Od soczystych owoców i białych kwiatów po kadzidło, tytoń i ciemną czekoladę.
Perfumy od lat są jedną z moich największych słabości. Mogę przepaść na długie godziny, czytając o nutach, perfumiarzach i nowych premierach, a później równie długo sprawdzać je w perfumeriach. Widzę jednak, że z wiekiem moje podejście do nich wyraźnie się zmienia. Kiedyś, jako wielka miłośniczka zapachów drzewnych i skórzanych, do lżejszych kompozycji podchodziłam z dużą rezerwą. Miłość do skóry i drewna została zresztą do dziś, nadal są moim pierwszym wyborem, ale coraz częściej zatrzymuję się na owocach, kwiatach, a przede wszystkim przy róży. Szczególnie tej ciemniejszej, zestawionej z kadzidłem, drewnem albo żywicą. Uwielbiam.
Nowy sezon zawsze przynosi nowe premiery i w tym roku jest kilka naprawdę wyjątkowych propozycji. Są zapachy jaśniejsze i soczyste, jak Ciao The House of Oud z białą brzoskwinią i cytrusami czy chłodniejszy Demon Dancer Ex Nihilo z rabarbarem, miętą i czerwoną pomarańczą. Są też kompozycje znacznie bardziej nasycone, stworzone wręcz z myślą o chłodnych wieczorach: Libre Santal Couture z kremowym sandałowcem, L'Interdit Elixir z wiśnią, rumem i wanilią czy Tobacco Chocolat Toma Forda, gdzie tytoń łączy się z ciemną czekoladą (uwaga: w tym upajającym zapachu można się zakochać).
Pierwsze nuty są chłodne, cierpkie i bardzo energetyczne. Rabarbar, bergamotka, czerwona pomarańcza i mięta pieprzowa tworzą świeże otwarcie, które później łagodnieje za sprawą kwiatu pomarańczy i czarnej porzeczki. Im dalej, tym więcej pojawia się drewna, ambrowej głębi, piżma i fasolki tonka. Inspiracją był współczesny taniec, jego precyzja i narastająca energia, i rzeczywiście w tej kompozycji dużo się dzieje. Ciekawa propozycja dla osób, które jesienią lubią świeże perfumy, ale nie chcą typowo cytrusowych.
Kadzidło, różowy pieprz, kamfora, białe kwiaty i irys już na papierze brzmią jak zestaw, obok którego trudno przejść obojętnie. Shiu 25 jest jednak oszczędny i bardziej chłodny niż ciężki czy dymny. Irys i olibanum zostały zestawione z ciepłymi nutami drzewnymi oraz shiu, łagodniejszą odmianą drzewa Ho. Zachwycającą mieszankę zamknięto w charakterystycznym dla marki, prostym flakonie.
Ciao zaczyna się bardzo apetycznie: od bergamotki, kwiatu pomarańczy i mrożonej pomarańczy, a chwilę później pojawiają się biała brzoskwinia i musujący akord inspirowany włoskimi bąbelkami. Początek jest soczysty i jasny, ale zapach nie pozostaje w tej lekkiej odsłonie. W bazie pojawiają się ambra, paczula oraz owocowe piżmo, dzięki którym całość nabiera większej głębi. Bardzo podoba mi się ten kontrast między brzoskwiniowym otwarciem a cieplejszym zakończeniem. Jedna z tych premier, które nie wymagają czekania na naprawdę chłodne dni. Dla miłośników Italii – pozycja obowiązkowa!
Jeżeli jesienne perfumy mają pachnieć owocami, Darling Point pokazuje, że wcale nie muszą być lekkie ani przesadnie słodkie. Na początku pojawiają się gruszka, jabłko i cynamon, później jaśmin, kwiat pomarańczy, róża oraz szafran. Najciekawiej robi się jednak w bazie, gdzie drewno kaszmirowe i mech łączą się z akordem praliny. Perfumiarka Aliénor Massenet umieściła w centrum kompozycji kandyzowaną gruszkę o niemal likierowej słodyczy. Memo nie zawiodło. Piękny zapach.
Nowa odsłona Barénii przesuwa akcent w stronę kwiatów. Christine Nagel połączyła szyprową bazę z białą lilią i kwiatem pomarańczy, a następnie dodała paczulę i jagodę cudowną. Zapach nie jest przesadnie delikatny ani słodki. To nadal kompozycja szyprowa, tylko bardziej świetlista i zmysłowa. Całość zamknięto w różowo-pomarańczowym flakonie, który można ponownie napełniać.
Creed nawiązuje tu do swojego brytyjsko-francuskiego dziedzictwa, wykorzystując składniki pochodzące z obu krajów. Kompozycję otwierają bergamotka i piołun, później pojawia się angielska lawenda z Kent, a bazę tworzy francuski Iris Pallida. I właśnie ten irys... absolutnie przepiękny. To kompozycja unisex, więc z powodzeniem sprawdzi się również u mężczyzn. Mnie zachwyciła.
Libre znam przede wszystkim z zestawienia lawendy i kwiatu pomarańczy, ale w Santal Couture te nuty dostały znacznie cieplejsze tło. Odpowiada za nie kremowe drewno sandałowe, które przesuwa całą kompozycję w bardziej drzewną stronę. To limitowana edycja, która może spodobać się również osobom zwykle omijającym wyraźnie kwiatowe perfumy. Jesienią taki sandałowiec ma dla mnie znacznie większy urok niż kolejna porcja waniliowej słodyczy. Całość zamknięto w brązowym, lakierowanym flakonie ze złotymi detalami.
Tu robi się zdecydowanie bardziej wieczorowo. Charakterystyczny dla L'Interdit bukiet kwiatu pomarańczy, tuberozy i jaśminu został zestawiony z wiśnią oraz drewnem dębowym. Później dochodzą rum, davana i wanilia, więc trudno spodziewać się delikatnej kompozycji. Czerwono-czarny flakon doskonale pasuje do samej koncepcji zapachu.
W Vendetta Donna wszystko zaczyna się od tuberozy, której towarzyszy słodki, niemal likierowy nektar czerwonej pomarańczy. Dalej pojawia się kremowe drewno sandałowe, dzięki któremu kwiatowo-owocowa kompozycja staje się cieplejsza i bardziej nasycona. Twórcami są Dominique Ropion i Andrew Everett.
Tytoń i ciemna czekolada to duet, którego właściwie nie trzeba dodatkowo reklamować przed jesienią. W Tobacco Chocolat pojawia się autorski akord Cocoa Smoke™, łączący kakao, ziemisty tytoń i jaśniejszą esencję pomarańczową. Jest również balsam peruwiański, a Daniela Andrier porównuje sam zapach do koniaku. Kompozycja bogata, szlachetna. Zdecydowanie bardziej na chłodny wieczór niż na wrześniowe południe. Jasnobursztynowy flakon z czekoladowymi detalami świetnie zapowiada to, co znajduje się w środku.
Nowa Coco Mademoiselle zaczyna się od liczi i grejpfruta, więc pierwsze wrażenie jest soczyste i świeże. W sercu pozostają róża oraz jaśmin, ale dalej pojawia się dobrze znana z tej linii paczula, tym razem otoczona wanilią, nutami ambrowymi i wetiwerem. To ciekawa zmiana proporcji: owoce są wyraźne na początku, natomiast baza idzie w znacznie cieplejszą, głębszą stronę. Uwodzicielska mieszanka.
Nowa kolekcja Perfumes of the World obejmuje trzy zapachy inspirowane chińską sztuką życia i każdy z nich pokazuje ją z zupełnie innej strony. Tea Storm jest najjaśniejszy: trawa cytrynowa otwiera kompozycję, po niej pojawiają się magnolia, róża z Grasse oraz akord herbaty z niuansami siana i miodu. Ink Mark znajduje się na drugim końcu skali i od razu przyciąga mnie bardziej: jego inspiracją była chińska kaligrafia, a kompozycję tworzą przede wszystkim kremowe drewno sandałowe, kadzidło i nuty bursztynowe. Moon Tale jest najbardziej kwiatowo-owocowy. Zaczyna się maliną, po której pojawiają się piwonia, geranium, jaśmin sambac i magnolia, a piżmowa baza ma pudrowy, kosmetyczny charakter. Cała trójka została zamknięta w opalizujących szklanych flakonach inspirowanych chińskimi tabakierkami.