Rozwój

Zmęczeni nadmiarem mamy nowy sposób na przebodźcowanie. Psycholog o POMO

Zmęczeni nadmiarem mamy nowy sposób na przebodźcowanie. Psycholog o POMO
Fot. Getty Images

Wiele osób z ulgą rezygnuje z bycia na bieżąco. Nie obejrzeli głośnego serialu? Trudno. Nie znają nowego trendu z Instagramu? Tym lepiej. JOMO, POMO czy ROMO, czyli radość lub duma z przegapiania, to skróty, które warto znać, bo opisują nowe, ważne zjawisko: reakcję na zmęczenie nadmiarem.

Marta Cieśla, psycholożka specjalizująca się w ADHD i spektrum autyzmu, opowiada, że przez tydzień znacznie ograniczyła internet. Minimum scrollowania, sprawdzania wiadomości czy zerkania w telefon przed snem. Było pielenie grządek w ogrodzie i słuchanie audiobooków. Gdy wróciła do sieci, okazało się, że prawie ominęła ją wielka akcja Łatwoganga. Nie wiedziała, o co chodzi, i to było przyjemne.

Nie poczułam strachu, że wypadłam z obiegu. Raczej ulgę, że tydzień zajmowałam się czymś innym niż patrzenie w ekran.

Kiedy mózg jest przebodźcowany

„Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam…” Pamiętacie piosenkę? Anna Maria Jopek napisała ją 25 lat temu. W tym czasie świat przyspieszył i zasypał nas bodźcami, atrakcjami dostępnymi łatwo jak nigdy dotąd. Efekt? Polak spędza w sieci od czterech do sześciu godzin dziennie i chwyta telefon około 80 razy na dobę. Nie umiemy się ograniczać, a zamiast doceniać to, co nam się udało zrobić, zobaczyć, przeżyć – dramatyzujemy, ile wrażeń nas omija. Niemiłe uczucie bycia „pominiętym” ma swoją nazwę, z angielskiego fear of missing out (FOMO).

Myli nam się jednak bycie poinformowanym z byciem stale pobudzonym – mówi Marta Cieśla.

Zapominamy, że internetowe algorytmy nie służą rozwojowi ani refleksji, tylko podtrzymywaniu uwagi. Zamiast wiedzy, po którą wchodzimy do sieci, dostajemy niekończący się strumień opinii i cudzych reakcji, kolejne afery i mikrotrendy, tracące ważność po kilku godzinach. Bycie na bieżąco oznacza częste sprawdzanie wiadomości, ale też nieustanne czuwanie. Neurobiolodzy nazwali ten stan„hiperczujnością”. To źle? Tak, bo jako gatunek jesteśmy ewolucyjnie dostosowani do reagowania na pojedyncze sygnały zagrożenia, a teraz działamy w środowisku nieustannego pobudzenia. Pod wpływem powiadomień, newsów, emocjonalnych nagłówków mózg przełącza się na tryb ciągłego skanowania otoczenia, jakby co chwila miało wydarzyć się coś ważnego. Efekt? Przewlekłe zmęczenie, trudności z koncentracją, poczucie przeciążenia i… marzenie o tym, by choć na chwilę „wypaść z obiegu”. Dlatego osób, które mają dość, przybywa.

 

Czym jest POMO?

Ta grupa przekonuje, że bycie „off” kręci bardziej niż bycie „on”. Powstają (gdzie? oczywiście w internecie) kolejne terminy opisujące emocje związane z odłączeniem: JOMO oznacza joy of missing out – radość z tego, że coś nas omija, a ROMO – relief of missing out – ulgę, że nie trzeba uczestniczyć we wszystkim. Najnowszy akronim, POMO, czyli proud of missing out, to duma z tego, że świadomie rezygnujemy z cyfrowego wyścigu. Niedawno chwalenie się tym mogło uchodzić za dziwactwo albo społeczny sabotaż. Teraz JOMO, ROMO I POMO to nie tylko modne hasztagi, to komunikat dla hiperczujnych: Hej, ludzie! Uwaga jest cennym zasobem i nie warto jej trwonić na pierdoły.

Brytyjski psychoanalityk Adam Phillips w eseju Missing Out (Przegapianie) pisze, że życie z definicji jest niepełne, bo nie da się przeżyć i doświadczyć wszystkiego. To samo dotyczy życia w sieci. Podążając za strumieniem informacji, tracimy coś ważniejszego – codzienność wokół – przekonuje Magdalena Bigaj, prezeska Fundacji Instytut Cyfrowego Obywatelstwa, w książce Twój telefon, twoje zasady. To ona wymyśliła POMO. Wszystko z powodu niedostrzegalnego na pierwszy rzut oka absurdu: scrollujemy dla relaksu, ale po godzinie takiej rozrywki jesteśmy bardziej zmęczeni. Oglądamy serial, jednocześnie odpowiadając na wiadomości i sprawdzając media społecznościowe. Niby odpoczywamy, ale mózg pracuje. Z refleksji nad tym, co zrobić, by ograniczyć nieznośne FOMO, Magdalena Bigaj wymyśliła kontrpojęcie: POMO – proud of missing out, po to, by zachęcić czytelników do wysiłku.

W książce Bigaj opowiada, że zobaczyła w sieci zdjęcie radosnych ludzi – odczuwali JOMO, bo odstawili internet. Trochę się wkurzyła. „Akurat, już to widzę – pomyślałam. Ale wiedziałam z doświadczenia, że wprowadzenie higieny cyfrowej daje coś ważnego. Może nie radość, ale coś równie karmiącego. Co czuję, gdy chciałabym poscrollować, leżąc w łóżku, a jednak tego nie robię? Albo gdy mówię, że nie używam TikToka, chociaż robi to 14 milionów ludzi w Polsce? No tak! Czuję dumę, że potrafię podjąć niepopularną decyzję. Tego dnia wymyśliłam POMO – dumę z tego, że coś mnie ominie. Z walki o odzyskanie życia w realu na przekór koncernom technologicznym, które chcą, żebyśmy więcej czasu spędzali w przestrzeni cyfrowej.

Powiedzenie temu »nie« jest formą oporu, buntem przeciw przekonaniu, że mamy gonić za newsami w sieci”. Duma z tego, że coś nas ominie, z pozoru brzmi jak żart, ale w rzeczywistości jest próbą opisania momentu, w którym człowiek przestaje traktować ciągłą dostępność jako obowiązek. Magdalena Bigaj przyznaje: pozbyć się FOMO nie jest łatwo, bo odstawienie telefonu nie daje natychmiastowej radości. Przeciwnie, pierwsze pojawiają się: frustracja, rozdrażnienie i poczucie pustki – uczucia trudne, nieprzyjemne i trzeba je wytrzymać. Cisza jest podejrzana, brak powiadomień niepokoi, ręka automatycznie szuka telefonu, nawet gdy nie ma po co. Dopiero później przychodzi ulga. A z czasem, obiecuje prezeska Instytutu Cyfrowego Obywatelstwa, doczekamy się i przyjemności z tego, że odzyskujemy czas, kontrolę nad nim i zdolność koncentracji.

Trzeba z czegoś zrezygnować, by nie oszaleć?

„Kupujemy rzeczy, których nie potrzebujemy, za pieniądze, których nie mamy, żeby imponować ludziom, na których nam nie zależy” – mówił Tyler Durden, główny bohater filmu Fight Club. Cytat z końca lat 90., ale to dobry opis współczesnego internetu. Kupujemy nie tylko produkty, ale też doświadczenia, emocje. I obsesyjnie dbamy o wizerunek w sieci, pokazujemy, jak jesteśmy popularni. Irlandzki aktor Cillian Murphy niedawno udowodnił, że można inaczej. Kilka miesięcy temu przyznał w wywiadzie, że odczuwa ROMO, czyli ulgę z powodu tego, że ominęła go rola w Odysei Christophera Nolana. Paradoks? Niekoniecznie. Murphy od lat jest w centrum uwagi, gra dużo, pracuje z największymi reżyserami, a jednak publicznie powiedział coś, co niedawno byłoby nie do pomyślenia: że nie chce brać udziału we wszystkim. Trzeba z czegoś zrezygnować, by nie oszaleć?

Marta Cieśla tłumaczy, że umiejętność selekcji doświadczeń jest jedną z najważniejszych kompetencji.

Uwaga to dziś cenna waluta. Walczą o nią aplikacje w telefonie, reklamy, wiadomości, media społecznościowe, streamingi. Problem w tym, że próbujemy odpowiedzieć na wszystkie wezwania jednocześnie, a to szkodzi – mówi psycholożka.

I proponuje prostą metaforę: nasze zasoby są jak stół z ograniczoną liczbą miejsc. Jeśli posadzimy przy nim wszystkich chętnych, nikt się nie naje, a gospodarz imprezy padnie z wyczerpania.

 

Jak dbać o higienę cyfrową?

To nie jest historia o tym, że powinniśmy pokochać nudę, choć jej odczuwanie jest nam potrzebne do pobudzania obszarów mózgu odpowiedzialnych za kreatywność. Problem z cyfrowym przeciążeniem dotyczy jednak większości z nas. Nawet tych, którzy uważają się za świadomych i odpornych. – Z technologiami nikt nie wygra, dlatego musimy wiedzieć, jak je przechytrzyć – mówi Marta Cieśla. Jak dbać o higienę cyfrową? Zacząć od ograniczenia bodźców, na które mamy wpływ. Bo tych, na które nie mamy, i tak jest dużo – radzą specjaliści. Część z nas próbuje odzyskać kontrolę w radykalny sposób, wracając do używania tzw. dumb phone’ów – prostych telefonów bez internetu i aplikacji (można kupić nowe tego typu aparaty, np. polskiej marki Mudita). Tak zrobiła Monika Uchacz, psychoterapeutka, prowadząca na Instagramie konto „CBT łagodniej”. Według danych Counterpoint Research sprzedaż dumb phone’ów rośnie. Jednak osoby testujące to rozwiązanie przyznają, że powrót do analogowego świata jest niemożliwy.

Rzeczywistość tak się zmieniła, że używanie wyłącznie starej Nokii nie wchodzi w grę. U mnie jest tak, że dumb phone’a używam jako telefonu „głównego”, ale w pracy z pacjentami i tak muszę mieć smartfon. Komunikacja, bankowość, transport – wszystko przeniosło się do smartfona. Chodzi więc nie o cyfrową ascezę, tylko o umiejętnie postawione granice – wyjaśnia Monika Uchacz.

Teraz zamiast o cyfrowym detoksie mówi się o digital wellness, czyli cyfrowym dobrostanie. Różnica jest zasadnicza. Detoks sugeruje radykalne odcięcie od technologii, które dla wielu może się skończyć efektem jojo (kilka dni bez internetu, a potem wielki powrót do dawnych nawyków). A tu chodzi o lepsze wyważenie proporcji. O to, by telefon przestał być centrum życia. Podejście typu JOMO, POMO czy ROMO w tym pomaga, Monika Uchacz przestrzega jednak przed popadaniem w przesadę. – Są osoby, które będą potrzebować bardziej radykalnych sposobów, aby nauczyć się limitować np. social media, ale znajdą się też tacy, dla których klasyczna rutyna i ustalenie zasad korzystania ze smartfonów wystarczą, by opanować pokusę ciągłego bycia online.

Granica między świadomym wyborem a całkowitym wycofaniem bywa cienka. To, co zaczyna się jako ochrona zasobów, może skończyć się całkowitą izolacją od trudnych informacji. Terapeuci widzą, że rośnie grupa osób, które ograniczają kontakt z newsami, bo te wywołują lęk, bezsilność i przeciążenie. Jednak unikanie świata to niewłaściwa strategia regulacji emocji. Potrzebujemy mechanizmów adaptacyjnych w czasach nadmiaru informacji. Dobrze ustawiona samoregulacja oznacza wychwytywanie w porę momentów, gdy jesteśmy na granicy wytrzymałości, zanim system nam się zawiesi. I odpuszczanie dodatkowych aktywności.

Czyli, użyjmy kulinarnej metafory, jeść trzeba, ale nie powinniśmy się przejadać. I podobnie jak dobrych nawyków żywieniowych, także cyfrowej higieny można się nauczyć. Satysfakcja, jak wieść niesie, przyjdzie z czasem.

 

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 08/2026