Kiedy związała się z Janem Englertem, wielu uważało, że jej życie będzie usłane różami. Mylili się – rola żony dyrektora zmusiła Beatę Ścibakównę do znacznie cięższej pracy. Dziś aktorka zbiera jej owoce.
Spis treści
Ocean nie znał litości. Fala uniosła ją wysoko, by za chwilę cisnąć w dół, w mętną toń, gdzie sól paliła gardło, a piasek zacierał oczy. Beata szarpała się z żywiołem, rozpaczliwie walczyła o oddech, ale prąd był silniejszy. Panika dławiła każdy ruch, gdy nagle znikąd pojawił się on. Jan Englert dopłynął, chwycił ją mocno, pewnie. „Niech mnie pan nie puszcza, profesorze!”, krzyczała, tonąc w strachu. Nie puścił. Wyciągnął ją na brzeg. Leżała na piasku, oszołomiona, ocalała, słysząc tylko własne serce bijące jak dzwon. To nie była scena z filmu, choć miała w sobie całą jego dramaturgię. A przecież trafili tam z teatrem – przyjechali do Australii z „Panem Tadeuszem”. Z Anną Dymną, Mariuszem Benoit, Krzysztofem Kolbergerem i Janem Englertem grali dla polskiej publiczności na końcu świata. Teatr w podróży, dzień wolny, ocean i chwila, która zmieniła wszystko. Wieczorem Beata poszła na basen. Woda była spokojna, chłodna, posłuszna. Aktorka weszła do niej powoli i powiedziała sobie: „Muszę nauczyć się pływać”. To zdanie wracało do niej później wielokrotnie. Bo pływania trzeba się było nauczyć nie tylko w wodzie – także w teatrze i w życiu. W świecie, w którym łatwo utonąć. Ale żeby w ogóle wejść do tej wody, trzeba najpierw uwierzyć, że można. Tę wiarę wyniosła z Zamościa.
Zanim ocean niemal odebrał jej oddech, zanim zrozumiała, że odwaga ma swoje granice, była dziewczynką z Zamościa. Z domu z ogrodem, z zadaniową mamą, z ojcem, który kierował transportem, i z babcią wpatrzoną w Beatę z czułością. – Byłam jej ulubioną wnuczką – wspomina aktorka. To babcia dała jej pierwsze lustro, w którym odbijała się pewność, że świat czeka. Ojciec mówił niewiele, wieczorami pytał mamę: „A co tam u Beaty?”. W jego milczeniu była siła i poczucie, że świat ma silne fundamenty. Dzieciństwo smakowało drożdżowym ciastem i pachniało domowymi przetworami. Były też książki – wspólnie czytane z babcią. A pośród tego wszystkiego była dziewczyna, której nie dawało się zatrzymać. Harcerstwo, szkoła muzyczna, taniec towarzyski, teatr amatorski. – Od dziecka miałam niedosyt. Wciąż chciałam więcej, bardziej, częściej. Rozpierała mnie energia, zżerała ambicja, żeby coś w życiu osiągnąć – mówi. Rodzice widzieli dla niej spokojniejszą przyszłość: nauczycielka angielskiego, własne mieszkanie, Zamość. Przecież przez lata dojeżdżała do Lublina na lekcje języka. Ale ona czuła, że to miasto robi się za ciasne. – Byłam dzieckiem chwalonym, które wierzyło, że może sięgać gwiazd. No więc sięgałam.
Warszawa pachniała inaczej niż Zamość. Na Miodowej, w szkole teatralnej, Beata czuła się jak przybysz z innego świata. – Miałam czarną spódnicę za kolana i białą bluzkę. Na roku – piękne, rasowe dziewczyny. A ja z tego Zamościa, dobrze odżywiona dziewczyna z prowincji – wspomina z uśmiechem. To nie była łagodna inicjacja. Pierwsze cienie do powiek kupiła w Baltonie, pierwsze perfumy – Amarige de Givenchy – stały się symbolem przeistoczenia. – Zaczęłam odkrywać kobiecość, ubierać się odważniej. Przyglądałam się dziewczynom wokół i lepiłam nową wersję siebie – mówi. To była codzienna praca – lekcje patrzenia i naśladowania. Uczyła się, jak siedzieć, jak się nosić, jak mówić. Warszawa była też trudną lekcją dojrzewania: pusta lodówka w akademiku zamiast niedzielnego obiadu, walka o miejsce wśród najlepszych zamiast pewności, że jest „najlepsza w Zamościu”.
– Szkoła teatralna była jak surowa matka, nie dawała nic za darmo. Wszystko trzeba było wyrwać pazurami - wspomina. Zamiast pochwał przyszły uwagi: „Seplenisz, zaciągasz”, „Garbisz się”. – To było jak zdzieranie skóry – mówi Beata. Dlatego tak ważny był ten jeden afisz, pierwszy plakat „Pana Tadeusza” na Żoliborzu. – Zobaczyłam: Anna Dymna, Jan Englert, Krzysztof Kolberger, Mariusz Benoit i ja – Beata Ścibak. Pomyślałam: „To brzmi po męsku”. Ścibakówna jak profesor Kucówna. Tak zostałam Ścibakówną.
Jan Englert wchodził do sali powoli, jakby chciał sprawdzić, czy przestrzeń jest już gotowa na jego obecność. Niebieskie oczy, które rozbrajały całą salę studentek. – Pamiętam, jak rozglądał się po sali i pytał: „Przepraszam panie, czy mogę zdjąć marynarkę?”. Wszystkie wzdychałyśmy wspomina Beata. W siermiężnych, postkomunistycznych czasach on wydawał się jak z innego świata – elegancki, szarmancki. Słuchało się go nie dlatego, że był profesorem, lecz dlatego, że każde jego zdanie brzmiało jak zagadka, którą warto rozwiązać. Na drugim roku prowadził główne zajęcia z aktorstwa. Był kimś, kogo obserwowało się z mieszaniną podziwu i drżenia.
– Wszystkie się w nim kochałyśmy. Może pomogła wspólna praca w „Panu Tadeuszu” pod koniec studiów? Ale to nie była miłość ani łatwa, ani oczywista – ona w trakcie dyplomu, on – żonaty profesor, starszy o ćwierć wieku, z opinią bon vivanta. Nie zaczęło się od westchnień i kwiatów. To była powolna fascynacja, przesuwanie granic. – Był moim mistrzem. Wiedziałam, że powinnam trzymać dystans, a jednak patrzyłam na niego inaczej niż na resztę profesorów. Świat wokół nie ułatwiał sprawy. – Wszyscy mówili: „to się nie uda” – wspomina aktorka. A jednak im więcej słyszała ostrzeżeń, tym mocniej czuła, że musi pójść tą drogą. – Może urzekł mnie właśnie tym, że przy nim czułam się uczennicą, nie rywalką. Nie musiałam nic udowadniać, tylko mogłam się uczyć. Anna Dymna, z którą Beata grała w „Panu Tadeuszu”, pamięta ją dobrze z tamtych lat: – Była jeszcze studentką, młodziutką blondyneczką, życzliwą, uczynną, pracowitą, skromną, ale z błyskiem w oczach. Chyba zawsze wiedziała, czego chce. W Australii, gdzie graliśmy, widziałam, jak rodzi się między nimi uczucie. Nigdy nie komentuję prywatnych spraw moich kolegów. Ale widziałam podczas naszych podróży z „Panem Tadeuszem”, jak rodzi się między Jankiem i Beatą coś prawdziwego i ważnego. Jak dzisiaj widać, ta miłość naprawdę jest z tych, które zostają na zawsze.
Wejście do rodziny Englertów nie było zwykłym małżeństwem, lecz wejściem w dynastię. Brat Jana, Maciej, charyzmatyczny dyrektor, który przez lata trzymał jedną scenę w żelaznym uścisku. Marta Lipińska – dama teatru, której można było słuchać bez końca. Ich syn Michał, operator o światowej renomie, i jego żona Maja Ostaszewska. Do tego Ania Englert, znakomita kostiumolożka, laureatka Orła. Warszawskie sceny wymagały od Beaty więcej niż talentu. – Miałam tremę, gdy Janek zabierał mnie na spotkania ze swoimi mistrzami. Nagle siedziałam wśród ludzi, którzy czytali i oglądali wszystko, co ważne. Wiedziałam, że nie nadrobię tego od razu, więc wolałam słuchać niż mówić. „Mowa jest srebrem, a milczenie złotem”, powtarzałam sobie. Wolałam zadawać pytania niż powiedzieć coś głupiego. Uczyła się stylu od Beaty Tyszkiewicz, od Zuzanny Łapickiej, od Katarzyny Niemczyckiej. Aż pewnego wieczoru padło zdanie, które zapamiętała na zawsze. Edward Dziewoński spojrzał na Englerta i powiedział: „Janek, Beata zaakceptowana”. Od tej chwili mogła być sobą, ale wciąż ważyła słowa.
Bycie „żoną dyrektora teatru” miało dla niej smak słodko-gorzki. Z jednej strony drzwi otwierały się szybciej, nazwisko działało jak przepustka. Z drugiej, każda propozycja stawała się sprawdzianem. – Wszyscy myśleli, że to będzie moja główna rola w życiu. Że skoro wyszłam za Jana Englerta, wszystko przyjdzie łatwo. A tymczasem... to był miecz obosieczny – opowiada Beata. Grała sporo, ale rzadko tam, gdzie Jan decydował. A on mówił: „Nie mogę cię zatrudniać, bo powiedzą, że grasz tylko dlatego, że jesteś moją żoną”. Paradoksalnie ta ostrożność wynikająca z uczciwości Englerta spychała ją na bok. Ambicja nie pozwalała jednak zamilknąć. – Założyłam firmę i zaczęłam produkować własne spektakle. Wiedziałam, że jeśli chcę grać, muszę sama stworzyć dla siebie przestrzeń – wspomina. Nie było to modne – aktorka, która staje się producentką, księgową, menedżerką. Ale zamiast czekać na telefon, Beata brała sprawy w swoje ręce. – Najtrudniejsze były pieniądze. Dzwonienie, proszenie, przypominanie się. A potem cisza w słuchawce. Czułam się jak żebrak. Ale przychodził moment, jeden podpis, jedna faktura i wszystko nabierało sensu. Jej firma stała się tarczą i mieczem. Dzięki niej mogła grać, decydować, stawać na scenie nie jako żona dyrektora, lecz jako kobieta, która sama zbudowała swój teatr. – Pamiętam, jak powiedziałam Jankowi, że wyprodukuję swój pierwszy spektakl. Spojrzał i rzucił: „Powodzenia”. Tonem bardziej gaszącym niż wspierającym. Wtedy pomyślałam: „Ja ci pokażę”. I pokazała.
– Z różnych powodów ludzie mają w życiu przerąbane. Można mieć kredyt we frankach. Można być w Warszawie kibicem Polonii. Ale bycie żoną dyrektora teatru to poziom przerąbania o rozmiarach galaktycznych. Ile trzeba tu mieć siły charakteru, ile mocy, ile niezależności, ile wiary w samą siebie, a zarazem skromności, mądrości i uczciwości, żeby przetrwać. Ile uwagi potrzeba na każde słowo, gest, a nawet wyraz twarzy. Ja w każdym razie żoną dyrektora za Chiny bym być nie chciał - mówi Grzegorz Małecki, aktor Teatru Narodowego. - Tymczasem Beacie udało się coś niebywałego. Przez 22 lata chyba nigdy nie pomyślałem o niej jak o żonie dyrektora. To osoba, która od pierwszych słów skraca dystans. Niezależna, wiedząca, czego chce, bezpretensjonalna i przebojowa. Zawsze uśmiechnięta, czuła, delikatna i szczerze zainteresowana tym, co u ciebie słychać. I dodajmy: zawsze świetnie ubrana! Jest w niej coś z arystokratki, która nigdy nie pokazuje złego nastroju. Dla ludzi w jej otoczeniu jest to oczywiście naprawdę wielki komfort. Ale też, jak przyznaje Grzegorz Małecki, Beata jest pozbawiona aktorsko-artystycznej blazy. – Byliśmy z teatrem kilka razy w Ameryce. I właśnie z Ameryką Beata kojarzy mi się najbardziej. Manhattan, Broadway, kluby do rana, śmiech, zabawa. I zawsze „no problem”. Myślę, że jest mentalnie najbardziej amerykańską z polskich aktorek - mówi z szacunkiem.
Z kolei Michał Kwieciński, reżyser, producent dodaje: – Beata jest aktorką rzadką, trochę niewykorzystaną. Kobiety około pięćdziesiątki spadają w próżnię, jakby ich doświadczenie i uroda były problemem, nie wartością. A Beata nie zna rutyny. Rzuca się w rolę z pasją. Nie odtwarza, nie powtarza. To aktorka wątpliwości, nie pewności. Zawsze pyta, zawsze szuka, nigdy nie przyjmuje niczego na wiarę. I w tym jest niepowtarzalna.
Kiedy Helena przyszła na świat, Beata miała już za sobą pierwsze sukcesy. Córka dorastała wśród scen, garderób i rekwizytów. Zasypiała za kulisami, słuchała rozmów dorosłych o teatrze, w którym wszystko było prawdziwe. Beata patrzyła, jak jej dziecko wsiąka w ten świat – pewne siebie, odważne, z charakterem. – Helena ma osobowość i odwagę. Jest piękną, mądrą kobietą, która nigdy nie liczyła, że znane nazwisko coś jej załatwi. Casting do „Bring Back Alice” trwał trzy miesiące. Startowała do innej roli, a dostała główną – mówi z dumą. Patrzy na Helenę inaczej, niż jej rodzice patrzyli na nią. Oni chcieli dla dziecka stabilnego życia, ona daje córce skrzydła.
– Chciałabym je rozpościerać, ale wiem, że muszę się powstrzymać. Helena idzie własną drogą. I to jest najpiękniejsze. – Długo musiałam ją tego uczyć – śmieje się Helena. – Czasem mnie wkurza, bo wymaga ode mnie więcej, niż ja od siebie. Wtedy mówię: „To moje życie”. Ale wiem, że to skutek uboczny naszej bliskości – dodaje. Dziś mówią o sobie: przyjaciółki. – To rzadkie – przyznaje Helena. – Mało kto ma taką relację z rodzicem. My dodatkowo dzielimy zawód i pasję. Chodzimy razem na spektakle, czasem gramy obok siebie. Nasza więź nie osłabła z wiekiem, tylko się wzmocniła.
Lubią wspólne wyjścia, rozmowy przy herbacie, zakupy, przymiarki. Helena często doradza matce. – Jeszcze niedawno walczyłam o to, by zaufała mojemu poczuciu estetyki, a dziś sama prosi: „Chodź ze mną, pomóż dobrać coś ładnego”. To są moje małe zwycięstwa – śmieje się młoda aktorka. Ale w codzienności to Beata jest nauczycielką życia. – Widzi, że awizo leży miesiącami, i mówi: „Oddaj, odbiorę za ciebie”. Pokazuje mi, że te wszystkie znienawidzone sprawy da się ogarnąć. Czasem mnie zawstydza, jak wiele przy niej nie potrafię.
– Helena nie boi się niczego – mówi Michał Kwieciński. – W niej jest wolność. Beata dorastała w świecie, gdzie robiło się to, co wypadało. W tej różnicy pokoleń jest piękno – matka aktorka patrząca na córkę, która ma odwagę iść dalej niż ona sama – dodaje. Anna Dymna, matka chrzestna Heleny, patrzy na Englertów z czułością: – Zawsze podziwiałam Beatę za odwagę i radość życia. Kiedy dziś widzę ich troje – Beatę, Janka i Helenkę – mam wrażenie, że są jak dobrze nastrojony instrument. Każde gra swoją melodię, ale razem brzmią doskonale. Od lat nie spotykamy się na zawodowej drodze, ale każdy nasz kontakt jest jak uśmiech, wspomnienie radosnych chwil młodości. Zawsze trzymam za nich kciuki i cieszę się, że są, że robią tyle wspaniałych rzeczy z nieustającą pasją. To bardzo ważne wiedzieć, że ma się gdzieś takich życzliwych przyjaciół na całe życie. Myśl o nich zawsze rozjaśnia ponure chwile i budzi uśmiech.
Kiedy Jan Englert żegnał się ze sceną Teatru Narodowego jako jego dyrektor, trudno było o bardziej symboliczny tytuł niż Hamlet – dramat o władzy, zdradzie i przemijaniu. Dla niego był to artystyczny testament. Dla Beaty – przełamanie milczącego zakazu, który towarzyszył jej przez lata. W tym pożegnalnym spektaklu Englert obsadził ją jako królową Gertrudę, a obok niej ich córkę Helenę w roli Ofelii. Ojciec, matka i córka – trzy pokolenia splecione nie tylko więzami krwi, lecz także sztuką. Najpierw był hejt. Środowisko mówiło o nepotyzmie, o „teatrze rodzinnym”, o prywacie. Ale im więcej było głosów oburzenia, tym bardziej rosła ciekawość. – Powstał spektakl niezwykły – mówi Kwieciński. – Nie o rodzinie Englertów, ale o teatrze, który potrafi przenikać życie. Widzowie wychodzili oszołomieni. Beata pamięta czas tuż po premierze. – To było szaleństwo. Fala hejtu nakręciła widzów. Przyszli zobaczyć, czy damy radę. I nagle bilety zniknęły. U koników kosztowały po sześćset złotych. Wiedziałam, że to koniec pewnej epoki – dyrekcji Jana, naszego wspólnego czasu w Teatrze Narodowym. A dla mnie – domknięcie długiego sporu. Zagrałam u niego. I z córką. To najpiękniejsze pożegnanie.
Jeszcze przed „Hamletem” Beata nie próżnowała. Podjęła wysiłek zdobycia funduszy na film „Skrzyżowanie” wg scenariusza Dominiki Montean-Pańków. Wiedziała, że jej mężowi zależy na zagraniu tam roli. Dzięki współpracy ze Studiem Munka, ale przede wszystkim dzięki jej energii i determinacji, a także zainwestowaniu własnych funduszy, Jan Englert dostał wspaniały prezent na 80. urodziny. Film zdobywa nagrody na międzynarodowych festiwalach. Jan Englert, zwykle powściągliwy w emocjach, przyjął ten film z niezwykłą czułością. „To najpiękniejszy prezent, jaki dostałem od żony”, powiedział. Zamiast odpocząć, Beata postanowiła zrobić coś, co wymagało odwagi, cierpliwości i uporu – nakręcić dokument o Janie Englercie. O 60 latach jego pracy. Znalazła sponsorów, dopięła produkcję, czuwała nad każdym szczegółem. – To nie jest łatwe – nikt nie czeka z otwartym portfelem mówi. To był gest miłości, ale też niezależności kobiety, która całe życie uczyła się stać obok silnego mężczyzny, aż wreszcie potrafiła stanąć naprzeciw. Nie jako żona dyrektora, lecz producentka, artystka, współtwórczyni. I może właśnie w tym zawiera się sens jej historii. Beata Ścibakówna całe życie uczyła się odwagi – w teatrze, w małżeństwie, w macierzyństwie. A na końcu oddała ją dalej: mężowi w dokumencie, córce w wolności, samej sobie w zgodzie z własnym nazwiskiem. Nie potrzebuje już dowodów, by pokazać swoją wartość. Jej głos słychać wyraźnie. I to wystarczy.