Coraz więcej kobiet mówi, że dopiero po 40., a nawet 50. roku życia zaakceptowały siebie i zyskały wolność. Jennifer Aniston jest jedną z nich. Co wyróżnia jej historię? Ciężka praca nad sobą i tajemnica, której ciężar aktorka zrzuciła z barków dopiero niedawno.
„Dziś czuję się ze sobą lepiej niż kiedykolwiek. Lepiej niż wtedy, gdy miałam 20, 30 czy nawet 40 lat”, przekonywała w wywiadzie dla magazynu „Allure” w 2022 roku. Trzy lata później podtrzymuje tę deklarację. Na pytanie: „Jaką masz relację ze swoim ciałem?”, 56-letnia aktorka odpowiada: „Bardzo się kochamy”. Ale jej dobre samopoczucie wynika nie tylko z faktu, że nadal jest w świetnej formie. Jak tłumaczyła, ma za sobą „trudny czas” i wreszcie widzi „światło”. To może dziwić, jeśli pomyślimy, że największe triumfy święciła jako trzydziestolatka, grając w kultowym sitcomie „Przyjaciele”. I że jako trzydziestolatka była żoną najseksowniejszego mężczyzny świata. Ale Jennifer Aniston widzi to inaczej. Bo dopiero teraz, po pięćdziesiątce, jest naprawdę wolna.
W 2016 roku magazyn „InTouch” opublikował na okładce zdjęcia zrobione ukradkiem Aniston i jej drugiemu mężowi Justinowi Theroux. Aktorka miała na sobie bikini, które odsłaniało nieco powiększony brzuch. „Jen nareszcie jest w ciąży!”, obwieszczali triumfalnie redaktorzy pisma, a dalej następowała seria jeszcze bardziej zdumiewających rewelacji: „Dziecko cud – w wieku 47 lat”, „Jak niespodziewana ciąża uratowała jej małżeństwo”, „Jej ciążowe zachcianki, imię dla dziecka i żłobek”. Aniston przez lata nie komentowała podobnych, powtarzających się regularnie doniesień, ale tym razem zareagowała, pisząc esej dla Huffington Post, w którym padły pamiętne słowa: „Nie jestem w ciąży, jestem za to wkurzona”. Tekst nie był poświęcony wyłącznie jej własnej sytuacji – kobiety znanej, której życie intymne stało się własnością całej Ameryki. „(…) ostatni miesiąc uświadomił mi, jak bardzo definiujemy wartość kobiety na podstawie jej stanu cywilnego i tego, czy ma dzieci”, zauważyła. „Środki przeznaczane przez prasę na ustalenie, czy jestem w ciąży (po raz miliardowy... ale kto by liczył) wskazują na utrwalanie poglądu, że kobiety są w jakiś sposób niekompletne, nieudane lub nieszczęśliwe, jeśli nie są mężatkami i nie mają dzieci. Przy okazji tego ostatniego nudnego cyklu wiadomości o moim życiu osobistym miały miejsce masowe strzelaniny, pożary lasów, zapadały ważne decyzje Sądu Najwyższego, zbliżały się wybory, było też wiele innych bardziej godnych uwagi spraw, na które »dziennikarze« mogliby przeznaczyć swoje zasoby”.
Aniston przestała grać główną rolę w telenoweli „Kiedy dziecko?” dopiero po 50. urodzinach. Wtedy też zdecydowała się opowiedzieć swojemu ulubionemu magazynowi „Allure”, co tak naprawdę działo się z nią przez wszystkie lata, gdy tabloidy na zmianę pisały, że nie chce mieć dzieci, i wpierały jej, że wkrótce urodzi: „Próbowałam zajść w ciążę. To była dla mnie trudna droga. Wszystkie te lata spekulacji... To było naprawdę bolesne. Poddałam się zabiegowi in vitro, piłam chińskie zioła, robiłam wszystko, co mogłam. I oddałabym wiele, gdyby ktoś powiedział mi: »Zamroź jajeczka. Wyświadcz sobie przysługę«. Ale o tym się nie myśli, a dzisiaj jestem tutaj. Statek odpłynął”. Czy było jej żal? „Nie”, zapewniała. „Teraz czuję ulgę, bo nie ma już pytania »czy mogę zajść w ciążę?«. Nie muszę już o tym myśleć”. Podkreśliła też, że czas, kiedy teoretycznie ciąża była dla niej możliwa, był koszmarem. Tym lepiej można zrozumieć, dlaczego dziś jest szczęśliwsza niż wtedy, gdy miała mniej lat. Teraz jest wolna nie tylko od myśli, czy uda jej się zostać matką, ale też od paparazzich robiących zdjęcia jej brzucha. Od presji urodzenia dziecka i udowodnienia całemu światu, że po rozwodzie z Bradem Pittem wreszcie dczeka się happy endu. „Dlaczego chcemy szczęśliwego zakończenia? A co ze szczęśliwym życiem?
Szczęśliwym procesem? Wszyscy jesteśmy w ciągłym procesie”, komentowała. „Miarą szczęścia w życiu nie jest koncepcja stworzona w latach 50.”. Aktorka słusznie zauważyła, że o mężczyznach nie mówi się w ten sam sposób. Nikt nie lituje się nad nimi, że nie mogą sobie ułożyć życia i nie doczekali się dzieci. „To element seksizmu — to zawsze kobieta jest pogardzana, ma złamane serce i jest starą panną. Nigdy nie jest odwrotnie”. Aniston nie uważa, że poniosła porażkę, bo ma za sobą dwa rozwody (małżeństwo z Theroux zakończyło się w 2018 roku). „Nie czuję pustki. Moje małżeństwa były bardzo udane, przynajmniej tak mi się wydaje. Zakończyliśmy je, bo nie byliśmy szczęśliwi. Uznaliśmy, że nadszedł czas, by szukać szczęścia gdzie indziej”, zapewnia i apeluje: „Nie musimy robić wielkiej sprawy z małżeństwa. Jeśli nie jesteśmy usatysfakcjonowani, powinniśmy zakończyć związek. Nie kontynuujmy go tylko dlatego, że boimy się samotności. Nie marnujmy czasu w nieudanym małżeństwie lub relacji”.
Dziś mogłaby także powiedzieć: „Nie marnuj czasu na dążenie do ideału”, bo przestała tak bardzo przejmować się wyglądem jak kiedyś. Dojście do tego stanu nie było łatwe – przez lata zmagała się ze skutkami wychowywania przez toksyczną, narcystyczną matkę. „Ona była doskonała i piękna, a ja nie byłam typem modelki, na który liczyła. Nie byłam też dość mądra. Nie szło mi dobrze w szkole, miałam dysleksję, nic nie było ze mną OK”, mówiła Jennifer o Nancy Aniston (z domu Dow), aktorce i modelce. „Mama zawsze sprawiała, że czułam się brzydką dziewczyną”, dodawała i wyjaśniała, że jako dziecko była nieco pulchniejsza i aby dorównać matce, stała się „dietoholiczką” – były okresy, że jadła tylko grejpfruty lub arbuzy. Nawet gdy miała już za sobą lata sukcesów, wciąż nie umiała uciszyć wewnętrznego krytyka. „Moja matka była zachwycająca, ja nie jestem. Szczerze mówiąc, wciąż czuję, że nie mam takiego blasku jak ona, ale teraz już mi to nie przeszkadza”, opowiadała „Daily Telegraph” w 2018 roku.
Cały artykuł do przeczytania w najnowszym numerze magazynu PANI.