Ikona stylu lat 80. Fenomen polskiego show-biznesu. Jej kariera rozbłysła z dnia na dzień. Ale nie była dziełem przypadku. Zresztą w przypadki Izabela Trojanowska nie wierzy.
Spis treści
Wyobraźmy sobie: koniec 1979 roku. W Polsce na ulicach królują szarobure jesionki, w radiu puszczane są grzeczne gierkowskie przeboje, przed sklepami kolejki – po salceson, buty, płyty, cokolwiek „rzucą”. Warszawa jest smutna i szara – jak w piosence „Warsaw” Davida Bowiego. A za żelazną kurtyną: Londyn u progu lat 80. Stolica kontrkultury, awangardowej mody i zbuntowanej muzyki. Kolorowy tygiel tętniący energią młodości i rebelii. Tam pojawia się śliczna długowłosa 24-latka z Polski. Ma tu przyjaciół. Od kilku miesięcy jest mężatką, podpisuje się już nie: Izabela Schuetz, tylko Izabela Trojanowska. Jest dobrze zapowiadającą się aktorką – wschodzącą gwiazdą warszawskiego Teatru Syrena, z pierwszą i od razu główną rolą w filmie. Chłonie atmosferę Londynu, chodzi na koncerty, podziwia artystów wyrazistych i nieszablonowych - Davida Bowiego, Ninę Hagen, choć jej największą miłością jest Brian Ferry. Ciągnie ją do rocka. Kocha też modę, z zachwytem patrzy na futurystyczne kreacje młodego projektanta Thierry’ego Muglera. Silna, pewna siebie, olśniewająca, wyzwolona: taki wizerunek jest jej najbliższy. Ale to, co dla mieszkańców Zachodu jest na wyciągnięcie ręki, dla przybysza z Europy Wschodniej jest nieosiągalne. Choćby wizyta w salonie Vidala Sassoona, słynnego stylisty fryzur, ulubieńca gwiazd i mistrza geometrycznego cięcia. Młoda aktorka z Polski musiałaby wydać na nią równowartość miesięcznej pensji.
– Gdy przyjechałam do Londynu, miałam długie, spalone trwałą włosy – wspomina artystka, kiedy w zimowe popołudnie spotykamy się w jednej z warszawskich restauracji. – Chciałam ściąć je na krótko. Moja przyjaciółka Ewa okazała się klientką Vidala Sassoona. I zafundowała mi wizytę. Fryzurę wymyśliłam sama. Trafiłam na stylistkę Pat, która pracowała z modelkami przy okładkowych sesjach modowych magazynów. I ja - pół po angielsku, a pół na migi – tłumaczyłam jej, co chcę zakryć, a co odkryć. Miałam kompleks długiej szyi i słowiańskich kości policzkowych. Byłam bardzo młoda, jeszcze nie miałam poczucia, że my, Słowianki, możemy być z nich dumne. Cięcie trwało cztery godziny, zasypiałam na tym fotelu, budziłam się na kawę i znowu zasypiałam. W pewnym momencie Pat zadzwoniła do samego mistrza Vidala. Powiedziała mu, że ma na fotelu aktorkę, która świetnie wygląda: niby chłopczyca, ale zupełnie inna. Ustalili, że zrobią mi sesję. Na sesji miałam na sobie stroje z białej skóry od Isseya Miyake. Rockowe kroje, ale w stylu japońskim. I zadziwiający makijaż: biała twarz, malinowe usta, oczy delikatnie podkreślone kreską i cienie jako element ekstrawagancji: róż i wściekły fiolet.
Zdjęcie z tej sesji długo zdobi eleganckie witryny salonu Vidal Sassoon. W katalogu firmy fryzura otrzymuje nazwę: à la Polka. W Warszawie, po powrocie Izy, dyrektor Teatru Syrena wykrzykuje z dezaprobatą: „Gdzie się podziały twoje piękne włosy?!”. Trojanowska się nie przejmuje. Na spektakle wkłada peruki. Czuje, że jej metamorfoza ma sprawczą moc. Nie myli się.
Opole ’80. Cała Polska siedzi przed telewizorami. Jest ciepły czerwcowy wieczór, trwa koncert „Premiery”. Konferansjer zapowiada: „Proszę państwa, schodzą Skaldowie. Na estradzie następna grupa instrumentalno-wokalna: Budka Suflera. Piosenka "Wszystko, czego dziś chcę". Muzyka i aranżacja Romuald Lipko, tekst Andrzej Mogielnicki. Śpiewa Izabela Trojanowska”. Widownia opolskiego amfiteatru zaczyna skandować: „Iza, Iza…”. Napięcie rośnie. Poprzedniego wieczoru młoda wokalistka rozgrzała publiczność piosenką „Tyle samo prawd, ile kłamstw”, też z Budką Suflera. Błyszczała na estradzie, dosłownie i w przenośni, spowita w obcisły lateksowy płaszcz. Co zrobi teraz? Trojanowska wchodzi na scenę tanecznym krokiem. Ma na sobie świetnie skrojony czarny garnitur i ekstrawagancki makijaż. Z rockowym pazurem wyrzuca słowa refrenu: „Wszystko, czego dziś chcę / pamiętaj o tym / polecieć chcę tam i z powrotem / z ramion twych wprost do nieba”. Publiczność szaleje, jury jest nieco zdezorientowane. O czym ona śpiewa? O co chodzi z tym „polecieć do nieba”? Czy nie obraża to socjalistycznej moralności? Ale bomba już wybuchła. Ten występ katapultuje Trojanowską na szczyty popularności. Z Opola wraca z nagrodą specjalną jury: za interpretację obydwu utworów. Zostaje też Miss Obiektywu.
Dziennikarka muzyczna Maria Szabłowska oglądała ten występ na żywo, w opolskim amfiteatrze: – Po raz pierwszy zobaczyłam wtedy Izę na scenie – wspomina. – Wrażenie było piorunujące, aż mnie zatkało. Wcześniej zwróciłam na nią uwagę w serialu „Strachy”. Była zupełnie inna niż ówczesne gwiazdy Opola, ubrane w tradycyjne suknie. Ona, w tym męskim garniturze, z ostrym makijażem, krótką fryzurą, weszła na scenę krokiem pasującym do kostiumu - mocnej kobiety, która właśnie tu i teraz rozwala branżę. (śmiech) Świetnie to zagrała, wszystko było w niej dopracowane. Piorunujące wrażenie robiła też uroda Izki. Plus oczywiście repertuar. To był naprawdę spektakularny debiut. Czułam, że zaczyna się coś nowego.
Z dnia na dzień staje się Boską Izą, adorowaną przez tłumy mężczyzn i uwielbianą przez tysiące fanek, które naśladują jej styl - ostry makijaż i fryzurę, dziś nazywaną mullet. – Na ulicach pojawiły się tysiące „Trojanowskich”, niektóre wyglądały lepiej niż ja, nie chciałam ich rozczarować - śmieje się artystka. – To był rodzaj histerii, absolutne szaleństwo. Dla mnie totalne zaskoczenie. Z każdej strony wyciągały się ręce z prośbą o autograf. Po spektaklu trudno mi było wyjść z teatru, moje zdjęcia wyrywano z gablot. Mąż przyjeżdżał po mnie maluchem, szybko wskakiwałam i jechaliśmy do domu. A tam, żeby dojść do mieszkania, musiałam przedzierać się przez przesiadującą na klatce młodzież.
Agnieszka Cyrzyk, dziś zaprzyjaźniona z Izabelą Trojanowską, jest jedną z tych osób, które regularnie przesiadywały pod oknami swojej idolki. Miała wtedy 13 lat. – Z perspektywy widzę, że Iza miała do nas wszystkich anielską cierpliwość. Bo fani byli różni: i grzeczni, i nachalni. Niektórzy siedzieli w nocy pod blokiem, śpiewali jej piosenki do rana. Wszystkie ściany, od piwnicy do czwartego piętra, gdzie Iza mieszkała, były pomazane napisami. To były głównie wyznania miłości na różnych tonach. Od: „Kocham cię Iza”, „Jesteś wspaniała”, „Boska Trojanowska”, do – „Nienawidzę cię z miłości”. Administracja żądała usuwania tych napisów. Więc Iza wielokrotnie prosiła mnie i kilka moich koleżanek o pomoc: wynosiła miskę, szczotki ryżowe i razem z nią szorowałyśmy te ściany. Ale natychmiast pojawiały się kolejne napisy. Wieczorem Iza jechała na spektakl do Teatru Syrena. Mąż siadał za kierownicą ich zielonego malucha, ona obok niego i gdy odjeżdżali, machała do nas. A my pędziliśmy za nią Agrykolą w górę do teatru. „Festiwal za 100 zł”, w którym wtedy występowała, widziałam pewnie z 50 razy, (śmiech) Bileterki wpuszczały nas, nastolatków, za darmo. Siadaliśmy, gdzie się dało – na schodkach, na podłodze. Współczuję aktorom, którzy występowali obok Izy, bo połowa widowni to byliśmy my, jej fani. I ktokolwiek śpiewał, skandowaliśmy: „Iza, Iza…”.
To, że potrafiła rozkochać w sobie wielotysięczną publiczność, było kwestią nie tylko talentu, ale i ciężkiej pracy. Cofamy się do 1971 roku. Olsztynianka Iza Schuetz ma 16 lat, pasję do śpiewu i energię, która ją rozpiera. Chodzi na zajęcia baletowe, śpiewa w przykatedralnym chórze, który prowadzi jej ukochana siostra Poverella. To ona wysyła zdolną podopieczną na III Ogólnopolski Festiwal Piosenki Religijnej Sacrosong do Chorzowa. W Kościele św. Ducha pieśnią „Jeszcze u Boga, a już łaską tknięta” porusza serca jury. Dostaje dwie nagrody: dla najmłodszej uczestniczki i za interpretację. W uroczystości uczestniczy kardynał Wyszyński. Iza otrzymuje Nagrodę im. Maksymiliana Kolbego z rąk kardynała… Karola Wojtyły.
- Miał w sobie dużo ciepła i oczy przenikliwe jak dwa rentgeny – tak wspomina spotkanie z przyszłym papieżem. – Nie rozmawialiśmy długo, ale miałam wrażenie, że wie o mnie wszystko, aż się kuliłam w sobie. Na tym festiwalu towarzyszył mi tata, jedyny raz był ze mną na tego typu wyjeździe. I kiedy dostałam tę nagrodę, wreszcie zgodził się z mamą i zaakceptował drogę, którą wybrałam. Bo do tej chwili był temu absolutnie przeciwny. Uważał, że „podśpiewywanie” to żadna robota. Z tak uświęconą przepustką do kariery z impetem rusza dalej. Półtora miesiąca później, na początku czerwca, już jest w Zielonej Górze, na Festiwalu Piosenki Radzieckiej. Jedzie tam z błogosławieństwem siostry Poverelli. – W tamtych czasach to były nasze „szanse na sukces” – śmieje się. Jej żywiołowość, muzykalność, a pewnie też uroda zachwycają „przyjaciół ze Wschodu”. Iza Schuetz zdobywa nagrodę Związku Kompozytorów Radzieckich i jako finalistka festiwalu otrzymuje zaproszenie do koncertu Debiuty w Opolu.
– I to był chyba ten największy skok. W Zielonej Górze wszyscy byliśmy amatorami, a w Opolu miałam obok siebie idoli z telewizora! Annę German, Sławę Przybylską, Czerwone Gitary z Sewerynem Krajewskim, w którym kochała się cała moja klasa, Marka Grechutę i wiele innych gwiazd. Tuż przed wyjściem na scenę po prostu mnie sparaliżowało. Janusz Rzeszewski, reżyser Debiutów, musiał mnie dosłownie wypchnąć na scenę. Kiedy już zobaczyłam, że kamera mnie złapała, nie mogłam się wycofać. Wiedziałam, że mama patrzy w tym Olsztynie. No i poszło. Piosenką „O czym marzą zakochani”, której musiała nauczyć się w dwa dni, zdobywa w Opolu nagrodę za debiut. Dla 16-letniej dziewczyny to sukces, o jakim nie śniła. Na festiwalu zwraca na nią uwagę Andrzej Wajda: proponuje zdjęcia próbne do roli Panny Młodej w ekranizacji „Wesela”. – Pomyślałam sobie: „Akurat”. Słyszałam, że Wajda zachwycał się moimi warkoczami za kolana. Podobno stwierdził: „Jeśli okaże się zdolna, to damy radę”. W Opolu szeptano mi też, że Hoffman wypatrzył mnie do roli Oleńki. Nie wierzyłam w to wszystko. Ale zdjęcia próbne do „Panny Młodej” się odbyły. Słabo mi poszło, bo jak tak młoda osoba może dobrze mówić wierszem? W scenie towarzyszył mi Daniel Olbrychski. Gdy recytował, było w tym tyle żaru, ognia, rytmu, melodyki! Więcej niż w niejednej piosence. I postanowiłam, że też tak chcę.
Sukces Izy nie wszystkim się podoba. Dyrektor liceum nie może darować Schuetzównie licznych nieobecności. Więc gdy Iza pyta go, czy może pojechać do Warszawy, bo Andrzej Rosiewicz napisał dla niej dwie piosenki i zaprasza na występ do superpopularnej „Telewizyjnej Giełdy Piosenki”, słyszy kategoryczne: „Nie”. – Oczywiście pojechałam – opowiada. – I z zespołem Hagaw zaśpiewałam w telewizji „Nie mam woli do zamęścia”. Po moim powrocie dyrektor zwołał apel i przy całej szkole mnie wyrzucił. Za niesubordynację. Poniżył mnie za to, że śpiewam. Załamałam się. Wstyd mi było zostać w Olsztynie, gdzie wszyscy mnie znali. Wyjechałam. Maturę robi w Gdańsku. Jest już wtedy w Studium Wokalno-Aktorskim, działającym przy Teatrze Muzycznym w Gdyni. Gdy trafia tam na egzaminy, legendarna dyrektorka Danuta Baduszkowa robi dla niej wyjątek, bo z zasady warunkiem przyjęcia jest matura. Dla Izy czteroletni pobyt w Studium to szkoła życia i zawodu. Zajęcia trwają od rana do nocy: pantomima, taniec, szermierka, gra aktorska, śpiew.
– Nauczyłam się tam wszystkiego – mówi Izabela. – Pani Baduszkowa wpoiła nam, że najważniejsza jest praca. A jak jest praca, to nawet talent nie przeszkadza. (śmiech) Była niezwykle wymagająca, chwaliła nas rzadko, ale jeśli już, to gorąco. Od początku zatrudniała nas w spektaklach, żeby oswajać nas z tremą. Po mojej interpretacji wiersza Gałczyńskiego „Żona Wacia”, przyszedł do mnie mąż pani Baduszkowej, pan Korzeniowski, który był aktorem komediowym, i powiedział: „Słuchaj, tylko ty nie patrz w lustro i nie zachwycaj się, że jesteś taka ładna, ale zostań w tym. Bo masz talent komediowy”. Pierwszą główną rolę dostałam już na drugim roku. To była Lukrecja w musicalu „Machiavelli” Jerzego Wasowskiego. Myślę, że gdyby nie przyszły „Strachy”, to nie wskoczyłabym w szufladę amantki. Ale wskoczyłam. I komediowe emploi się skończyło. Natomiast wiem, że mam to w sobie. I czasami wykorzystuję. Szczególnie na koncertach. Potrafię z ludźmi rozmawiać i trochę ich rozweselać. W serialu „Strachy” w reżyserii Stanisława Lenartowicza zagrała Teresę Sikorzankę, początkującą przedwojenną aktorkę i tancerkę rewiową. Tę rolę do tej pory uważa za swoje najważniejsze filmowe osiągnięcie. Na planie „Strachów”, w Ciechocinku, podszedł do niej Witold Filler, nowy dyrektor Teatru Syrena.
– Zażartował, że odmładza balet i te, co mają ordery, już odchodzą. (śmiech) Powiedział, że marzy o tym, by mieć mnie w zespole. Ale ja obiecałam Baduszkowej, że zostanę u niej, w Gdyni. Filler twierdził, że z nią rozmawiał i zgodziła się na mój wyjazd. Pojechałam to z nią wyjaśnić. Była już wtedy bardzo chora, mówiła z wielkim trudem. Wręczyłam jej róże, spojrzała na mnie i zrozumiałam, czego ode mnie oczekuje: mam jechać w świat i być jej wizytówką. Więc pożegnałam się z ukochanym morzem i wyruszyłam do Warszawy.
W Warszawie kariera Izy nabiera rozpędu. W Teatrze Syrena brawurowo wciela się w postać Zuli Pogorzelskiej w spektaklu „Wielki Dodek”. Tańczy, śpiewa, recytuje, bawi i wzrusza. Gdy TVP pokazuje kultową dziś „Karierę Nikodema Dyzmy”, grono wielbicieli młodej aktorki znacznie się poszerza. W serialu gra Kasię, córkę dorobkiewicza Kunickiego: jest charakterna, nieoczywista i bardzo uwodzicielska. Była już wtedy mężatką. Marek Trojanowski, matematyk i cybernetyk, pracownik PAN, jest od niej starszy o pięć lat. Gdy się poznali, Iza miała 17, on był wtedy na drugim roku politechniki.
– Czyli od początku był o pięć lat mądrzejszy - żartuje artystka. – Można powiedzieć, że trochę mnie wychował. Połączyła nas muzyka. Marek miał szpulowego Grundiga i świetne płyty zachodnich rockowych zespołów. Przyjeżdżałam do niego ich słuchać, godzinami rozmawialiśmy o muzyce. Przez parę lat po prostu się przyjaźniliśmy. A kiedy poprosił mnie o rękę, miałam do wyboru: albo słuchać tych, którzy mi się oświadczali, ale tak naprawdę mnie nie znali, albo posłuchać chłopaka, który znał mnie od początku. Znał Izunię. Pomyślałam, że to drugie jest bezpieczniejsze i prawdziwsze. Bo Marek nie potrafi prawić komplementów. I w czasie, gdy wokół słyszałam same zachwyty, on po każdym moim występie przychodził i zamiast „O, jak fajnie! Świetnie ci poszło”, mówił: „Tu było źle, tamto też i jeszcze to jest do poprawy”. Jak to znosiłam? Fatalnie. (śmiech) Ale z czasem nauczyłam się tym mniej przejmować. Bo już wiem, że on po prostu ma taki charakter. I z całego serca życzy mi wszystkiego, co najlepsze.
Marek Trojanowski pochodzi z Lublina, jest równolatkiem Romualda Lipko, kończyli to samo liceum. I to on nawiązuje pierwszy kontakt z liderem Budki Suflera. Gdy Iza przyjeżdża do Lublina, robi na chłopakach z zespołu ogromne wrażenie. Starsi, doświadczeni w branży koledzy widzą w niej materiał na rockową gwiazdę. Romuald Lipko specjalnie dla niej komponuje piosenki, Andrzej Mogielnicki pisze teksty, ostro zarysowuje postać. Rozumieją się artystycznie. Iza dokładnie wie, jaka chce być na scenie: silna, wyemancypowana, niezależna. I już parę miesięcy później rozbija bank na festiwalu w Opolu. Zaczyna się prawdziwy festiwal „Boskiej Trojanowskiej”.
– Moda na mnie spowodowała, że przez dwa lata zrobiłam więcej, niż w ciągu całego życia później - podsumowuje. Te wszystkie filmy, teatry telewizji, płyty, z których ostatnią, z Tadeuszem Nalepą, cenzura zatrzymała na 11 lat. Każda z tych rzeczy była eksperymentem, wydaje się, udanym. Co potem? Pozostaje tylko naśladować siebie. Albo szukać czegoś nowego. Tyle że ludzie nowego nie chcieli. Nawet kiedy zmieniałam fryzurę, za każdym razem, było: „Iza, nie”. Ale to wszystko tak miało być. Ja nie wierzę w przypadki. „Zaczarowana dorożka, zaczarowany dorożkarz, zaczarowany koń…”. Zna pani ten wiersz Gałczyńskiego? Tak widzę swoje życie. Na jesieni ’82, w mroku stanu wojennego, Izabela Trojanowska dostaje zaproszenie na koncerty w Holandii. Jej mąż ma zaplanowane wykłady w RFN. Fanka Agnieszka Cyrzyk świetnie pamięta ten moment: na ulicy Dragonów macha do idolki, gdy ta z mężem odjeżdża nowym Golfem w stronę zachodzącego słońca: – Wtedy nie przypuszczałam, że żegnamy się na tak długo. Na wiele lat nowym domem artystki staje się Berlin Zachodni. To tam na świat przychodzi jej córka Roxanna.
– 12 czerwca 1991, dzień urodzin Roxannki, to najważniejsza chwila mojego życia – mówi bez cienia wahania. – Macierzyństwo to coś wspaniałego, nieporównywalnego z niczym innym. Zawsze marzyłam o córce i zostałam wysłuchana, ale nie myślałam, że dostanę tak cudne dziecko! Jest dla mnie spełnieniem wszelkich marzeń. Pracowita, rozsądna, roztropna, mądra… Jak mi pani nie przerwie, to ja tak cały dzień potrafię. (śmiech) Tylko bardzo nie lubi, jak się przekręca jej imię, od razu mówię, żeby pani napisała przez dwa N i X. Skończyła prawo, pracuje w dużej kancelarii prawniczej w Berlinie. Jestem z niej bardzo dumna. Nigdy nie chciała iść w moje ślady. W dzieciństwie źle znosiła sytuacje, kiedy musiała się mną dzielić, gdy jacyś obcy ludzie podchodzili, prosili o autograf. Roxanna ceni prywatność. Każde święta spędzamy razem, ona i mój mąż przyjeżdżają wtedy do Polski. A jak ja zatęsknię, to wsiadam w pociąg i w pięć godzin jestem w Berlinie.
Kiedy Izabela Trojanowska w latach 90. wraca na polską scenę, jest to już inny świat. Dla niektórych staje się przede wszystkim aktorką z „Klanu”, „polską Alexis”.
– Monika Ross z domu Lubicz otwiera z kopa każde drzwi. Gram tę postać już 28. rok! I czegoś się od niej nauczyłam - śmieje się. – Kiedyś byłam szalenie nieśmiała, dziś jestem bardziej asertywna. Nigdy nie przestała koncertować, nagrywać płyt. Swój zawód traktuje jak misję. Ma grupę fanów, którzy co roku zjeżdżają się na jej urodzinowy kwietniowy koncert. Nadal potrafi porwać tłumy. Tak jak na ubiegłorocznych Wiankach nad Wisłą. Gdy wyszła na scenę i zaczęła śpiewać: „Wszystko, czego dziś chcę…”, w jednej chwili rozkręciła imprezę. Ponad stutysięczna młoda publiczność zaczęła śpiewać razem z nią. Okazało się, że wszyscy znają słowa jej hitu sprzed 45 lat. Na pytanie, czy ma spełnione życie, Trojanowska odpowiada: – Tak. Mnie stworzyli ludzie, nie żadne układy czy koneksje. Publiczność, która w Opolu nie przestawała klaskać. Jak przestanie, ja przestanę występować.