szybko zrezygnowała. – Umiałam fantazjować, lecz nie kłamać, i obowiązywała żelazna reguła babci Jadzi: prawda, choćby najgorsza. No i zrobiło mi się głupio, że wstydzę się ojca. Potem pojawiła się macocha jak z bajki o Kopciuszku lub Królewnie Śnieżce. Małgorzata zamiast buntować się, odpuściła. Nie chciała robić ojcu piekła. Mając 15 lat, po szkole jeździła do sądu, by przepisywać akta. Dzięki temu mogła kupić sobie ubranie i książki. Po maturze wyprowadziła się. Studiowała prawo, potem dziennikarstwo, zarabiała jako modelka i stała się niezależna. Ojciec i macocha rozstali się po kilku latach. Tadeusz Niezabitowski zamieszkał z Małgorzatą i jej mężem, opiekował się wnuczką. Zmarł w 1994 roku.

W marcu 1968 roku Małgorzata była na drugim roku wydziału prawa. W budce telefonicznej przeczytała kartkę o proteście w obronie Henryka Szlajfera i Adama Michnika oraz przeciw zdjęciu spektaklu „Dziady”. Poszła na wiec na uniwersytet, następnego dnia na politechnikę, gdzie w auli z balkonów spadały płonące gazety na znak protestu przeciw kłamstwom o chuligańskich wyczynach studentów. W obu przypadkach po zakończeniu zgromadzeń studentów zaatakowało ZOMO. Małgorzacie udało się uciec, lecz wielu z jej kolegów spałowano i aresztowano. Wkrótce rozpoczął się strajk okupacyjny, który spędziła w gmachu swojego wydziału. Wszystko razem, ocenia, stało się inicjacją polityczną i bojowym chrztem. Natomiast kampania antysemicka była dla Małgorzaty moralnym wstrząsem. Emigracja przyjaciół – wielkim dramatem. Wtedy obiecała im i sobie, że kiedyś zmierzy się z tematem wówczas całkowicie nieznanym, dotyczącym polskich Żydów i naszych wspólnych dziejów.

Po studiach, gdy zaczynała pracę jako dziennikarka, szybko zobaczyła, jak działa system. Cenzura na wszystkich etapach – wewnątrz redakcji i w urzędzie kontroli. W tygodniku „Zwierciadło” w reportażu zamiast laurki z zamkniętego garnizonu pokazała izolację i pijaństwo. Tekst wygładzono mimo jej sprzeciwu. Brutalna lekcja: prawda jest materiałem do obróbki. Reportaż w PRL-u był sztuką kamuflażu albo autocenzury. Ona nie chciała ani jednego, ani drugiego. Porzuciła dziennikarstwo, by pisać scenariusze i teksty piosenek. Wtedy historia znów przyspieszyła. Pojawiła się Solidarność. A wcześniej prawdziwa miłość.

Małgorzata Niezabitowska opowiada o swojej miłości

Tomasz Tomaszewski zobaczył ją po raz pierwszy w klubie Dziekanka. Był wernisaż, potem tańce. Przyjechał spóźniony z Bełchatowa, gdzie fotografował mieszkańców wysiedlonych przez kopalnię. – Wszedłem i na środku parkietu ujrzałem białego anioła - opowiada. - Piorun strzelił. Wiedziałem: ta albo żadna. Poprosił przyjaciela, by ich przedstawił, i tańczyli do rana. Tomasz odprowadził Małgorzatę do domu, deklamując wiersze Gałczyńskiego i - jak w romantycznej komedii - zapomniał zapytać o numer telefonu. Ale wiedział, gdzie jej szukać. Spotkali się już następnego dnia, pobrali po pół roku.

Tomek był tak romantyczny, pełen temperamentu, wdzięku, szaleństwa w tej miłości, a jednocześnie opiekuńczy i pełen męskiej siły – wspomina Małgorzata.

– Dałam się unieść czy raczej porwać uczuciom i się nie zawiodłam. W lutym minęło 48 lat od ślubu. Dla niego życie z nią jest wyzwaniem, ale mobilizującym. – To jest kreatywny alert. Budzić się obok kogoś takiego przez dekady i wciąż chcieć ją zadziwić. Żeby spojrzała tym cudownym wzrokiem i żebym wyczuł, że ciągle jej się podobam. Dla tego spojrzenia warto żyć.

Gdy zostali parą, zakochany Tomasz potrafił zrobić Małgorzacie kąpiel w podgrzanym mleku i wyprawić się do huty szkła, by przywieźć dla niej niedostępne na rynku szklanki. Do dziś to on „ubiera” żonę – zna się świetnie na strojach i kupuje je bezbłędnie. Małgorzata mówi z uśmiechem: – Nie zrobię kopernikowskiego odkrycia, stwierdzając, że miłość, jeżeli jest prawdziwa, głęboka, a nie jakimś chwilowym zauroczeniem, przechodzi różne etapy. Teraz dla nas to konglomerat ogromnego sentymentu, czułości i pewności, że możemy na sobie polegać, że się doskonale rozumiemy, niejednokrotnie wystarczy słówko czy spojrzenie i wszystko jasne, i że razem nadal dobrze się bawimy. I jest jeszcze nowość, którą bardzo lubią – śmiech ze starzenia się. Gdy któreś czegoś nie dosłyszy albo pomyli słowo, nie robią z tego problemu. – Tylko się chichramy - opowiada Małgorzata. - Niekiedy z małym dodatkiem, w czym celuje Tomek, który mówi: „Niedosłyszę, niedowidzę, ale zawsze będę cię kochać”.

Małgorzata nie idealizuje ich małżeństwa: – Zdarzyły się nam kryzysy, ale ponieważ z nich wyszliśmy, utrwalały nasz związek. – Uwielbiam, jak on mówi do niej: Miłosna - mówi przyjaciółka, Gołda Tencer. - Bo w tym jednym określeniu zawiera się cała jego opowieść o Małgorzacie.

Z Gołdą poznały się ponad 40 lat temu, kiedy Małgorzata i Tomek pracujący nad książką o polskich Żydach pojawili się w Teatrze Żydowskim. – Małgosia ma ogromną empatię. Kocha ludzi. W przyjaźni jest wierna, a to dziś rzadkie słowo – mówi Gołda i podkreśla, że wiele się od niej nauczyła, m.in. uważności i odwagi podejmowania trudnych tematów. Różnice kulturowe czy religijne nigdy nie stały się przeszkodą dla przyjaciółek. – Myśmy się nad tym w ogóle nie zastanawiały. Ważne było wspólne działanie i wzajemne wsparcie - mówi Gołda. Razem zrobiły wystawę „I ciągle widzę ich twarze. Fotografia Żydów polskich”, którą prezentowano w muzeach na całym świecie, m.in. w Los Angeles, Paryżu i Buenos Aires.

 

Małgorzata Niezabitowska: reporterka "Tygodnika Solidarność"

W sierpniu 1980 Małgorzata leżała z anginą i wysoką gorączką. – Słuchałam Radia Wolna Europa niemal non stop - wspomina. Kiedy wyzdrowiała, pojechała na Wybrzeże. Chciała uczestniczyć maksymalnie: „opisywać, pokazywać, przeżywać”. Napisała sztukę dokumentalną o powstaniu Solidarności, została reporterką „Tygodnika Solidarność”. 13 grudnia 1981 roku Polska obudziła się pod wojskowym butem. Telefony milczały, czołgi stały na ulicach, kraj był odcięty od świata, zablokowany. Małgorzata najpierw wyniosła archiwa Tomka i swoje i ukryła je u sąsiadów. Mąż był za granicą, wrócił pierwszym pociągiem. Od razu rozpoczęli to, co było zabronione i groziło wieloletnim więzieniem – dokumentowanie stanu wojennego. Tomek, pilotowany przez Małgorzatę, fotografował przez dziurkę wyciętą w rękawiczce.

Małgorzata pisała dziennik, w którym dla kamuflażu występowała jako mężczyzna. Zmikrofilmowany tekst i zdjęcia przekazywała niczym w szpiegowskim thrillerze francuskiemu dyplomacie. Gubili esbecki „ogon”, błyskawicznie przekazywali materiały, które w poczcie dyplomatycznej dostawały się na Zachód, gdzie były szeroko publikowane. Także te z brawurowych akcji, takich jak fotografowanie uwięzionych działaczy Solidarności oraz trzymanego w odosobnieniu Lecha Wałęsy.

Małgorzata Niezabitowska: "Kochałam wolność i utraciłam ją"

Przez cztery kolejne lata pracowali nad materiałem o polskich Żydach. Powstała książka, która z przyczyn cenzuralnych nie mogła ukazać się w Polsce i miała premierę w Stanach. Tam też wyjechali, gdy Małgorzata otrzymała prestiżowe stypendium na Harvardzie. Dla „National Geographic” małżeństwo przygotowało reportaż „Discovering America” i aby ją „odkryć” przejechali kontynent trzy razy. Zarówno książka, jak też materiał dla znanego magazynu odniosły duży sukces i były doskonałym punktem startowym do dalszego życia w USA, ale Małgorzata od początku wiedziała, że ta podróż ma sens tylko „w obie strony”. – W Polsce nikt nie wierzył, że wrócimy, w Ameryce nikt nie rozumiał, że wracamy.

Gdy naczelny „National Geographic” zapytał: „Dlaczego tam wracacie?”, odpowiedziała krótko: „Bo to nasz dom”. Po powrocie weszła w politykę jako rzeczniczka rządu Mazowieckiego. Pełniła tę funkcję niecałe półtora roku. Jak mówi, zraziła ją tzw. wojna na górze (konflikt, który podzielił obóz Solidarności w 1990 roku) i agresywna kampania prezydencka, w której Lech Wałęsa rywalizował z Tadeuszem Mazowieckim i kandydatem z zagranicy, Stanem Tymińskim.

Dzięki pracy rzeczniczki Małgorzata stała się osobą powszechnie znaną, co wykluczało powrót do dawnego zawodu. Założyła wydawnictwo, potem agencję PR, ale… – Kochałam wolność i utraciłam ją, prowadząc firmę – mówi. Kiedy mogła odejść, zrobiła to natychmiast i zabrała się do pracy pisarskiej, o której marzyła. Dziś ma na koncie szereg publikacji, spośród których największą satysfakcję sprawiła jej świetnie przyjęta przez czytelników powieść „Światłość i mrok”.

Piotr Wiślicki, prezes Stowarzyszenia Żydowski Instytut Historyczny, jest wdzięczny Małgorzacie za książkę „Ostatni: Współcześni Żydzi polscy”. Poznali się zresztą podczas jej promocji. Przyjaźnią się od tego czasu, to już ponad 30 lat. – To było dla mnie bardzo osobiste, bo po Marcu ’68 ukrywałem swoje żydowskie życie - opowiada Piotr. Jego przyjaźń z Małgorzatą dodatkowo wzmocniło wspólne tworzenie Muzeum POLIN. – Byliśmy z dwóch stron - ja z myślenia żydowskiego, ona z myślenia polskiego. A mimo to nie byliśmy naprzeciwko siebie jako przeciwnicy. Myśmy się uzupełniali - opowiada Piotr. Pamięta nocne korekty podpisów na wystawie i spór o jedno sformułowanie. – Ona chciała zmienić, ja chciałem zostawić - śmieje się. Ale zawsze dochodzili do porozumienia. Dlatego poprosił ją o napisanie książki „Na początku było marzenie. Jak powstało Muzeum Historii Żydów Polskich 1993-2014”. – Małgosia jest od kilkunastu lat w Radzie Muzeum, której obecnie przewodniczę. Wspierała mnie też publicznie w trudnych momentach W takiej działalności trzeba wiedzieć, że na kimś można się oprzeć - wyjaśnia Wiślicki. Najważniejsze słowa, które o niej wypowiada: – Lojalność. Uczciwość. Niepodważalne zaufanie. – Jej rdzeniem jest uważność - dodaje. - Małgorzata jest osobą, z którą człowiek chce rozmawiać, dzielić się sprawami. Zawsze mogę pójść i powiedzieć: potrzebuję porady.

Przyjaciele o Małgorzacie Niezabitowskiej

Tę niezwykłą umiejętność wsłuchiwania się w drugiego człowieka potwierdza wnuk Konstanty Koss, student prawa. Babi, jak nazywają Małgorzatę wnuki, nie smaży naleśników, jak zwykle robią babcie, lecz jest wymarzonym przewodnikiem po życiu. Zamiast naleśników - opowieść i zwierzenia, do tego pyszna herbata. – Najlepsza, jaką kiedykolwiek piłem. Z goździkami, imbirem, pomarańczą i sokiem malinowym. Najważniejsze jednak jest coś innego: – Do Babi zawsze można pójść, nie tylko w ciężkich momentach. W takich, kiedy po prostu nie wiadomo, co zrobić. I to na pewno będzie świetna rada. Z dzieciństwa Konstanty nosi też w sercu wspomnienie, kiedy wieczorem, nocując u dziadków, układał się w łóżku z Babi i swoim bratem Szymonem. „Co chcecie usłyszeć?”, pytała. „Szymi i Kocio na Dzikim Zachodzie? Czy na pirackim statku? A może w dżungli?” I zgodnie z prośbą zostawali bohaterami przygodowych opowieści wymyślanych dla nich ot tak, spod kapelusza. – Uwielbialiśmy ich słuchać - mówi Konstanty. – To Babi zawdzięczam, że obudziła we mnie ciekawość tego, skąd się wywodzimy. Zgłębiła historię naszej rodziny i sprawiła, że zafascynował mnie ten temat.

Michał Kelles-Krauz jest kuzynem z bocznej gałęzi, a jednak mówi o Małgorzacie jak o kimś bardzo bliskim. – Mogę do niej zwrócić się w każdej sprawie: biznesowej, osobistej, życiowej – wyjaśnia. W Małgorzacie widzi autorytet, kogoś, kto łączy elegancję, empatię i żelazną dyscyplinę. Najlepiej było to widać podczas rodzinnego zjazdu w 2024 roku. Pomysł wyszedł od młodych, lecz bez Małgorzaty nic by się nie udało. Ostatecznie około 50 osób z różnych krajów spotkało się na kilka dni i wyruszyło autokarem śladami przodków do Krobowa, Prażmowa oraz innych mazowieckich dworów.

Magdalena Dziewguć, szefowa Google Cloud Poland, przyjaciółka Małgorzaty, podziwia u niej zaangażowanie w sprawy kobiet. – Jej ogromne doświadczenie i umiejętność strategicznego myślenia były bardzo pomocne choćby przy projektach skierowanych do kobiet, związanych z frekwencją wyborczą – mówi i opowiada, jak na dzień przed ciszą wyborczą, 15 października 2024, Małgorzata zaprosiła Jolantę Kwaśniewską i Annę Komorowską na spotkanie z liderkami różnych kobiecych ugrupowań. „To jest moment, kiedy realizuje się sztafeta kobiet – powiedziała wtedy. – My zrobiłyśmy wszystko, co w naszej mocy, żebyście miały szansę na lepsze życie. Teraz przekazujemy wam pałeczkę”. – Dla mnie i wielu innych młodych kobiet Małgorzata jest inspiracją – podkreśla Magda. A Ewa Mastyk, szefowa Fundacji Centaurus, dodaje, że Małgorzata, jako prezeska Fundacji Animals, doprowadziła w 1997 roku do uchwalenia ustawy o ochronie zwierząt. – Jednocześnie jest osobą mającą otwarte serce, które sprawia, że przy systemowym podejściu do pomagania potrafi zarazem pochylić się nad każdym skrzywdzonym stworzeniem.

Choć odeszła z polityki lata temu, Małgorzata Niezabitowska cały czas działa. I kiedy ktoś potrzebuje porady w ważnej sprawie, dzwoni do niej. A ona zawsze odbiera.

Kim jest Małgorzata Niezabitowska?

Małgorzata Niezabitowska - dziennikarka, pisarka, rzeczniczka pierwszego niekomunistycznego rządu RP. Kobieta, która w 1989 roku powiedziała publicznie: „Od dziś tylko prawda”. W 1981 reporterka „Tygodnika Solidarność”, po 13 grudnia słowem i obrazem dokumentowała stan wojenny, współpracowała z zagranicznymi mediami, przekazując światu, co działo się w kraju odciętym od informacji.
Autorka książek, m.in. „Ostatni: Współcześni Żydzi polscy”, „Prawdy jak chleba”, „Składana wanna”, „Światłość i mrok”, a także wydanej ostatnio we współautorstwie z Feliksem Falkiem „Na wzburzonych falach”, będącej zapisem dialogu dwojga przyjaciół. Współtwórczyni narracji o polskich Żydach i historii Muzeum POLIN. Uhonorowana nagrodami im. Ireny Sendlerowej i Czesława Miłosza oraz przez uczestników bitwy Medalem Monte Cassino.