Przekonała się, że ludzie odchodzą, miłość przemija, a poczucie bezpieczeństwa bywa złudzeniem. A jednak właśnie teraz Marta Nieradkiewicz zachwyca się światem bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
PANI: Erica Jong, autorka „Strachu przed lataniem”, napisała, że kobiety są wychowywane do tego, żeby były kochane, a nie wolne. Isadora Wing, w którą wcielasz się w spektaklu, ma męża, romans, fantazje, pożądanie, ale tak naprawdę cały czas szuka odpowiedzi na pytanie: jak nie zgubić siebie? Myślisz, że kobiety dziś bardziej boją się utraty miłości czy utraty siebie?
Marta Nieradkiewicz: Dziś jestem w takim momencie życia, w którym wielu lęków już się wyzbyłam. Nie dlatego, że nagle stałam się odważniejsza czy bardziej odporna. Po prostu zrozumiałam, że nie da się przeżyć życia, cały czas się go bojąc. Kiedyś bałam się wielu rzeczy. Miłości. Samotności. Rozczarowań. Tego, że coś się nie uda. Że ktoś odejdzie. Ale dzisiaj mam w sobie większą zachłanność na życie niż lęk przed nim. Bardziej chce mi się życia nachapać niż przed nim schować.
Powieść Jong ukazała się pół wieku temu, a już wtedy Isadora próbuje odpowiedzieć na pytania: Czego naprawdę pragnie? Kim jest poza rolami żony, kochanki i córki? Jak odróżnić własne pragnienia od tych, które zostały jej narzucone przez rodzinę, kulturę i mężczyzn? Ty masz poczucie, że z wiekiem łatwiej stawiać granice niż wtedy, gdy miałaś dwadzieścia kilka lat?
Nadal bardzo wierzę w miłość. Tylko dziś rozumiem ją inaczej. Kiedyś była dla mnie żywiołem. Jak burza w środku upalnego lata. Zakochiwałam się często. Chyba mam po prostu gorące serce. Za każdym razem wydawało mi się, że wydarza się coś niepowtarzalnego. W miłość wchodziłam całą sobą. Przyjaciółka powiedziała mi kiedyś: „Ty kochasz aż do spodu”. I rzeczywiście taka byłam. Głęboko przeżywałam, mocno się angażowałam, nie zostawiałam sobie odwrotu. Dziś jestem dużo ostrożniejsza. Nie dlatego, że mniej czuję. Raczej dlatego, że więcej rozumiem. Wiem już, jak łatwo oddać siebie po kawałku i jak trudno później wrócić do własnych granic. Kiedyś rozdawałam siebie bezwiednie - córce, partnerowi, ludziom, których kochałam. Dziś wiem, że jeśli nie zostawi się czegoś dla siebie, to w końcu nie ma już czego dawać innym. Paradoksalnie dopiero teraz mam poczucie, że moja miłość jest dojrzalsza. Jest w niej więcej oddechu, mniej lęku i więcej prawdy niż wyobrażeń. Nie chciałabym wrócić do siebie sprzed dwudziestu paru lat. Wtedy człowiek żyje w poczuciu własnej nieśmiertelności. Dzisiaj mam dużo większy szacunek do życia. Widzę wyraźniej jego kruchość.
Kiedy pierwszy raz poczułaś, że życie jest kruche?
Tak naprawdę teraz. Teraz dopiero czuję, co znaczy „być tu i teraz”. A przynajmniej starać się żyć w ten sposób. Teraz dopiero poczułam wagę słów: „żyć tak, jakby jutra miało nie być”. I wcale nie oznacza to dla mnie tylko imprez do białego rana. Dziś, ta chwila, ten moment mają dla mnie zupełnie inną wagę. Kiedyś myślałam, że życie jest bardziej stałe. Że jak już coś zbudujemy, wybierzemy, pokochamy, to tak będzie zawsze. Dzisiaj wiem, że człowiek ciągle traci złudzenia lub zmienia perspektywę. I to jest OK.
Joan Didion po śmierci męża napisała „Rok magicznego myślenia”. Pamiętam pierwsze zdanie: „Życie zmienia się szybko. Życie zmienia się w jednej chwili. Siadasz do kolacji i życie, które znałaś, kończy się”. Jakie to uczucie, kiedy nagle doświadcza się tej kruchości i nieprzewidywalności życia?
To były moje urodziny. Wyszłam z wanny, dotknęłam piersi i poczułam, że coś jest nie tak. Wieczorem szłam do opery z Anią Jadowską i pokazałam jej to miejsce. Mówiłam jeszcze spokojnie, że pewnie nic wielkiego. Że w poniedziałek pójdę do lekarza. A potem zaczęła się długa droga. USG. Biopsje. Kolejne badania. Najtrudniejsze było czekanie. To życie pomiędzy lękiem a nadzieją. Pomiędzy „Na pewno będzie dobrze” a „A jeśli jednak nie?”. Pamiętam też myśli: „Naprawdę?”, „Dlaczego ja?”. Ale bardzo szybko zrozumiałam, że stawiam pytania, na które nie ma odpowiedzi. Bo dlaczego nie ja? Ludzie chorują. Tracą bliskich. Rozstają się. Doświadczają rzeczy, których nigdy nie planowali. To nie jest kara ani rachunek wystawiony przez los. To część życia. Część ludzkiego doświadczenia. I mam wrażenie, że kiedy przestałam walczyć z samym faktem choroby, zrobiło mi się lżej. Nie musiałam już pytać: „Dlaczego?”. Mogłam zacząć pytać: „Jak przez to przejść?”.
Miałaś moment, kiedy lęk próbował przejąć nad tobą władzę? Susan Sontag, która sama miała raka, pisała, że najtrudniejsze w chorobie jest nie cierpienie, ale wyobraźnia. To, co człowiek dopowiada sobie nocą. Strach, który biegnie dalej niż fakty.
Kiedy usłyszałam, jak będzie wyglądało leczenie, że czeka mnie chemia, mastektomia, radioterapia, że to nie potrwa tydzień ani miesiąc, tylko wiele miesięcy, byłam przerażona. Ale jednocześnie od początku wiedziałam, że muszę zadbać o głowę równie mocno jak o ciało. Korzystałam z pomocy psychoonkolożki, która prowadziła mnie przez leczenie. Przygotowywała mnie na każdy kolejny etap. Mówiła: „Teraz możesz czuć złość”, „Za chwilę może przyjść kryzys”, „To jest normalne”. Nagle okazywało się, że nie jestem słaba, dziwna ani zepsuta. Że przechodzę przez coś, przez co przechodzą inni ludzie. A kiedy człowiek przestaje traktować własny lęk jak wroga, dużo łatwiej jest mu go unieść.
Co diagnoza „rak” odbiera człowiekowi jako pierwsze?
Poczucie oczywistości. Nagle okazuje się, że nic nie jest dane raz na zawsze. Że grunt, po którym szłaś przez całe życie, może się osunąć. Że zdrowie nie jest obietnicą. Że przyszłość nie jest gwarancją. I że jesteś znacznie bardziej krucha, niż dotąd myślałaś. To chyba było dla mnie najtrudniejsze odkrycie. Nie sama choroba, ale utrata złudzenia, że życie jest czymś pewnym i przewidywalnym.
W pewnym momencie choroba przestaje być tylko informacją i zaczyna być wyraźnie widoczna. Pamiętasz tę chwilę, kiedy po raz pierwszy zobaczyłaś ją w lustrze?
Chyba wtedy, kiedy zaczęły wypadać włosy. Wcześniej wszystko działo się gdzieś wewnątrz. W wynikach badań, rozmowach z lekarzami, kolejnych etapach leczenia. Włosy były pierwszym momentem, kiedy choroba stała się widoczna także dla świata. Najpierw obcięłam je na krótko. Chciałam oswoić ten proces. Dla siebie i dla Jaśminy. Poszłyśmy razem do fryzjera. Ona przefarbowała końcówki na fioletowo, a ja pierwszy raz w życiu zaczęłam eksperymentować z kolorami. Trochę się śmiałyśmy, trochę oswajałyśmy strach.
Choroba nie zabrała ci zachwytu nad światem. Jak to się robi?
Po prostu wybiera się go każdego dnia na nowo. I on wcale nie musi przychodzić w fajerwerkach. Choroba coś we mnie rozjaśniła. Pamiętam pierwszy raz, kiedy po leczeniu wsiadłam na rower. Jechałam i płakałam ze szczęścia. Bo mogłam znowu pedałować. Bo moje ciało znowu mnie niosło. Dzisiaj potrafię zachwycić się rzeczami, które kiedyś uznałabym za zwyczajne. Rozmową. Spacerem. Kawą wypitą w słońcu. Jakby ktoś podkręcił jasność świata. Niedawno siedziałam na ławce i czekałam na znajomego. Przysiadła się starsza pani. Spojrzała na mnie i powiedziała: „No i co tam słychać, młodzieży?”. Zaczęłyśmy rozmawiać. Tak po prostu. O życiu. Jeszcze kilka lat temu pewnie siedziałabym z nosem w telefonie. Dzisiaj potrafię czerpać przyjemność z takich przypadkowych spotkań. Nie odkładam już rzeczy na później. Jeśli chcę czegoś spróbować, próbuję. Jeśli coś mnie ciekawi, robię to. Kiedyś łatwiej było powiedzieć: „Może za rok”. Dzisiaj częściej myślę: „Dlaczego nie teraz?”.
Po co to życie jest?
Kiedyś bardzo chciałam znaleźć odpowiedź na to pytanie. Dzisiaj bardziej interesuje mnie, jak żyć niż po co. Jak być przyzwoitym człowiekiem. Jak kochać. Jak nie marnować czasu. Jak nie marnować nawet trudnych doświadczeń. Dlatego opowiedziałam o raku. Pomyślałam, że może komuś się to przyda. Że jeśli już przez to przechodzę, to może warto zdjąć z tego trochę strachu, trochę wstydu, trochę stygmatyzacji.
O czym dziś marzysz?
Chciałabym się jeszcze zakochać. Dwie wróżki powiedziały mi, że czeka mnie wielka miłość. (śmiech) Może…
Cały wywiad w najnowszym numerze magazynu PANI.