Wywiad

Maciej Zakościelny: "Jestem szczęśliwym człowiekiem. Tylko czasami o tym zapominam"

Maciej Zakościelny: Jestem szczęśliwym człowiekiem. Tylko czasami o tym zapominam
Fot. AKPA

Przez lata grał role, które pozwalały mu ukrywać swoje ja, a jego życie było podporządkowane obowiązkom i oczekiwaniom innych. Dziś powraca do dawnego siebie: chłopaka, który grał na skrzypcach i marzył o wolności. I pyta, do kogo właściwie należą nasze dni?

Maciej Zakościelny: "Wszyscy trochę gramy. Zakładamy maski, próbujemy wypaść lepiej"

PANI: Mam wrażenie, że aktorstwo długo dawało ci schronienie. Mundur, rola, scenariusz. A muzyka nagle zabrała ci wszystko, za czym można się ukryć. To jest bardziej ryzykowne?

MACIEJ ZAKOŚCIELNY: Tak, bo w filmie zawsze gram kogoś. Nawet jeśli widz wierzy, że jestem prawdziwy, to jednak stoi między nami bohater. A na scenie jestem dużo bliżej siebie. Własnego głosu, emocji, historii. Choć myślę też, że człowiek nigdy nie pokazuje się innym całkowicie. Wszyscy trochę gramy. Zakładamy maski, próbujemy wypaść lepiej, pewniej. Może dlatego pytanie „kim jesteśmy naprawdę?” jest takie trudne.

A kim ty jesteś naprawdę? Bo ludzie przez lata chyba bardziej znali Zakościelnego niż Maćka.

I chyba dlatego koncerty są dla mnie tak ważne. Bo tam naprawdę zapraszam ludzi do swojego świata. Nie gram bohatera ze scenariusza. Pamiętam, jak Sara z „Tańca z Gwiazdami” powiedziała mi kiedyś: „Ty niczego nie musisz wymyślać. Po prostu pokaż siebie”. I chyba długo bałem się właśnie tego - żeby nie dać się zdefiniować przez role czy oczekiwania innych. Dzisiaj mniej się boję. I to jest bardzo uwalniające.

I może dlatego ludzie tak reagują na te koncerty.

Nic nie zastąpi spotkania na żywo. Energii. Ciszy między ludźmi. Tego, że ktoś stoi kilka metrów od ciebie i naprawdę słucha. Coraz bardziej wierzę, że najbardziej porusza prawda. Nie poza i nie perfekcja.

 

Maciej Zakościelny: "Są rzeczy, których nie wolno w sobie porzucać"

Być może dla wielu ludzi pojawiłeś się nagle jako muzyk, a przecież to wcale nie było nagle.

Gdy miałem 11, może 12 lat, tato zapytał mnie na spacerze: „Synu, kim chciałbyś być, jak dorośniesz?”. Odpowiedziałem bez wahania: „Chciałbym być jak Shakin’ Stevens na scenie, tato”. Dziś, kiedy na niej stoję, czuję, że to nie przypadek, że te słowa musiały być prawdą najprawdziwszą, bo jestem tu, gdzie zawsze chciałem być. I dzisiaj każdy koncert zaczynam od tych słów. Zawsze mnie nosiło, ciągle szukałem możliwości wyładowania się, szczególnie artystycznego. Gram na skrzypcach od siódmego roku życia. Skończyłem szkołę muzyczną drugiego stopnia. Przez lata należałem do Towarzystwa Muzycznego Pod Papugami w Stalowej Woli. Byłem członkiem zespołu o dość przewrotnej nazwie Wielka Kompromitacja. Miałem też rockowy zespół, graliśmy utwory Pearl Jam i choć skończyło się wyłącznie na próbach, do dziś mam kasetę, na której uwieczniliśmy moje pierwsze podejścia do śpiewania. Ostatnio ją znalazłem i to było niezwykłe uczucie usłyszeć własny głos sprzed lat. W szkole teatralnej też cały czas miałem kontakt z muzyką. Później przyszedł czas na jazz, zacząłem robić koncerty. W moim rodzinnym domu muzyka była czymś naturalnym - mama grała na fortepianie, ciocie śpiewały i uczyły muzyki, brat z siostrą również grali, kuzynostwo też. Ja po prostu wszedłem w ten świat. Chyba też chciałem być zauważony, chwalony. Mój syn jest dziś taki sam. Obaj uczą się grać, chociaż na tym etapie to dość wymagające dla mnie, aby pokazać im, że muzykowanie jest piękne.

Kiedy koledzy grali w piłkę, ty siedziałeś ze skrzypcami.

I bardzo tego wtedy nie lubiłem. Miałem poczucie, że życie dzieje się gdzieś obok mnie. Koledzy byli na podwórku, a ja ćwiczyłem. Dorośli powtarzali: „Kiedyś będziesz wdzięczny”, ale wtedy w to nie wierzyłem. Dzisiaj sam sobie zazdroszczę tamtego uporu. Bo zostało ze mną coś znacznie ważniejszego niż zawód - wrażliwość, dyscyplina, kontakt ze sobą. Jan Paweł II powiedział kiedyś, że największym grzechem człowieka jest niewykorzystanie swojego potencjału. To bardzo we mnie zostało. I naprawdę wierzę, że są rzeczy, których nie wolno w sobie porzucać.

Pamiętasz pierwszy moment, kiedy scena dała ci coś więcej niż tylko satysfakcję? Kiedy poczułeś: „to jest moje miejsce”?

Przygotowywałem się wokalnie do szkoły teatralnej u Agaty Steczkowskiej, siostry Justyny. Wszyscy jesteśmy ze Stalowej Woli. I któregoś dnia pojawił się tam Michał Żebrowski. Był wtedy świeżo po „Panu Tadeuszu”, właściwie wszyscy o nim mówili. Spojrzał na mnie i powiedział: „Ciebie to telewizja od razu weźmie”. Ucieszyłem się na te słowa, bo od początku chciałem do filmu. Kiedyś jednak moja kuzynka, która ma ogromne wyczucie sztuki, zobaczyła mnie w teatrze i powiedziała, że dla niej jestem równie, jeśli nie bardziej interesujący na scenie. I to było dla mnie bardzo zaskakujące, bo kamera potrafi coś ukryć, uratować. A scena wszystko obnaża. Teatr weryfikuje rzemiosło, ale dla mnie najważniejsze jest, czy człowiek naprawdę ma coś do powiedzenia. Śpiew długo kosztował mnie więcej odwagi niż aktorstwo. W szkole teatralnej wydawało mi się, że mam to pod kontrolą, a potem stanąłem u boku Carmen Moreno i Ani Serafińskiej i zrozumiałem, że estrada to zupełnie inny świat. Jesteś całkiem nagi.

I co zrobiłeś z tym lękiem?

To, co robię zawsze - zakasałem mankiety i zacząłem pracować. Od zawsze chciałem śpiewać, tylko długo miałem poczucie, że ten głos nie jest jeszcze do końca mój. Dlatego wróciłem do lekcji śpiewu. Chciałbym mieć z głosem taką samą wolność jak ze skrzypcami.

Kiedyś opowiadałeś mi, że w młodości grałeś na skrzypcach w paryskim metrze. Co zostało w tobie z tamtego chłopaka?

Bardzo długo żyłem odpowiedzialnością. Dzieci, dom, praca, codzienność. I gdzieś po drodze przestałem pytać siebie, czego ja właściwie chcę. Dopiero niedawno poczułem, że wraca dawny głód. Znowu zacząłem marzyć – o muzyce, filmach, rolach, których jeszcze nie zagrałem.

Tamten chłopak z metra marzył bardziej?

Paryż był dla mnie jak inna planeta. Jechaliśmy tam autobusem ponad dobę, spaliśmy w namiocie, pilnowaliśmy instrumentów jak największego skarbu. Pamiętam zmęczenie, ale też zachwyt absolutny. Chodziłem po Champs-Élysées i miałem poczucie, że wszystko może się wydarzyć. Bo dla mnie te pieniądze, które tam zarabialiśmy, oznaczały przede wszystkim niezależność. Nigdy zresztą nie miałem potrzeby życia w luksusie.

Mam wrażenie, że bardziej interesuje cię sens niż prestiż.

Zdecydowanie. Mam prosty sposób sprawdzania: pytam siebie, czy gdyby pieniądze nie istniały, dalej bym tego pragnął. Jeśli odpowiedź brzmi „tak”, to znaczy, że naprawdę tego potrzebuję.

Tego się nauczyłeś jako dziecko?

Pewnie tak. Babcia zawsze mówiła mi, że wszystko można człowiekowi zabrać poza jego wiedzą i umiejętnościami. Rodzice dawali mi podstawy, ale na wszystkie rzeczy „ekstra” musiałem zapracować sam. I może właśnie dlatego dziś uczę się czegoś odwrotnego. Ostatnio poszedłem z chłopakami do sklepu Lego. Normalnie uczę ich cierpliwości i tego, że na różne rzeczy trzeba zapracować. Ale wtedy pomyślałem: „Niech oni też czasem poczują dziecięcy zachwyt i szczęście”. Powiedziałem: „Dobra, dziś możecie wybrać, co chcecie”. I nagle zobaczyłem, jak zmieniają im się twarze. Jakby świat na chwilę przestał mieć granice.

 

Maciej Zakościelny o wychowaniu synów

Czego jeszcze chcesz nauczyć synów?

Wiary w siebie. Ale takiej prawdziwej, spokojnej. Nie aroganckiej. Chciałbym, żeby czuli, jaką mają wartość niezależnie od tego, co im w życiu wyjdzie albo nie wyjdzie. Żeby umieli szanować siebie, ale też innych ludzi. Żeby byli konsekwentni, wytrwali, uczciwi. I żeby mieli pasję. Bo człowiek bez pasji trochę usycha od środka. Bardzo chciałbym też nauczyć ich miłości. Bliskości. Tego, że można być dobrym człowiekiem, i to nie jest słabość. Że czułość nie odbiera męskości. Chciałbym ich też nauczyć, że nie muszą być perfekcyjni, żeby czuć się kochani. I że dom powinien być miejscem bezpieczeństwa. Dopiero teraz zaczynam rozumieć, że dobry ojciec to nie jest człowiek, który wszystko kontroluje. Tylko taki, przy którym dziecko naprawdę czuje się bezpieczne.

Po rozstaniu z ich mamą pewnie jeszcze mocniej to poczułeś?

Tak. Pamiętam moment, kiedy pierwszy raz wróciłem do pustego domu. Byłem przyzwyczajony do dziecięcego hałasu, a potem otwierasz drzwi i jest cisza. I ta cisza potrafi człowieka zmiażdżyć. Ratował mnie teatr. Wychodziłem na scenę i czułem, że nadal jestem potrzebny. A niedawno zrozumiałem, że mimo różnych życiowych trudności naprawdę jestem szczęśliwym człowiekiem. Tylko czasami o tym zapominam.

Maciej Zakościelny: "Nie udaję kogoś, kim nie jestem"

Co się w tobie zmieniło?

Chyba zacząłem bardziej ufać sobie. Swojemu czuciu. Kiedyś bardzo potrzebowałem zewnętrznych potwierdzeń. Dziś coraz częściej wiem po prostu, co jest moje, a co nie. Dotyczy to pracy, ludzi, relacji, nawet drobiazgów. Coraz częściej też odpuszczam relacje, które mi nie służą. I co ciekawe - nie ma już we mnie dramatu ani poczucia winy. Po prostu widzę, że coś mnie osłabia, zabiera energię, nie daje dobra, i odchodzę od tego. Bez obrażania się. Bez wojny. Mam poczucie, że po raz pierwszy od dawna naprawdę doceniam swoje życie. Ludzi wokół. To, co mam. To, że mogę robić rzeczy, które kocham.

A zdarzają ci się jeszcze takie momenty, kiedy masz ochotę po prostu zniknąć?

Bardzo często. Zwłaszcza kiedy wszystko się kumuluje. Ostatnio miałem taki moment przy przygotowaniach do urodzinowego koncertu. Dzień wcześniej grałem w Słupsku z orkiestrą symfoniczną koncert muzyki filmowej. Wracałem nocą, praktycznie bez snu, rano już kolejne próby, wejścia na żywo, telewizja, nagrania, instrumentaliści, goście, scenariusz koncertu, który sam wymyśliłem, ustalałem tonacje, wybierałem repertuar. I każdy czegoś ode mnie chciał. Telefon za telefonem. „Maciek, jeszcze to”, „Maciek, a może tamto”, „Maciek, możesz nagrać zapowiedź?”. I nagle czuję, że zaczyna mi brakować tlenu. Że nie mam przestrzeni nawet pomyśleć spokojnie o tym, co właściwie chcę powiedzieć ludziom ze sceny.

Wyszłam ostatnio z filmu „La Grazia” z jednym zdaniem zapisanym po ciemku na kartce: „Do kogo należą nasze dni?”. Masz poczucie, że dziś one znowu bardziej należą do ciebie niż do wszystkich wokół?

Kiedyś odbierałem każdy telefon. Miałem poczucie, że muszę być dostępny cały czas. A teraz uczę się czegoś bardzo trudnego - że mogę nie odebrać. Że mam prawo powiedzieć: „Oddzwonię za kilka dni”. I to nie znaczy, że jestem niemiły albo egoistyczny. To znaczy tylko tyle, że próbuję chronić siebie. Bo my żyjemy dziś trochę na smyczy telefonu. A ja pamiętam jeszcze świat analogowy. Nie było tego ciągłego poczucia, że trzeba natychmiast odpisać, zdecydować, potwierdzić, nagrać, zaakceptować. I chyba dopiero teraz zaczynam rozumieć, że szacunek do siebie polega też na tym, żeby wyłączyć telefon i wrócić do własnej ciszy. Wtedy jest mi dobrze.

Po czym to poznajesz?

Po tym, że można na mnie polegać. Że mam kręgosłup. Że nie udaję kogoś, kim nie jestem. Że umiem być dobry dla ludzi, ale też dla siebie.

Jak takie myślenie o sobie zderza się z włoskim światem, do którego trafiłeś przy filmie „Prendiamoci una pausa”, („Zróbmy sobie przerwę”). Włochy mają przecież własny mit męskości, bardziej oparty na pewności siebie. Nie myślałeś czasem: „Oni patrzą na mężczyzn trochę inaczej niż my”?

Chyba bardziej poczułem ciekawość niż potrzebę porównywania się. To było dla mnie przede wszystkim fascynujące doświadczenie wejścia do świata, w którym nikt nie zna mojej historii. Oni nie widzieli Zakościelnego z filmu, seriali, tylko człowieka, który pasuje do tej opowieści. I to było bardzo odświeżające. Bo nagle zostajesz wyjęty z własnego kontekstu. Bez etykiet, bez oczekiwań, bez całego tego bagażu, który niesiesz w swoim kraju.

Ten wyjazd dał ci chyba coś więcej niż zawodową przygodę.

W Rzymie pierwszy raz od dawna naprawdę zwolniłem. Włóczyłem się po mieście, piłem kawę, obserwowałem ludzi i było mi dobrze. To było bardzo uwalniające. Ten film miał zresztą tytuł „Zróbmy sobie przerwę” i coś symbolicznego rzeczywiście w tym było. Bo ja naprawdę poczułem tam rodzaj przerwy. Od pędu. Od napięcia. Od bycia cały czas dla innych.

Kim jest Maciej Zakościelny?

Maciej Zakościelny - Rocznik 1980. Aktor, muzyk, tata dwóch chłopców. Przez lata grał bohaterów silnych, pewnych siebie, czasem wręcz niedostępnych: Marka Brodeckiego w „Kryminalnych”, Bronka Woyciechowskiego w „Czasie honoru” czy Michała w „Tylko mnie kochaj”. Ostatnio mogliśmy go oglądać w takich produkcjach jak „Tajemnice polskich fortun” czy „Baby boom, czyli Kogel Mogel 5”. A także na scenie – Maciej występuje w warszawskim Garnizonie Sztuki. Regularnie też koncertuje – występuje z autorskim recitalem.
Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 07/2026