Agata Młynarska-Szmidt wiedziała, że Przemysław Schmidt zostanie jej mężem, gdy tylko go zobaczyła. Dziś, po kilkunastu latach, decyzje w tej relacji nadal zapadają błyskawicznie.
Agata Młynarska-Schmidt - laureatka wielu nagród za programy i reportaże. Pracowała w TVP i Polsacie, od 10 lat w grupie Warner Bros. Discovery. Utworzyła jeden z pierwszych portali dla kobiet oraz Fundację i podcast „Zdrowie Bez Tabu”. Reprezentuje interesy pacjentów. Mama i babcia.
Przemysław Schmidt - przedsiębiorca i bankier inwestycyjny. Wprowadzał do Polski wiele firm i doradzał przedsiębiorstwom w transakcjach strategicznych. W przeszłości współwłaściciel spółek finansowych, spożywczych i telekomunikacyjnych. Pasjonat tworzenia zaangażowanych zespołów. Miłośnik literatury.
Zajmowałam się wówczas w Polsacie nowymi projektami programowymi. Jeździłam do Cannes, oglądałam najnowsze formaty telewizyjne. Wśród tych propozycji był też format Uriego Gellera, słynnego magika. Obejrzałam go uważnie i razem z Niną Terentiew uznałyśmy, że u nas się nie obroni. I nagle dowiaduję się, że jakiś „pan od formatów” zachwala go mojej szefowej. Jakże wielkie było moje zdumienie. Znałam przecież wszystkich, ale „pan od formatów” zabrzmiało co najmniej dziwnie. Zadzwoniłam pod podany numer od razu. A jednak zanim wykonałam ten telefon, powiedziałam do kolegi z redakcji: „Uwaga! Dzwonię do człowieka, który raczej nie jest od nowych projektów telewizyjnych, ale wiem, że będzie moim mężem”. Tak, zabrzmiało absurdalnie! Trudno to wyjaśnić, ale tak poczułam w sercu. Zadzwoniłam, żeby zostawić ślad.
W grudniu 2012 roku było 20-lecie Polsatu. Dostałam od niego SMS: „Czy będzie pani na gali?”. Odpisałam, że ją prowadzę i będę go wypatrywać, choć nie wiedziałam przecież kogo. Przed wyjściem na scenę mówiłam ekipie: „Pamiętajcie! Nie przygotowujecie mnie na galę, tylko na spotkanie z moim przyszłym mężem”. Śmiali się, pukali w czoło. Wyszłam, zrobiłam swoje, wracam, a dziewczyny biegną z telefonem. SMS: „Nie jestem skłonny do komplementów, ale suknię ma pani piękną”. Odpisałam: „Pal licho suknię, właścicielka się liczy”. I… padła bateria w telefonie. Potem tłum, zdjęcia, tort, zamieszanie. I wtedy go zobaczyłam. Szedł w moim kierunku i zapytałam: „Czy to pan?”. „Tak, odpowiedział, przyszedłem po panią!”. To był on. Ten „Pan od formatów”, który, jak się okazało, z programami telewizyjnymi nie miał nic wspólnego. Stał przede mną i w tej sekundzie wiedziałam, że to mój mąż. Wprawdzie on jeszcze tego nie wiedział, ale to była kwestia czasu… Jedyne, co chciałam ustalić, to czy jest wolny i starszy ode mnie. Zaczęliśmy rozmawiać, potem pisaliśmy do siebie do białego rana. Pierwsza randka była dzień później. Przyjechał po mnie i podarował mi obraz. Kolaż. Radosny, kolorowy, nieoczywisty, z kobietą, zwierzętami, sercem i słowem „miłość”. Pomyślałam wtedy: „Ktoś tu zgaduje moje myśli…”. Od początku ujmowały mnie jego wewnętrzny spokój i poczucie humoru. On nie musi imponować, popisywać się. Jest sobą. Zachwyciło mnie też, że od razu zaczęliśmy nadawać na tych samych falach, jakbyśmy znali się od lat. Zobaczyłam, że w tym bardzo męskim, zdecydowanym człowieku jest ogromna wrażliwość, uważność, opiekuńczość. No i był zabójczo przystojny.
Znaliśmy się krótko, a jednak wszystko było już rozstrzygnięte. Przemek napisał do mnie z Berlina wiadomość, coś między pytaniem a deklaracją: czy zostanę jego żoną. Zapytałam, czy to są oświadczyny. Odpisał, że tak. Więc odpowiedziałam, że skoro zaręczyny są przez telefon, to ślub też może być przez telefon. Ale prawda jest taka, że my „zostaliśmy parą” podczas pierwszej rozmowy. Potem był gest, który wszystko potwierdził. Zaprosił mnie do siebie, dał klucze i powiedział: „Chciałbym, żebyś tu mieszkała”. To było tak naturalne i oczywiste, że trudno mi dziś uwierzyć, by było możliwe. Kiedy weszłam do jego domu i usłyszałam muzykę, na której się wychowałam, zobaczyłam półki z takimi samymi książkami, pomyślałam: „Jestem u siebie. U nas”.
Ślub był ważny. Nie tylko dlatego, że pojawiły się sytuacje graniczne – szpital, opieka, formalności – kiedy okazało się, że „partner” to za mało. Chodziło też o nazwanie tej relacji wobec świata. Poza tym Przemek pomagał opiekować się moim ojcem w chorobie – dosłownie, fizycznie, w najtrudniejszych momentach. Nasz związek to także różnice. Ja jestem otwarta, intensywna, zachłanna na ludzi i doświadczenia. On może być duszą towarzystwa, ale tylko wtedy, kiedy czuje się bezpiecznie. Inaczej się wycofuje. Musieliśmy się tego nauczyć. Ja przestałam oczekiwać. On przestał się bronić.
Potem przyszła moja choroba. Przewlekła, trudna do zniesienia, nieprzewidywalna. Taka, która wchodzi w codzienność i zmienia wszystko. On nie uciekł, był w trybie pomocy i opieki cały czas, ale nie zaakceptował tej sytuacji od razu. To był trudny proces. Najtrudniejsze było napięcie między jego potrzebą kontroli a moim bólem. Ja walczyłam o życie. On próbował znaleźć w tym system. Choroba stała się trzecim elementem naszego związku. Bałam się, że nas rozbije. Pomogła terapia. Długo uczyliśmy się mówić o tym wprost. Nauczył mnie ważnej rzeczy: „rób nic”. Dla mnie to było poza zasięgiem wyobrażeń. On potrafi odpoczywać, wiedząc, że jest jeszcze dużo do zrobienia.
Dziś wiem, że miłość nie jest w wielkich słowach. Jest w rzeczach powtarzalnych, małych gestach. Rano Przemek przynosi mi do łóżka ciepłą wodę z cytryną. Uwielbiamy razem jeść śniadanie. Wieczorem przed snem potrafimy długo gadać i śmiać się do łez. Trzymamy się za ręce.
Najważniejsze są nie te momenty, które można komuś sprzedać jako historię, tylko te, które dzieją się między zdaniami. Poranek, kuchnia, ona siedzi przy stole, jeszcze trochę nieobecna, w dresie, z kubkiem w ręku. Nic się nie dzieje. I właśnie wtedy mam poczucie, że to jest dokładnie to miejsce, w którym chcę być. Bez napięcia i potrzeby nazywania czegokolwiek.
Pierwsza randka była zaskakująco zwyczajna. Wiedziałem tylko, że nie chcę przynosić kwiatów, bo dla mnie są martwe, kończą się w wazonie i nic po nich nie zostaje. Wziąłem obraz. Po prostu wydało mi się sensowniejsze dać coś, co zostanie. Obraz ją zachwycił. U mnie zachwyt nie wygląda jak emocja. Nie ma w nim wielkich słów. To są raczej momenty, w których coś zaczyna się zgadzać.
Ważny był Londyn. Spotkaliśmy się tam przypadkiem, każde z nas było służbowo. Spędziliśmy razem kilka dni. Dużo chodzenia, rozmów, zwyczajnych rzeczy. W takich momentach najlepiej widać, czy coś ma sens. Czy jest o czym rozmawiać, czy jest lekkość, wspólny rytm. Z nią wszystko było naturalne. Bez pauz, które trzeba czymś wypełniać. Podobał mi się jej sposób myślenia, tempo reakcji, poczucie humoru, to, że łapie rzeczy w pół zdania. A z drugiej strony z nią nic nie dzieje się powoli. Potrafi w jedną noc przejść od pomysłu do decyzji. Ja potrzebuję sprawdzić, uporządkować, zobaczyć konsekwencje. Ona generuje ruch, ja go stabilizuję. Tak było z naszą podróżą do Walencji. Pojechaliśmy pobyć, a kupiliśmy dom. Idziemy spać, a rano... mam przed sobą gotowy świat, bo całą noc siedziała przed komputerem. Konkret. Dzielnice, ceny, ulice, nawet takie rzeczy, których się nie szuka na początku. Jedziemy zobaczyć dom. Pierwsze wrażenie jest przeciętne. Brud, chaos, brak przygotowania. Ale ogród ma potencjał. Ja zaczynam liczyć. Ile to potrwa, jakie będą koszty. Ona widzi efekt końcowy. Patrzymy na siebie i decyzja zapada bez słów. Mój prezent dla niej. To nie jest romantyczne. To jest szybkie i racjonalne.
Największa zmiana przyszła w codzienności. Długo funkcjonowałem w systemie, w którym rzeczy się „działy”. Ktoś je robił. Ja zajmowałem się pracą. Z nią to się skończyło. Chcesz, to zrób. Dziś usmażę jajecznicę, zrobię zakupy, ogarnę dom. To ma sens. Podobnie jak to, że czasem dobrze otworzyć się na ludzi. Dopuścić ich do siebie. Jako aspergerowiec mam ograniczoną potrzebę kontaktu. Mogę być towarzyski, ale raczej zadaniowo. Jej świat jest szeroki, otwarty. Ludzie przychodzą, zostają, śpią, gdzie się da. Dla niej to naturalne. Dla mnie nie. I to mnie na początku męczyło. Ale jednocześnie widziałem w tym energię, której sam nie mam. Nie zmieniłem się całkowicie. Nadal potrzebuję spokoju, nadal nie jestem typem, który chce być ciągle wśród ludzi. Ale nauczyłem się, że czasem warto wyjść poza własny schemat.
Najtrudniejsza część tej historii to jej choroba. I moja reakcja na nią. Nie lubię o tym mówić, bo to nie jest wygodny obraz mnie. Kiedy zachorowała, wpadłem w coś, co sam nazwałbym lekką paniką, choć ona do dziś się z tego śmieje i mówi, że to była histeria – ręczniki osobno, kubki osobno, nagłe napięcie, które próbowałem opanować kontrolą, bo to jest mój sposób radzenia sobie z lękiem. Nie uciekłem, ale zrobiłem się czujny aż do przesady. Jeśli czegoś nie rozumiem, próbuję to uporządkować. Taki mam mechanizm. Byłem w tym niecierpliwy. Szukałem przyczyn, jakby to mogło coś zmienić. To nie było w porządku wobec niej. Ale to była bezradność, której nie umiałem inaczej unieść. Kiedy sytuacja była konkretna, działałem. Szpital, decyzje, organizacja. To jest przestrzeń, w której czuję się pewnie. Mogę coś zrobić. Być obecny przez działanie. Może nie idealnie, ale realnie.
Najgorsze dla mnie były momenty, w których czułem, że ktoś próbuje mi coś narzucić. To wynika z domu, z relacji z moją mamą – silną, dominującą osobowością. Dobrą, kochającą, ale taką, która zawsze wiedziała lepiej. Kiedy więc Agata – nawet w dobrej wierze – zaczynała mówić mi, co mam zrobić, jak mam zrobić, kiedy powtarzała coś kilka razy, natychmiast włączała mi się reakcja obronna. Potrzebna była terapia, uświadomienie sobie, że reaguję nie tylko na to, co jest tu i teraz, ale na coś, co przychodzi z przeszłości. Z drugiej strony, sam też wchodziłem w role. Mówiłem: „ubierz się”, „zrób to”, „nie rób tamtego”. I nagle okazuje się, że dwoje dorosłych ludzi zaczyna funkcjonować jak rodzic i dziecko. To nie ma prawa działać. Bez psychoterapii te sytuacje powtarzałyby się w nieskończoność. A tak potrafimy je zobaczyć, nazwać i „rozmasować”. Konflikt nie jest problemem. Problemem jest brak umiejętności jego obsłużenia. Nie wierzę w wielkie deklaracje. Wierzę w rzeczy powtarzalne. W decyzje, które mają sens. W lojalność, która nie jest wyborem, tylko zasadą. I w codzienność, która wszystko spina. To jest dla mnie bardziej przekonujące niż jakakolwiek historia o miłości.