Partnerzy

„Nie mamy czasu na ciche dni”. Agnieszka Więdłocha i Antoni Pawlicki szczerze o małżeństwie

„Nie mamy czasu na ciche dni”. Agnieszka Więdłocha i Antoni Pawlicki szczerze o małżeństwie
Fot. Filip Zwierzchowski,

Nie budują związku na pokaz, nie zamieniają codzienności w internetowy spektakl. Mimo to Agnieszka Więdłocha I Antoni Pawlicki tworzą jedno z najbardziej rozpoznawalnych małżeństw.

AGNIESZKA WIĘDŁOCHA O ZWIĄZKU Z ANTONIM PAWLICKIM

Najbardziej boję się momentu, w którym w związku wszystko staje się zbyt pewne. Takiej chwili, kiedy człowiek przestaje się starać, bo wydaje mu się, że ma już drugą osobę na zawsze. A przecież nic nie jest dane raz na zawsze. Miłość też nie. Ona nie potrzebuje wielkich deklaracji. Potrzebuje codziennej obecności. Tego, żeby nadal chcieć usłyszeć drugiego człowieka, rozbawić go, zaciekawić, zauważyć. Jeszcze w liceum trafiłam na spotkanie z profesorem Zbigniewem Lwem-Starowiczem i zostało mi w głowie jedno zdanie: „Czy można sobie wyobrazić związek bez kłótni? I po co?”. Bardzo mnie to poruszyło.

Agnieszka Więdłocha: "Dwoje ludzi ma prawo się różnić"

Wydawało mi się wtedy, że idealna relacja to taka, w której ludzie rozumieją się bez słów i żyją w nieustannej harmonii. A on nagle odwrócił tę perspektywę. Pokazał, że konflikt nie musi być porażką. Że dwoje ludzi ma prawo się różnić. I że czasem właśnie przez różnicę można dojść do większej bliskości. To zdanie zostało ze mną na całe życie. Bo nie wierzę w związki idealne. Nie wierzę też w tłumienie emocji. Mam wręcz odwrotnie. Bywa, że sama siebie obserwuję i myślę: mogłabym już tę emocję zatrzymać, uspokoić, schować. Ale jestem ciekawa, dokąd mnie zaprowadzi, jeśli pozwolę jej wybrzmieć do końca. Jaką prawdę odsłoni. Bardzo wiele nauczyłam się o sobie właśnie dzięki temu, że nie uciekałam od własnych emocji. Dlatego nie jesteśmy z Antkiem parą, która wszystko wygładza. Potrafimy się przegadywać, droczyć, odbijać sobie piłeczkę. Czasem pokłócić się o coś zupełnie błahego. Ale nigdy nie chodzi o wygrywanie. Chodzi o to, żeby nic nie zostawało pod skorą.

Agnieszka Więdłocha: "Tam, gdzie nie ma emocji, często nie ma też zaangażowania"

U nas wszystko dzieje się na bieżąco. Antek obraża się szybko, ale na szczęście równie szybko mu przechodzi. Ja szybciej wracam do równowagi. Nie mamy czasu na ciche dni. Jest życie, dzieci, praca, logistyka codzienności. Emocje trzeba przepuszczać dalej. Oczywiście bywają momenty, kiedy mam ochotę wyrzucić jego rzeczy przez okno albo rozwalić jego ukochany samochód. W mojej głowie pojawiają się wtedy wspaniałe sceny i daje mi to niezłą przyjemność. (śmiech) Są w tym emocje, brak realnego planu działania. To po prostu część naszego języka. Takiego trochę włoskiego modelu miłości: głośnego, żywego i pełnego temperamentu. Mamy zresztą podobny sposób rozładowywania napięcia. Potrafimy się przegadywać czy droczyć nawet przy innych ludziach, ale właśnie dlatego, że pojawia się wtedy lekkość i dystans. Można wypuścić powietrze, nie robiąc sobie nawzajem krzywdy. I chyba wolę taki związek niż taki idealnie grzeczny. Bo mam poczucie, że tam, gdzie nie ma już żadnych emocji, często nie ma też zaangażowania. A mnie zależy na relacji żywej. Takiej, w której nadal nam zależy.

Agnieszka Więdłocha: "Nic nie trwa wiecznie"

Kiedy pojawiły się dzieci, wszystko trzeba było zbudować od nowa. Bo dziecko zawsze burzy świat dwojga ludzi. Nagle nic nie kręci się już tylko wokoł was. Jest ktoś trzeci, kto staje się centrum wszechświata. To jednocześnie najpiękniejsze i najbardziej wyczerpujące doświadczenie. Rodzicielstwo odebrało mi sen, spontaniczność i lekkość podróżowania. Ale w zamian dało coś, czego wcześniej nie znałam - nieograniczone pokłady miłości. I nauczyło mnie jeszcze jednej rzeczy: że nic nie trwa wiecznie. Ani trudne momenty ani te piękne. Wszystko mija. Wraca sen. Wraca przestrzeń dla siebie. Nigdy nie miałam potrzeby specjalnie się od Antka oddalać. Wręcz przeciwnie, bliskość jest czymś, czego bardzo potrzebuję. Chyba wyniosłam to z domu. Moi rodzice właściwie zawsze byli razem. Nie funkcjonowali osobno, nie wyjeżdżali oddzielnie. I chyba gdzieś głęboko uznałam, że właśnie tak wygląda miłość.

Agnieszka Więdłocha: "Tęsknimy za chwilą tylko we dwoje"

Antek potrzebuje czasem samotnej wyprawy, gor, przestrzeni. Ale dziś coraz częściej oboje tęsknimy za czymś bardzo prostym. Nie za wielkimi podróżami czy spektakularnymi randkami. Za spokojną kawą. Za rozmową, której nic nie przerywa. Za chwilą tylko we dwoje. Antek jest zdecydowanie bardziej zazdrosny niż ja. Kiedy zaczęliśmy być razem, był autentycznie zdziwiony, że można tak serdecznie przytulać się z przyjacielem, którego zna się od dwudziestu lat. Zapisał go nawet w telefonie jako „Przytulasek”. Do dziś mnie to rozśmiesza. Chociaż ostatnio i u mnie pojawił się jakiś cień zazdrości, kiedy odwoził koleżankę po spektaklu do domu. Mam wrażenie, że bardzo mu się to spodobało. Ksiądz Jan Kaczkowski, który przyjaźnił się z Antkiem, powiedział mi kiedyś: „Ufaj, ale sprawdzaj”. Do dziś nie wiem, co dokładnie miał na myśli. (śmiech) I może dobrze. Kiedyś ktoś powiedział nam, że jesteśmy idealnie dopasowani. Może tak jest. A może po prostu nadal jesteśmy siebie ciekawi. I może właśnie o to chodzi w miłości. Żeby ten drugi człowiek nigdy nie stał się czymś oczywistym.

ANTONI PAWLICKI O ZWIĄZKU Z AGNIESZKĄ WIĘDŁOCHĄ

Nigdy nie byliśmy na terapii dla par. I może właśnie dlatego tak bardzo zainteresował mnie spektakl „Terapia dla par”, w którym gramy z Agnieszką i którego jesteśmy współproducentami. Nie opowiada o wielkich zdradach czy spektakularnych kryzysach, ale o codzienności. O tych wszystkich drobnych rzeczach, które przez lata odkładają się między ludźmi. O sposobie mówienia do siebie, o niedopowiedzeniach, o emocjach, które pozornie są nieważne, a tak naprawdę budują albo niszczą relację. Paradoksalnie odkryliśmy, że prywatnie najbliżej nam właśnie do pary, która ciągle się ze sobą droczy, przepycha i próbuje postawić na swoim. Między nami od zawsze było dużo energii. Dużo słow. Dużo emocji. I co ciekawe, często właśnie przy innych ludziach najłatwiej rozładować napięcie. Pojawia się dystans, żart, lekkość. To już nie jest wojna, tylko rodzaj gry. Wentyl bezpieczeństwa. Można się posprzeczać, ale bez robienia sobie prawdziwej krzywdy.

Antoni Pawlicki: "Zaczęło się od zawodowej frustracji"

Nasz początek też nie przypominał komedii romantycznej. Kiedy Michał Kwieciński przygotowywał „Czas honoru”, dał mi możliwość wyboru roli. Wybrałem jedną postać, miałem już wszystko poukładane w głowie. Potem na castingu pojawiła się Agnieszka. Michał uznał, że idealnie pasuje do roli Leny, a skoro ona ma grać Lenę, to ja muszę zagrać Jana. Zadzwonił do mnie i oznajmił, że zmienia decyzję. Nie ukrywam, byłem trochę obrażony. Śmieję się czasem, że pierwsze spotkanie z przyszłą żoną zaczęło się od zawodowej frustracji. Ale od tamtego momentu do chwili, kiedy naprawdę zostaliśmy parą, minęło siedem lat. Siedem lat znajomości, pracy, przyjaźni i rożnych życiowych zakrętów. Nic nie wydarzyło się gwałtownie. I może właśnie dlatego ten fundament okazał się taki mocny.

Antoni Pawlicki: "Jesteśmy trochę starej daty"

Od początku byliśmy zgodni przynajmniej w jednej sprawie. Prywatność nie jest walutą. Jeśli pojawialiśmy się publicznie, to dlatego, że chodziło o film, spektakl albo pracę. Dzisiaj świat poszedł jeszcze dalej. Prywatność stała się produktem. Im więcej pokazujesz, tym większe masz zasięgi i możliwości zarabiania. My z tego świadomie rezygnujemy. Być może kosztuje nas to część popularności, ale są rzeczy, których nie chcę sprzedawać. Za to bardzo lubimy pokazywać wspólną pracę. Mam poczucie, że jesteśmy ludźmi trochę starej daty. Nadal wierzymy w lojalność, uczciwość i odpowiedzialność. Nawet jeśli nie brzmi to dziś szczególnie modnie.

Antoni Pawlicki: "Bliskość będzie potrzebna zawsze"

Rodzicielstwo przewartościowało moje życie bardziej niż cokolwiek wcześniej. Przez ponad trzydzieści lat świat kręcił się głownie wokół mnie. Mojej wolności, planów, podroży, pracy. A potem nagle przestajesz być najważniejszy. Spadasz z piedestału i odkrywasz, że jesteś ostatni w kolejce. Ale w zamian dostajesz coś znacznie cenniejszego. Własną bandę. Grupę ludzi, która jest twoja bezwarunkowo. Dzisiaj coraz częściej myślę, że w świecie, który zmienia się tak szybko, jedyną naprawdę trwałą wartością są relacje. Nie wiemy, jakie zawody będą wykonywać nasze dzieci. Nie wiemy, jak będzie wyglądał świat za dwadzieścia lat. Ale wiemy, że bliskość będzie potrzebna zawsze. Nie chciałem powielać modelu domu, w którym ojciec istnieje głownie jako ktoś od zarabiania pieniędzy. Dlatego zależy mi na codziennym uczestniczeniu w życiu dzieci. Nie od święta, nie symbolicznie, ale naprawdę. Działamy drużynowo. Ktoś odbiera dzieci, ktoś robi zakupy, ktoś organizuje logistykę dnia. Agnieszka przejęła pranie, bo mam wyjątkowy talent do niszczenia ubrań przez wybieranie niewłaściwych programów. Ale poza tym staramy się wszystko robić razem.

Antoni Pawlicki: "Nie obrażam się na krytykę"

Dzisiaj największym luksusem nie są dla mnie podróże na drugi koniec świata. Nie Korea, nie Rio czy inne egzotyczne kierunki. Największym luksusem jest godzina spokoju. Kawa wypita bez pośpiechu. Chwila, kiedy nikt niczego od nas nie chce. Uwielbiam nasze powroty po spektaklach. Wychodzimy zmęczeni, ale jednocześnie oczyszczeni emocjonalnie. Jedziemy na nasze ulubione wegańskie burrito, siadamy w małej piwniczce i rozmawiamy. O spektaklu, o życiu, o ludziach. Analizujemy, spieramy się, czasem dajemy sobie zawodowe uwagi. Jestem aktorem, który bardzo potrzebuje spojrzenia z zewnątrz. Nie obrażam się na krytykę. Przeciwnie. Chłonę ją. Szczególnie od Agnieszki. Są między nami także różnice. Ja bardzo potrzebuję świata poza domem. Żeglarstwa, gór, skiturów, samotnych wyjazdów. Nie dlatego, że uciekam od rodziny. Wręcz przeciwnie. To daje mi równowagę. Potem wracam z plecakiem pełnym brudnych ubrań i historiami do opowiedzenia. I może właśnie to nas trzyma razem. Nigdy nie miałem poczucia, że już wszystko o sobie wiemy. Wciąż potrafimy się czymś zaskoczyć. A dopóki tak jest, dopóty nie ma miejsca na nudę.

 

Kim jest Agnieszka Więdłocha?

Agnieszka Więdłocha - aktorka. Popularność przyniosła jej rola Leny w serialu "Czas honoru", a widzowie pokochali ją także za kreacje w "Lekarzach" i "Klubie Szalonych Dziewic” oraz filmach „Planeta Singli”, „Po prostu przyjaźń” czy „Uwierz w Mikołaja”. Ceniona za naturalność, subtelność i autentyczność. Prywatnie żona Antoniego Pawlickiego i mama dwojga dzieci.

Kim jest Antoni Pawlicki?

Antoni Pawlicki - aktor filmowy, teatralny i telewizyjny. Popularność przyniosły mu role Jana Markiewicza w serialu „Czas honoru”, Michała Orlicza w „Komisarzu Aleksie”, a także kreacje w filmach „Katyń”, „Jutro idziemy do kina” czy „Papusza”. Ceniony za wrażliwość, inteligencję i konsekwencję w wyborach zawodowych. Ma 43 lata. Tata dwojga dzieci.