„Tytan pracy, ale zawsze znajdzie czas dla przyjaciół”, mówią o niej bliscy. Arleta Zalewska zawsze znajdzie też czas, by komuś pomóc. „Bo z bycia człowiekiem rozliczamy się każdego dnia”, mówi nam dziennikarka TVN24.
Dzień dla Arlety zaczyna się od kawy i informacyjnego sprintu. Przeglądanie nagłówków, czytanie kilku wybranych tekstów. I obowiązkowy punkt programu „New York Times”, bo polityka amerykańska to jej wielka pasja. Dzięki tym artykułom nie tylko wie więcej, ale znajduje inspiracje do szukania nieszablonowych rozwiązań. Przed 8.30 wysyła propozycje tematów do „Faktów”. Około 9 melduje się w pracy. Najpierw kawa z Konradem Piaseckim, partnerem w „Podcaście Politycznym”. Dyskutują zawzięcie i dopinają szczegóły programu. Poranne starcia kończą się, gdy wybija 10 i jest kolegium. Potem Arleta zgarnia operatora i rusza do sejmu. Na miejscu czeka asystent, a sejmowe korytarze to jej naturalne środowisko. Nieustanny bieg, nagrywanie materiałów i dziesiątki rozmów. Te w kuluarach, między jedną konferencją a drugą, są najcenniejsze. Ma swoje źródła informacji i kanały komunikacji z politykami, wymienia się nowinkami z dziennikarzami. O 14 wraca do stacji. Zaczyna się rzemieślnicza praca, współpraca z wydawcą i emocjonujące pisanie „offa” do „Faktów”. Potem montażownia, ostatnie szlify i o 19 następuje ten moment, w którym temat „idzie w świat”. Gdy materiał pojawia się na serwerze, Arleta może wreszcie odetchnąć. - Mój horyzont to zazwyczaj najbliższe 24 godziny - opowiada.
Jestem perfekcjonistką i mam ten rodzaj wewnętrznego głosu, który kilka minut po pracy krzyczy: „Mogłaś to zrobić lepiej!”. Ale nauczyłam się przekuwać tę złość w dobrą energię. Nie rozpamiętuję błędów, wyciągam wnioski i idę dalej.
Arleta umawia się ze mną w warszawskiej Kawiarni Czytelnik przy ulicy Wiejskiej. Wkracza z rozwianymi długimi włosami, w charakterystycznych okrągłych okularach. Zamawia tonik espresso. To pora lunchu, politycy z sejmu miło witają się z nią skinieniem głowy. Zarówno ci z opozycji, jak i z koalicji rządzącej. – Jestem trochę zdekoncentrowana po wczorajszym biegu. Ale zaraz będę okej. Pytaj! – słyszę. Zaczynamy wywiad.
Przebiec półmaraton to nie przelewki. Arletę bolą nogi, ale nie ma dla siebie litości. Rano poszła dodatkowo na trening boksu. Mówi, że męski świat jest jej bliski – na co dzień otacza ją wielu facetów: politycy, dziennikarze, kolega z podcastu, partner życiowy Kuba. Nawet w hokeja grała w męskiej drużynie. Jednak coraz częściej dostrzega rolę kobiet w swoim życiu. Wczoraj poczuła to mocno na trasie biegu. Widziała nie tylko kibiców, ale najbliższe przyjaciółki; stały z dziećmi, dopingowały ją. Kiedy dobiegła i emocje opadły, one już na nią czekały. Poszły na obiad, siadły przy wielkim stole. Gwar rozmów, śmiech dzieci, Arleta poczuła, jak dobrze być „tu i teraz”. Dostała też SMS od przyjaciółki Martyny Wojciechowskiej, która robi swój program w Nowej Zelandii. Arleta biegła jako ambasadorka projektu „Młode Głowy”, za który odpowiada fundacja Martyny, Unaweza. - Kobiety wokół mnie to wielka moc - opowiada Zalewska. - Są z różnych światów, etapów życia, staram się je łączyć u mnie na spotkaniach. Czasem przychodzi 30–40 kobiet. To logistyczny cud, kiedy w jednym miejscu zbierze się tyle zajętych dziewczyn. Mamy różne doświadczenia, zawody, wiek, ale rozmawiamy, jesteśmy blisko i uważne na siebie. Są też wspólne wyjazdy na weekendowe festiwale muzyczne, spontaniczne wypady za granicę.
- Arleta to tytan pracy, wszechstronna dziennikarka, żyje polityką, ale zawsze znajduje czas dla przyjaciół i na działanie mówi Marta Kuligowska, dziennikarka TVN24. – Zaprasza do domu wiele różnych kobiet, tworząc inspirujące „kobiece kręgi”. Jest empatyczna i gdy ktoś ma słabszy czas, może na niej polegać, ale też angażuje się w działania pomocowe. Kiedy ostatnio biegła w półmaratonie, zbierała pieniądze na wsparcie psychiczne dla młodzieży. Jest wulkanem energii i fantastyczną otwartą osobą. Dziś niewielu dziennikarzom można wystawić taką laurkę.
Z Kuligowską zgadza się inna dziennikarka TVN24 Joanna Kryńska: - Kluczową wartością dla Arlety jest człowiek. Jest oddana przyjaciołom i troskliwa. Zawsze dotrzymuje obietnic i znajduje czas na rozmowę, choć jest bardzo zajęta. W trudnym dla mnie momencie miałam Arletę obok. Była ze mną w chorobie, przed operacją i po niej. Kiedy dzwoniła, to nie z nutą dramatyzmu w głosie, tylko ciepło pytała, czy wszystko dobrze. Od wielu lat, gdy się widzimy, czy tylko słyszymy, mówię: „Arletka, jak tam?”. I ona odpowiada: „Krynia, świetnie”. Taki optymizm nie jest częsty i mało popularny, a u niej szczery. Dzięki swojej pracowitości i charakterowi osiąga sukcesy i umie w fajny, ludzki sposób o tym powiedzieć. Cechy, które niektórzy mogliby uznać za szalone: hiperaktywność, energia, są w rzeczywistości jej zaletami. Pokazują, jak bardzo interesuje ją świat, ale też życie, bo ma milion pasji. Jest przyjaciółką, którą każdy chciałby mieć. A ja mam to szczęście, że jest moją!
Arleta uważa, że wsparcie kobiet w tej branży to coś absolutnie wyjątkowego. Czuje to na co dzień od koleżanek dziennikarek z redakcji, wydawczyń. Wiele z nich ma w sercu, jak choćby Annę Marton. Ta wydawczyni towarzyszyła jej przy debiucie w „Jeden na jeden” i jak mówi mi dziennikarka, „potrafiła jednym zdaniem zdjąć ze mnie ciężar całego świata”. To także Kasia Ramotowska, kiedyś szefowa w TVN24 BIS, która dziś wspiera i charytatywnie nadzoruje projekt budowy „Domu z sercem”(o tym potem). Dziś Arleta opowiada, jak niedawno w jeden z marcowych dni była w drodze do sejmu i w głowie układała kolejny materiał. Nagle dzwoni szef: „Poprowadzisz dzisiaj »Fakty po Faktach«”. W zawodzie dziennikarza wszystko szybko się zmienia, jest na „już”. Arleta dobrze wie, że pierwszy raz w prime time w tym formacie to prestiż, ale i ogromna odpowiedzialność. Wraca do redakcji, wchodzi w swój tryb: kawa, cisza, research. Buduje w głowie tło, kontekst, gości. Gdy już ogarnie merytorykę, przychodzi czas na emocje, równie ważne jak wiedza. Ma swoją bezpieczną przystań, czyli grupę przyjaciółek na komunikatorze. To między innymi wspomniana wcześniej Kasia i Agnieszka Walczak. Pisze do nich. Za pół godziny telefon wibruje. One wiedzą, które guziczki wcisnąć, a które lęki wyciszyć. Po trzech godzinach przygotowań nie czuje już tremy. Świadomość, że można wszystko przegadać, skonfrontować, zobaczyć z innej perspektywy, daje jej pewność siebie i siłę. Debiut zalicza na plus.
Trudno uwierzyć, ale zaczyna już 19. rok pracy w TVN24. Kawał życia spędzony w newsach, dobre chwile, ale i bolesne upadki. Były momenty, gdy brakowało jej nowych wyzwań i trzeba było nauczyć się cieszyć tym, co się ma. A ten najtrudniejszy moment to rok 2008. Jest młodą reporterką, właśnie przeniosła się z Gdańska do Warszawy i pracuje w TVN24. Dość szybko szefowie podjęli decyzję, że koniec z lajfami i przenoszą ją do redakcji. Może tempo i presja były dla niej za trudne. Szefowie przyznali już później, że myśleli, że zrezygnuje.
- Oczywiście, popłynęło kilka łez, choć rzadko płaczę – wspomina Arleta. – Ale najbardziej byłam zła, że sama siebie zawiodłam. Był już przy mnie Kuba. Przegadaliśmy to i na drugi dzień byłam gotowa jechać dalej.
Zrozumiałam, że krok w tył może być początkiem czegoś nowego. Teraz patrzę na tamtą dziewczynę sprzed lat z dystansem i czułością. Wiem, że wszystkie upadki, gorsze chwile to lekcje pokory, które zbudowały mnie jako dziennikarkę.
Dziś dobrze wie, że telewizja informacyjna nie wybacza, a ona ma w sobie determinację. To setki godzin spędzonych w weekendowych programach, dyżury nocne, praca od samego świtu, w święta, wielogodzinne słuchanie nagrań, wyszukiwanie sensu w chaosie. Uczyła się i z porażki zrobił się kolejny etap. Ważną postacią na jej drodze był redaktor Jacek Stawiski, który przyjął ją do zespołu. Jej kolegami byli Maciej Knapik, Piotr Świerczek, świetni reportażyści polityczni. W 2010 roku Zalewska z mikrofonem wchodzi po raz pierwszy do sejmu i… już tam zostaje. Momentem granicznym dla całego pokolenia dziennikarzy jest katastrofa smoleńska. Pamięta tamtą intensywność, odpowiedzialność, emocje. Trudno to do dziś porównać z czymkolwiek.
Gdy rozmawia z politykami, nie przekrzykuje, nie jest uprzedzona do nikogo i podchodzi do tematów bez przyjętej z góry tezy. To cenna cecha w spolaryzowanych mediach. A jak radzi sobie z polityką, która stała się jeszcze ostrzejsza, bardziej emocjonalna? - Czasy populizmu są szkodliwe i niebezpieczne - słyszę. - Szukam rozwiązań. Dużo myślę o tym, jak sama mogę zmienić pracę, nawyki, jak się rozwijać, aby w tej rzeczywistości się odnaleźć. Każdego dnia próbuję przyciągać ludzi do słuchania, dostarczam im różnych opinii, kontekstu, pobudzam do refleksji.
– Niedawno Arleta otrzymała Nagrodę Główną Mariusza Waltera za Osobowość Medialną, co świadczy o docenieniu bezstronności i wolności od uprzedzeń w tym zawodzie – mówi Krzysztof Skórzyński, dziennikarz i przyjaciel. - Arleta wierzy, że dziennikarz powinien obserwować i opisywać rzeczywistość, pozostawiając widzom wyciąganie wniosków. Szanują ją zarówno politycy prawicy, lewicy, konserwatyści i liberałowie, są świadomi obiektywizmu i jej niechęci do manipulacji. W przeciwieństwie do tych, których gwiazda szybko rozbłyska, ale i gaśnie, Arleta budowała swoją pozycję przez kilkanaście lat ciężkiej pracy.
Gdy przyjechała do Warszawy jako reporterka terenowa, musiała zmierzyć się z nowym środowiskiem. TVN24 wyglądało inaczej niż dziś, każdy miał swoje poletko, które zagospodarowywał i którego bronił. A tu pojawiła się dziewczyna bez kompleksów, ale mająca też w sobie dużo pokory, zawsze gotowa na krok w tył, aby ostatecznie zrobić te dwa do przodu. Wspieramy się i przyjaźnimy od lat, bo jesteśmy podobni, często rozumiemy się bez słów, mamy własne „kody” rozmowy. Arleta bywa porywcza, szybko się zapala, ale jej złość przemija w mgnieniu oka. Ma też ogromne poczucie humoru i dystans do siebie. Gdy ktoś ją poprosi o wsparcie, nagłośnienie jakiejś sprawy, pomocy, nigdy nikogo nie zostawia. Oboje czujemy, że od tego świata dostaliśmy dużo, więc chcemy to oddawać. Czasem razem działamy, jak choćby dla „Domu z Sercem”.
Wszystko zaczęło się w pandemii, Arleta włączyła się w akcję rozwożenia obiadów seniorom. Zauważyła, że nieraz za zamkniętymi drzwiami kryje się nie tylko ekonomiczne czy zdrowotne wykluczenie, ale i samotność. Dlatego gdy Magda Gilarska ze Stowarzyszenia „Pomagamy Seniorom”, zwróciła się do niej z wizją stworzenia „Domu z Sercem” na Muranowie, Arleta nie wahała się ani chwili. Seniorzy potrzebują miejsca, w którym dostaną ciepły posiłek, herbatę, ale też poczują wzajemną siłę i wspólnotę. Ruszyła do boju o środki, a do akcji dołączył Krzysztof Skórzyński z Fundacją TVN. Uruchomiła się lawina dobra, zgłosiły się firmy, które podarowały wszystko, od kafli do łazienek po pełne wyposażenie. Lokal przy Nowolipiu 9/11 będzie azylem dla seniorów, którym często brakuje na podstawowe potrzeby, ale i miejscem, które przywraca im godność i daje radość.
– Mieszkam na Mokotowie, to dzielnica, w której jest dużo starszych ludzi – opowiada Arleta. - Mijam ich na ulicy, w sklepie na zakupach. Dla mnie to nie „przypadkowi seniorzy”, są żywym świadectwem historii tego miasta. Wierzę w siłę najprostszych odruchów, a wielka zmiana zaczyna się od drobiazgów: od uśmiechu na ulicy, od pomocy w niesieniu ciężkiej siatki, od zauważenia kogoś, kto stał się „przezroczysty”. Uważam, że bycie człowiekiem to obowiązek, z którego rozliczamy się każdego dnia. Arleta była wychowana w szacunku do starszych.
Pochodzi ze Słupska, gdzie zresztą w ramach trasy urodzinowej po Polsce zawita z Ekipą TVN24 ze specjalnym programem i akcją „Jesteśmy stąd”. Mama jest pielęgniarką, pracowała w szpitalu, dziś wciąż jest aktywna zawodowo. Tata elektryk od lat pracuje w Wodociągach Słupskich. – Rodzice byli zabiegani, choć zawsze bardzo obecni w moim dzieciństwie - opowiada. - Było skromnie, mieszkaliśmy u babci i dziadka w bloku. To dziadkowie pomagali rodzicom w kupnie pierwszego malucha, potem mieszkania. Są ważnym elementem mojego dzieciństwa. Babcia o mnie dbała, zrzucała w woreczku pieniądze na lody, gdy byłam na podwórku. Czytałam dużo książek, uczyłam się na pamięć opowieści, ćwiczyłam wyobraźnię. Dziadkowi zawdzięczam bardzo dużo, od kursu prawa jazdy, na który mnie wziął i go opłacił, po zainteresowanie historią, polityką. Zaczynał dzień od czytania gazety i picia kawy sypanej – elegancki, nigdy w piżamie. Mówił: „Idziesz wyrzucić śmieci, to musisz być schludnie ubrany, bo nigdy nie wiesz, kogo spotkasz i co się może wydarzyć”. Z dziadkiem oglądałam posiedzenia sejmu w początku lat 90., dyskutowałam. Oboje z babcią już odeszli. Miałam niebywały przywilej być przy śmierci dziadka i to wywarło na mnie wielki wpływ. Zdążyłam wtedy wrócić z Pragi z koncertu AC/DC i po prostu byłam w szpitalu razem z mamą i tatą. Dziadek odchodził z wielką godnością, pogodzeniem się z chorobą, jakby czekał, żebyśmy byli wszyscy, i mógł spokojnie pożegnać się z nami.
Kiedy Arleta miała pięć lat, urodziła się Kamila, jej młodsza siostra. - Dzieliłyśmy pokój i oczywiście walczyłyśmy - wspomina Arleta. – Ale potem było coraz lepiej. Kamila poszła do liceum, gdy ja już zdałam na ekonomię i zarządzanie na Politechnikę Gdańską. Wtedy już byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami. Pewnie trudno być tym drugim dzieckiem, szczególnie że ja byłam tą odnoszącą sukcesy w nauce i w sportach. Moja siostra jednak bardzo wcześnie znalazła swoją drogę, od dziecka tańczyła. Pamiętam, jak przyjechała do mnie do Gdańska i dyskutowałyśmy o tym, gdzie chce iść na studia. Była świetna z matematyki, rysunku, więc rodzice i dziadek myśleli, żeby poszła na architekturę. Ale zdecydowała się na zdawanie do koledżu muzycznego w Nottingham. To był 2008 r., pojechałam z nią na egzaminy. Zdała ze śpiewu, tańca, aktorstwa. Dziewczyneczka z długimi włosami, lekko odstającymi uszami, chudziutka, a dała takiego czadu! Na początku jej wyjazd do Anglii to było dla rodziców duże wyzwanie, ale szybko dostała stypendium. Kamila dorabiała w restauracji, brała taneczne zlecenia, a potem wystrzeliła i ciężką pracą odniosła wielki sukces. Przez 10 lat mieszkała i pracowała w Londynie, zjeździła cały świat. Jest tancerką i choreografką, współpracuje w trasach koncertowych z Robbiem Williamsem. Występowała u boku takich gwiazd jak Rihanna, Rita Ora, Kylie Minogue. Dziś jest mamą dwumiesięcznego synka i tworzą z narzeczonym dom. Mieszkają nad morzem w Southampton, choć nadal pracują w Londynie. Staram się być u niej raz w miesiącu, to moje postanowienie. Nie mamy z Kubą dzieci, więc w wolny weekend pakujemy się w samolot i lecimy do nich – opowiada Arleta. Kiedy rozmawiam z Kamilą, przyznaje, że ma w Arlecie przyjaciółkę, która nigdy nie ocenia i zawsze mówi prawdę. Mimo dzielącej je odległości są w stałym kontakcie i zawsze mogą na siebie liczyć.
– Czasem nie rozmawiamy z tydzień i nagle wieczorem albo rano pomyślę o niej, a ona dzwoni i mówi, że jest ze mnie dumna. Gdy byłyśmy dziewczynkami, Arleta siedziała w książkach, ja na podwórku albo w sali tanecznej. Kiedy ja byłam w liceum, a ona zaczęła studia, to jeszcze bardziej się zbliżyłyśmy i tak jest do dziś. Jest zawsze aktywna i zorganizowana. Z moim narzeczonym śmiejemy się, że gdy przyjeżdża, to musimy szykować grafik i atrakcje, wycieczki. Ale przez ostatnie parę miesięcy dużo rozmawiałyśmy, że w moim życiu jest teraz czas ciszy i spokoju. Doskonale to zrozumiała i gdy regularnie przyjeżdża, zajmuje się małym, chodzimy na spacery. Dla Arlety praca i rodzina są najważniejsze, a rzeczy przyziemne, jak sprzątanie, gotowanie już trochę mniej. Oczywiście, gdy musi, to zrobi, ale to nie jej dziedziny. Ostatnio zmotywowała się i zrobiła nam śniadanie, a także burgery. Widzę, że się stara, próbuje, bo ona taka jest. Nigdy nie spoczywa na laurach i ciągle stawia sobie nowe cele.
Trudno opowiedzieć o Arlecie bez opisania jej pasji. Mimo zapracowania zawsze znajduje czas na sport i muzykę. Sport dla niej to nie tylko wysiłek fizyczny, ale sposób na budowanie sprawczości i higienę umysłu. Jej sportowa droga jest imponująca: koszykówka w szkole i na Politechnice Gdańskiej, jazda konno, bieganie - na koncie ma dwa półmaratony i maraton. To dla niej czas na bycie ze sobą, przemyślenia i reset emocjonalny. Prawdziwym przełomem był hokej. To pasja, która zdominowała dużą część jej dorosłego życia, od indywidualnych treningów na lodzie po mecze charytatywne z drużyną TVN. Hokej pokazał jej, że w każdym wieku można nauczyć się czegoś zupełnie nowego i wejść w nieznane środowisko. Teraz trenuje boks. – Lubię testować swoją wytrzymałość i mam świetną trenerkę – mówi. – Boks to dla mnie praca nad uważnością. Zwykle robię kilka rzeczy naraz i szybko się nudzę, a tu znajduję wyzwanie dla mojej koncentracji. Cenię kombinacje ciosów, które są dla mnie jak matematyczna zagadka.
Kiedy Arleta nie biega po sejmowych korytarzach ani nie trenuje, wyrusza w świat na koncerty. Jej muzyczne serce bije w rytmie klasycznego rocka, a lista koncertowych trofeów mogłaby zawstydzić niejednego recenzenta muzycznego. To m.in. Rolling Stones, Metallica, Jennifer Lopez, ale i intymne, poruszające występy, jak niedawny symfoniczny Edyty Bartosiewicz w filharmonii. Koncerty to dla dziennikarki coś więcej niż show, to kolekcjonowanie wzruszeń. Wspomina występ Neila Younga w Kopenhadze, gdzie widok starszych panów płaczących ze szczęścia, że mogą po raz ostatni usłyszeć swojego idola, poruszył ją do głębi. Muzyka pobudza ją do działania, daje energię do pracy i relaks.
- W domu chętnie wracam do rytuału słuchania winyli - opowiada. - To dla mnie moment zwolnienia i bardziej autentyczny rytm niż ten narzucany przez playlisty na Spotify. Gdy igła gramofonu opada na czarną płytę, mój świat na moment przestaje pędzić. Na samym szczycie mojej listy jest bezapelacyjnie Bruce Springsteen „Boss” i historia, którą opowiada każdą piosenką. Mam na koncie kilka jego koncertów. A teraz szykujemy się z Kubą na ten wyjątkowy dla nas, bo w Miami. I to będzie super. Znajomi często pytają Arletę, co pomaga jej być optymistką. Odpowiada prosto i skromnie: - Mam szczęście! Zdrową głowę, ciało, siłę, wspaniałą pracę i ludzi wokół siebie. Nic, tylko się cieszyć!