Jolanta Fraszyńska silniejsza dzięki terapii. Aktorka o zmaganiach z nerwicą lękową, bolesnych doświadczeniach prywatnych i zawodowych. Wywiad PANI
Fot. Adam Pluciński/Move

Jolanta Fraszyńska silniejsza dzięki terapii. Aktorka o zmaganiach z nerwicą lękową, bolesnych doświadczeniach prywatnych i zawodowych. Wywiad PANI

To nie jest opowieść o kobiecie, której się wszystko w życiu udawało. To raczej historia o tym, że jeśli się bardzo chce, można pokonać największe przeszkody. Przeczytajcie! Jolanta Fraszyńska mówi o tym szczerze i pięknie.

PANI: Co spowodowało, że zdecydowałaś się na terapię, że powiedziałaś sobie: potrzebuję pomocy?

JOLANTA FRASZYŃSKA: Doświadczenie lęku panicznego. Kiedy wali ci serce, kręci się w głowie, myślisz, że tracisz przytomność, że umierasz. Lękowcy dobrze wiedzą, o czym mówię. Zrozumiałam wtedy, że muszę w trybie pilnym zająć się sobą.

Dziś śpisz dobrze? Czujesz się stabilna, zaopiekowana?

Tak. Na terapiach od moich terapeutów słyszałam zdanie, że jeszcze tej nerwicy lękowej podziękuję. Wtedy tego nie rozumiałam, ale rzeczywiście mnóstwo ludzi w sytuacjach trudnych, czasem ekstremalnych, po doświadczeniach choroby zmienia swoje życie o 180 stopni. Jestem naprawdę wdzięczna za każde doświadczenie. Jestem wdzięczna moim rodzicom, ojczymom, byłym partnerom. Każdemu, kto stanął na mojej drodze i był moim nauczycielem. Usłyszałam jeszcze, że do 25. roku można ewentualnie zwalać winę na rodziców, fatalne okoliczności, na innych, na szkołę, środowisko, ale po 25. roku życia każdy ma obowiązek zająć się sobą.

Jaką jesteś mamą dla swoich dwóch córek Nastazji i Anieli?

Na pewno nadopiekuńczą. Nastkę urodziłam na studiach aktorskich we Wrocławiu, po III roku. Zaczynałam dyplom z dwumiesięcznym dzieckiem pod pachą. Wiem, że w tej relacji mam jeszcze trochę do pracy. Brakowało mi łagodności. Byłam młoda, w wirze obowiązków zawodowych, które wtedy były priorytetem. Kiedy Aniela przyszła na świat, miałam 36 lat, byłam o wiele dojrzalsza. Zdecydowałam się zostać w domu. Podoświadczać macierzyństwa. I gdy Aniela stała się nastolatką, szybko postawiła mi granice. Powiedziała „stop” mojej nadopiekuńczości. Teraz słyszę od 17-latki: „Mamo, zaufaj mi”. I odpuszczam.  

Jesteś już po terapii, bardziej świadoma tego, jak żyjesz. To pomaga w relacjach z dziećmi?

Dzieci były dla mnie ważnym motorem do zmian. Zawsze zależało mi, by być najlepszą mamą, a wychodziło jak to w życiu – różnie. Wiedziałam, że aby zbudować między nami lepsze, pełniejsze relacje, potrzebuję zmienić przede wszystkim siebie. Opanować emocje, nauczyć się odpuszczać, konsekwencji, cierpliwości, ale też zacząć stawiać granice. To nie działa tak, że teraz wręczam im spis odpowiednich przepracowanych zachowań, wniosków i mówię: korzystajcie z tego. Muszą sobie wypracować swój. Mogę im tylko pokazywać siebie prawdziwą, że jestem spokojniejsza, radośniejsza, pewniejsza siebie, ale daję też sobie prawo do bycia w smutku czy w złości. Oczywiście, mogłyby wtedy powiedzieć: „Mama, ty się tak terapeutyzujesz, a gdzie są efekty?” (śmiech). Pewnie czasami tak myślą. Na szczęście coraz rzadziej pokazuję moim bliskim swoje „niewyróbki”. Czyli mówiąc najprościej, trzymam na wodzy moje humory i nie zadręczam nimi innych. Dziś, jeśli jestem wkurzona, mówię: przepraszam was, czuję złość, muszę to „rozchodzić”, i wychodzę na spacer.  

Cały wywiad przeczytacie w aktualnym wydaniu magazynu "PANI"

PANI 0721

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 07/2021
Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również