Katarzyna Zielińska i Wojciecha Domański, czyli takie dobre oczy. Aktorka i biznesmen opowiadają o swoim związku
Fot. Łukasz Kuś

Katarzyna Zielińska i Wojciecha Domański, czyli takie dobre oczy. Aktorka i biznesmen opowiadają o swoim związku

Niespodziewane spotkanie po latach zaprowadziło Katarzynę Zielińską i Wojciecha Domańskiego… przed ołtarz. W ich związku czasem iskrzy. Jak to u górali. 

Katarzyna Zielińska: On był przebrany za kowboja, ja za Czerwonego Kapturka. Mieliśmy 5–6 lat. Odnaleźliśmy zdjęcie z przedszkolnego balu karnawałowego, kiedy szykowaliśmy się do ślubu. Jesteśmy Laszką i Lachem z Beskidu Sądeckiego. Moje pierwsze wspomnienie związane z Wojtkiem: na dywanie siedzi grupa dzieci, wśród nich chłopiec o jasnym spojrzeniu, który często się uśmiecha i jest dla każdego miły. Jednak przez lata mijaliśmy się w szkole i na ulicach, nigdy nie byliśmy blisko. Kiedy on miał 16 lat, wyjechał do USA. Nie widziałam go długo, czasem wymieniliśmy tylko uprzejmości na Facebooku. Aż do momentu, gdy 10 lat temu napisał, że przeprowadza się z Nowego Jorku do Europy – zastanawiał się, czy osiąść w Warszawie, czy w Londynie. Umówiliśmy się na sushi. „Chciałabym, aby mój mąż miał takie dobre oczy jak on”, przeszło mi przez myśl, gdy rozmawialiśmy. Najbardziej ujęła mnie jednak jego skromność. Wojtek wyznaje zasadę, która pomaga mi także w aktorstwie: „mniej znaczy więcej”. Nie przechwala się, że jest absolwentem Uniwersytetu Harvarda i odnosi sukcesy zawodowe. 

Zaproponowałam mu wówczas, aby dołączył do mojej paczki i wybrał się z nami do kina, na kolację. Nikogo tu nie znał… Od pewnego czasu byłam singielką, nie szukałam męża. Miłość między nami po prostu się wydarzyła. Teraz myślę, że byliśmy sobie pisani! Wojtuś działa na mnie jak balsam. Radzi, wspiera, motywuje. Na jednej z pierwszych randek wyznał, że chętnie by gotował, jeśli miałby komu. Od początku to on rządzi w kuchni, robi to świetnie. Myślę, że daję mu dawkę pozytywnego szaleństwa, które on ma, ale rzadko z niego korzysta. Mąż wyciąga mnie z tarapatów, kiedy zapominam opłacić rachunek za telefon czy zabrać ważny dokument. Ale nie wypomina nigdy, ile dla mnie zrobił.

Z uśmiechem wspominam zaręczyny. Polecieliśmy na wakacje do Tajlandii. Wojtek zaprosił mnie na kolację, ale byłam potwornie zmęczona lotem. Poprosiłam, abyśmy przełożyli kolację, a wtedy ujrzałam w jego oczach taki zawód, że natychmiast zaczęłam się zbierać do wyjścia. I właśnie tego wieczoru zaproponował mi małżeństwo. Wesele odbyło się w Warszawie, trwało trzy dni! Cudowny czas. 

Mąż mnie motywuje, żebyśmy regularnie chodzili na randki. Staramy się w każdy piątek zostawić dzieci z nianią i idziemy na kolację. Czasem wyjeżdżamy tylko we dwoje. Oczywiście wakacje rodzinne są super, ale Wojtkowi zależy na tym, abyśmy mieli własną przestrzeń jako para. 

Miewam dylematy, czy przyjąć kolejną rolę. Czy aby nie za mało czasu spędzam
z dziećmi? Mąż tłumaczy mi, że liczy się jakość, a nie liczba godzin. Nasi synkowie będą radośni, gdy ja będę z nimi spędzać czas równie radosna i spełniona. W domu bywam kaowcem. Organizuję rodzinie tak zwaną szaloną rozrywkę: wycieczki rowerowe, pieczenie ciastek, przystrajanie domu. Podróże planujemy razem. Dziś czeka nas burza mózgów związana z wakacjami. Zazwyczaj to on dopytuje, gdzie chcę pojechać, ale wiem, że teraz marzy o Filipinach, więc tam spędzimy wspólny czas. 

Na co dzień mój mąż jest zrównoważony, spokojny. Znajomi nie wierzą, że kiedy się wkurzy, potrafi krzyknąć. Jak to góral! To też w nim kocham.  Żartuję nieraz, że dzięki programowi Excel, którego nauczył mnie mąż, ogarniam wszystkie moje produkcje. To niezwykłe, że Wojtuś daje mi przestrzeń i wspiera mnie w każdej zawodowej decyzji. Przy nim rozwinęłam skrzydła: założyłam firmę producencką, zrealizowałam trzy spektakle docenione przez krytyków. Najnowszy – „Nowy Jork. Prohibicja” – gramy od roku w Teatrze Roma przy komplecie widzów. Wojtek często zasiada na widowni, co uwielbiam. Wsłuchuje się w słowa piosenek i dialogów, potem je cytuje. 

Radzę się go w sprawach zawodowych. Wiosną zaczyna się drugi sezon serialu „Zawsze warto” (Polsat), gdzie gram jedną z głównych ról. Wcześniej dałam mężowi scenariusz, jemu też spodobała się moja postać. Teraz rozważam jedną z propozycji teatralnych i jeśli przyjmę rolę, w maju nie będę mogła pojechać z nim na weekend we dwoje. Gdyby to on musiał odwołać wyjazd, nie kryłabym rozczarowania. Jednak Wojtek stawia moje propozycje zawodowe ponad swoje potrzeby, zachęcając mnie do rozwoju. Jego postawa mnie wzrusza.  

Kiedy wracam ze spektaklu, czasem nawet o pierwszej w nocy, mąż czeka na mnie z kolacją. Te momenty są dla nas ważne. Życie domu toczy się w kuchni. Raz dziennie musimy się spotkać przy stole we czwórkę. Telewizor jest wyłączony, telefony są daleko. Rozmawiamy, żartujemy. Wynieśliśmy te zasady z domów rodzinnych.  

Co jest najważniejsze? To, że jesteśmy rodziną, która kocha się nad życie. Natomiast dla nas jako pary ważna jest wyrozumiałość dla drugiej strony. Idziemy w jednym kierunku.

Katarzyna Zielińska – aktorka, wokalistka, producentka. Absolwentka PWST w Krakowie.  Znana  m.in. z filmów „Ryś”, „Listy do M.” czy „Och, Karol 2”, serialu „Barwy szczęścia” i programów rozrywkowych (np. „Jak oni śpiewają”, „Taniec z gwiazdami”). Mama Henryka  i Aleksandra , od 2013 r. żona Wojciecha Domańskiego.  

Wojciech Domański:  Znamy się niemal całe życie. Mieszkaliśmy wiele lat na jednym osiedlu w Starym Sączu, moja mama była wychowawczynią i polonistką Kasi. Po drugiej klasie licealnej wyjechałem do Nowego Meksyku w USA, do szkoły z internatem (aby nauczyć się języka i poznać świat). Cieszyłem się z upragnionej wolności, ale zaskoczyło mnie, jak bardzo tęskniłem za rodzicami. To był 1996 rok, rozmawialiśmy raz w tygodniu, a widziałem ich raz do roku. Połączenia telefoniczne i lotnicze były wówczas bardzo drogie. Wtedy było trudno, ale dziś uważam, że to jedno z najlepszych doświadczeń, które mnie ukształtowały.

W Stanach Zjednoczonych spędziłem 14 lat. Kiedy mieszkałem w Nowym Jorku, siedziałem w firmie po kilkanaście godzin dziennie (także w weekendy). Nie myślałem wtedy o zakładaniu rodziny. Zaplanowałem, że będę dwa razy więcej pracował, aby nauczyć się dwa razy więcej. W końcu natrafiłem na szklany sufit, postanowiłem przenieść się do Europy. Miałem do wyboru Londyn i Warszawę, która 10 lat temu w branży finansowej była zieloną wyspą.  

Nie miałem w stolicy znajomych, więc odezwałem się do Kasi. Umówiliśmy się na obiad. Rozmawialiśmy tak, jakbyśmy widzieli się dzień wcześniej, a przecież upłynęły lata od ostatniego spotkania. O tym, że jest popularną aktorką, wiedziałem dawno od mamy. Kasia żartobliwie zaproponowała, że może być moim przewodnikiem po mieście. Wprowadziła mnie w swoje towarzystwo. Stopniowo, bardzo naturalnie i w sumie nieoczekiwanie pojawiło się między nami uczucie.

Oboje byliśmy około trzydziestki, na takim etapie życia, że nie musieliśmy już szaleńczo piąć się po szczeblach kariery, co dawało większy spokój. Dojrzałość pomogła nam w budowaniu relacji. Uważam, że spotkaliśmy się w odpowiednim momencie. Założenie rodziny przeniosło moje życie w inny wymiar. Mam na pewno większe poczucie spokoju. Jasne, jest parę spraw, o które się z żoną niepokoimy, ale rodzina pozostaje numerem jeden na skali priorytetów.

Komfortowo jest zostać rodzicem po trzydziestce, kiedy ma się pod kontrolą wszystkie przyziemne sprawy, takie jak mieszkanie i finansowe zabezpieczenie. Możemy z Kasią ustawiać pracę pod życie prywatne, a nie odwrotnie. Nie widzimy problemu, jeśli ucieka nam jakaś zawodowa szansa tylko dlatego, że chcemy pojechać na wakacje. Niczego nie żałujemy.

Nie zmieniło się na szczęście to, że Kasia jest wulkanem energii. Dla mojej żony wciąż nie ma rzeczy niemożliwych. Najbardziej cenię w niej połączenie pozytywnej mocy z wielką empatią. Kasi trudno pozostać obojętną na różne sprawy, także takie, na które nie ma wpływu. Tłumaczę, że nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim.

W związku to ja jestem ten racjonalny i logicznie myślący, a Kasia bardziej emocjonalna i ekspresyjna. U nas się to sprawdza. Dwa wulkany chyba miałyby trudniej. Nieraz muszę sprowadzić Kasię na ziemię, co tylko jej pomaga; ważne, żeby zachować równowagę. Myślę, że dobrze współgramy. Jeden z naszych synków ma charakter podobny do mamy, a drugi do taty. Cieszy nas, że chłopcy są bardzo za sobą, choć drą koty, jak to bracia.

Dobrze się nam wraca w Beskidy. Nasze rodziny mieszkają blisko siebie, każde święta staramy się spędzać z jedną i z drugą, aby nikt nie czuł się poszkodowany. Myślę, że pochodzenie to dodatkowy element scalający. Stary Sącz jawi się nam jako bezpieczna przystań. Możemy mówić podobnym językiem (czasem rzucimy coś w gwarze), żartować czy odwoływać się do wspomnień z dzieciństwa. To dało nam duży komfort w budowaniu relacji. Wiele spraw było już z gruntu oczywistych; ufaliśmy sobie, znaliśmy swoje rodziny, swoje historie.

Z przyjemnością współuczestniczę w życiu zawodowym żony. Chętnie przychodzę na spektakle, nie tylko premiery. Lubię środowisko artystów i wszystkich tych ludzi, którzy tworzą kulturę w Polsce. Nie przepadam za byciem w blasku fleszy, Kasia na ściankach staje sama, na szczęście nie wymaga tego ode mnie. Podziwiam, że nie ma tremy: ani na scenie, ani przed kamerami. Dla niej występy publiczne to bułka z masłem. Kiedy gra spektakl, jedzie do teatru dwie godziny wcześniej i wchodzi na scenę z marszu; ja pewnie siedziałbym tam od południa. Jestem dumny z niej jako aktorki, ale też producentki. Obserwowałem jej zmagania z tworzeniem spektakli, co wymagało pracy biznesowej i administracyjnej. Starałem się ją wspierać.

Nigdy nie zakładałem, że moja partnerka ma być taka czy inna z wyglądu i charakteru. Jestem racjonalistą, ale w sprawach związku kieruję się emocjami. A co jest dla mnie istotne? Wzajemne wspieranie się, które wynika z miłości. Chodzenie na kompromisy. Trzeba się starać za wszelką cenę porozumieć, czasem pójść na ustępstwo. U nas liczą się głównie czyny, nie słowa. Jeśli byłoby to niezbędne, jedno za drugim skoczyłoby w ogień.

Wojciech Domański – inwestor, biznesmen, finansista, prowadzi firmę inwestycyjną Custodia Capital; absolwent ekonomii na Uniwersytecie Harvarda w USA (studia ukończone z wyróżnieniem); wcześniej pracował w Nowym Jorku i Londynie w branży inwestycyjnej. Pochodzi ze Starego Sącza. Ojciec Henryka i Aleksandra.  

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również